|
W dziale biografie znajdziesz życiorysy najbardziej znanych działaczy i myślicieli lewicowych. |
| Kazanie nawróconego liberała |
|
|
| 11.09.2005. | |
|
Wspomnienia, spowiedzi i próby samousprawiedliwienia, spisywane przez polityków odsuniętych od władzy, zapełniłyby łatwo obszerną półkę biblioteczną. Leszek Miller, który po wymuszonym odejściu z najwyższych stanowisk w rządzie i macierzystym ugrupowaniu, bardzo chętnie komentuje swe dawniejsze poczynania, ma więc liczną konkurencję. Mimo to, potrafi wyróżnić się na jej tle. Swymi wypowiedziami dobitniej od swoich poprzedników potwierdza znaną myśl Hegla, że historia poucza nas głównie o tym, iż mało kogo czegokolwiek zdołała nauczyć. Znamienny jest już sam wybór miejsca, w którym były premier i szef SLD publikuje swoje przemyślenia. Tygodnik „Wprost” ma zdecydowanie prawicową linię polityczną. Czy socjaldemokrata pasuje do publicystycznego towarzystwa, w którym wszelką, choćby nader umiarkowaną lewicę określa się bez ceremonii jako pomyłkę historii oraz chorobę umysłową? Dla odmiany, z równie toporną subtelnością chwali się tam wojnę prezydenckiej administracji George`a Busha z terroryzmem, czy też – co według znawców zapraszanych do „Wprost” na jedno wychodzi – z islamem. Entuzjazm poznańskiego magazynu, oburzającego się na tygodniowe kary aresztu, jakimi swoich przeciwników nęka Aleksander Łukaszenka, wywołała izraelska pacyfikacja powstania w okupowanej Palestynie, podczas której życia arabskich aktywistów ani nawet cywilów nie starano się pedantycznie oszczędzać. Według nieskomplikowanej wizji świata, którą swoim czytelnikom stara się zaszczepić pismo Marka Króla, współcześni decydenci polityczni dzielą się na – szczęśliwym trafem, dzięki ekspedycjom US-marines, coraz mniej licznych – „tyranienków” oraz dobrych, gdyż bez zastrzeżeń posłusznych, wykonawców imperialnej woli Stanów Zjednoczonych. Hugo Chavez, który na przekór amerykańskim koncernom znacjonalizował naftowe zasoby Wenezueli, jest – głoszą publicyści z dworu Króla – tępym i brutalnym satrapą. Natomiast chilijski lub europejski wymiar sprawiedliwości, omamiony zapewne przez lewicę, całkiem zbędnie nęka generała Pinocheta, który przecież ratował swą ojczyznę przed komunizmem. Gazety starają się zwykle wyrażać punkt widzenia pewnej ściśle pod względem swojej socjalnej pozycji określonej grupy. Posiadają one typowego klienta, któremu komunikują dokładnie to, co on chce przeczytać, forsując zarazem jego racje na forum publicznym. Łatwo zauważyć, że takim idealnym czytelnikiem „Wprost” jest biznesmen na dorobku. Wyżej przedstawiono zwięzły zarys – oraz adresata - mądrości serwowanej przez tygodnik „Wprost”. Jej niestrudzonymi rzecznikami są propagandziści z naukowymi tytułami ekonomistów, których redaktor Król uhonorował stałym felietonem: Jan Winiecki oraz Wiesław Wilczyński. Nie wynika z przypadku, że najwyższym duchowym guru zajmującego nas pisma był przez lata Leszek Balcerowicz. Dodajmy, że neoliberalna prawicowość – jak każdy światopogląd - wyraża się na rozmaitych poziomach. Wobec jej światowych proroków, Friedricha Augusta von Hayeka czy Miltona Friedmana, twórczość publicystyczna z łamów „Wprost” odnosi się mniej więcej tak, jak agitacja, która na początku lat pięćdziesiątych minionego wieku płynęła w naszej części świata z radiowych kołchoźników, miała się do błyskotliwych sformułowań „Manifestu komunistycznego”. We „Wprost”, ideologia neoliberalna co tydzień sięga bruku. Trudno odmówić słuszności ludowemu humorowi, który tytuł tego pisma przekręcił na „Wprostaka”. Wybaczanie krzywd osobistych niewątpliwie jest rzeczą chwalebną. Decydując się na nie, Miller powinien jednak nauczyć się od miarodajnych autorytetów chrześcijańskich, że winny, któremu odpuszczamy jego występki, musi zadeklarować i potwierdzić czynem swoje postanowienie poprawy. Marek Król, tymczasem, niczym podobnym się nie wykazał. Przeciwnie: ilekroć sceną polityczną III RP wstrząsa prowokowany skandal, można być pewnym, że jego dynamit odpalili specjaliści od wybuchowych materiałów medialnych z redakcji „Wprost”. Zwraca uwagę stanowcza opinia o tym tytule, z którą niedawno wystąpił zazwyczaj tak oględny Aleksander Kwaśniewski. Podejmując w pełni świadomie ryzyko procesowe, prezydent stwierdził, iż formalny szef – i w znacznym stopniu właściciel „Wprost” – posiada niejawnych zwierzchników. Królem steruje jakoby, przemawiając za jego pośrednictwem, bardzo sekretna „grupa trzymająca władzę”, którą współtworzą wysocy funkcjonariusze dawnej Służby Bezpieczeństwa: Wiktor Fonfara, Henryk Jasik, Bogdan Libera i Marian Zacharski. Nie zadowalając się generalskimi awansami, otrzymanymi od Wałęsy za zmajstrowanie sprawy Oleksego, wywiadowcy ci mają stać za niejedną prowokacją znacznie świeższej daty. Weryfikację tych przypuszczeń pozostawmy niezliczonym w naszym medialnym światku tuzom reportażu śledczego. Wystarczy zaznaczyć, że szacowny tytuł premiera – jak również biograficzny bilans szefa partii, którego nie tak dawno poparł omalże co drugi polski wyborca - do czegoś zobowiązuje. Leszkowi Millerowi niezręcznie jest pojawiać się w spisie treści tygodnika „Wprost” z tych samych powodów, dla których wypada mu unikać podmiejskich barów, nie wspominając już o przybytkach cieszących się jeszcze gorszą reputacją. Na dobitkę, to pismo bulwarowe o hańbiących uwikłaniach już nieraz w kilkunastoletniej historii kierowania nim przez Króla okazało się wysoce szkodliwe dla państwa polskiego. Powody, dla których Miller nie wstydzi się „Wprostaka”, są – niestety - widoczne jak na dłoni. Na mapie neoliberalnego establishmentu Rzeczypospolitej istnieją zapewne salony, gdzie redaktora Króla wpuszcza się najwyżej do przedpokoju. Wszelako, ogólnie rzecz biorąc, zarówno życiorys, jak i znajomości tej persony uważa się we wspomnianych kręgach za drobiazgi wobec korzyści, które przynosi agitacja uprawiana w należącym do niej piśmie. Król został przyjęty w roli użytecznego wasala na dwór, do którego Miller z uporem godnym lepszej sprawy aspiruje. Zgłębianie osobistych problemów czy wręcz kompleksów, a także wynikających z nich aspiracji Leszka Millera, należałoby, zgodnie z dobrą etykietą publicystyczną, pozostawić wyłącznie jemu samemu. Kłopot w tym, że od wielu lat aż do dzisiaj jego psychologia wywiera o wiele za głęboki wpływ na jego przekonania i działania. W dopuszczalnym uproszczeniu, można powiedzieć, że osoba, która aż za wyraźnie zdradza, że zależy jej na publikacjach we „Wprost”, nie mogła się sprawdzić, przewodząc lewicy lub tym bardziej całego państwa. Adwokat Millera wtrąciłby pewnie w tym punkcie, że „Wprost” – cokolwiek by o nim nie sądzić – ma pokaźny nakład, a więc dociera do szerokich kręgów opinii publicznej. Mówiąc tyle, dotyka się wszakże jedynie objawów. Ilekroć się pytało ludzi związanych z SLD, dlaczego ich formacja – nawet w okresach dobrej koniunktury – nie zabiegała o przyzwoitą pozycję na rynku medialnym, udzielali oni nieodmiennie jednej odpowiedzi: nie mieliśmy pieniędzy. Umiejętność zdobywania potrzebnych funduszy – albo jej brak - wiąże się jednak ściśle z naturą stawianych sobie celów. Trudno rozsupłać sakiewkę na widok towaru, którego się nie potrzebuje. Wątpliwe, aby biznesmen, który lubi czytać „Wprost”, kupił sobie – gdyby nawet procentową stawkę jego podatku osobistego obniżono do zera – wartościową książkę popularnonaukową lub płytę z muzyką poważną. Trochę podobnie, lewicy zabrakło pieniędzy na swoje media, gdyż jej przywódcy dysponować nimi nie chcieli. Skąd ta wstrzemięźliwość? Narzucają się dwie, niewykluczające się zresztą wzajemnie, podstawowe hipotezy. Bardzo prawdopodobne, że liderom SLD nie zależało na przełamywaniu opiniotwórczego monopolu, jakim od roku 1989 cieszy się u nas neoliberalna prawica, gdyż większość rzekomych prawd, podawanych w jego ramach do wierzenia, oni sami w głębi duszy uważali za słuszne. Czytując z przyjemnością – dla przykładu - ekonomiczne komentarze Witolda Gadomskiego w „Gazecie Wyborczej”, a nawet Jana Winieckiego we „Wprost”, nie przypuszczali, że inni, chociażby ich sympatycy, mogą potrzebować odmiennej oferty intelektualnej. Co jednak zrobić z faktem, że ulubione pisma czołówki SLD ją samą, nie przebierając w środkach, atakowały personalnie? Trudno tu nie pomyśleć o zachowaniu ucznia, którego ostro karci surowy nauczyciel. Jeżeli szkolny podopieczny jest krnąbrny, to się zbuntuje. O ile jednak charakterologicznie skłania się on do uległości, to wymierzane mu kary, chociażby brutalne, może uznawać za słuszne. Zamiast pomyśleć o zmianie opiekuna, będzie się cieszył z wielkiego sukcesu, polegającego na tym, że w danym dniu nie został zbity ani nawet skrzyczany. Tak właśnie, z grubsza biorąc, reagowali politycy lewicowego Sojuszu na mentorskie bury, otrzymywane przez nich od mediów neoliberalnych. Gdybyś ktoś ocenił powyższe sądy jako nietrafne lub zbyt ostre, to uważniejsza lektura publikacji Leszka Millera zmusi go, żeby z nimi się zgodzić. Swój programowy felieton we „Wprost”, Miller otwiera zadziwiająco sztampową – nawet jak na poetykę goszczącego go pisma – deklamacją. „Polska ma za sobą” – powiada – „niezwykły okres w swojej długiej historii” (Manifest Millera, Wprost 31.07). Ledwie kibic prasowy zdąży pomyśleć, że były premier, który odkrył w sobie pisarskie zacięcie, należy do wielbicieli artykułów wstępnych tak Marka Króla, jak samego Adama Michnika, natychmiast otrzymuje potwierdzenie swoich przypuszczeń. „W ciągu piętnastu lat bez dramatycznych wstrząsów i rozlewu krwi” – obwieszcza wybitny autor – „Polacy zrealizowali wszystkie cele rozpoczętej w 1989 r. transformacji ustrojowej”. A teraz – zagadka. Kto potrafi wymienić, i to najlepiej we właściwym porządku, listę tych szczytnych celów? Proszę zamknąć oczy, zastanowić się i ewentualnie kupić sobie mocne jasne piwo z polskiego browaru jako nagrodę za poprawne rozwiązanie. Oto i ono: „Przypomnijmy, że chodziło w niej o wolne i suwerenne państwo, stworzenie systemu demokracji parlamentarnej, budowę gospodarki rynkowej oraz o członkostwo w NATO i Unii Europejskiej”. „Gołe oko”, którego używa, okazuje się jednak uwięzione w horyzoncie sprzed dwóch mniej więcej dziesięcioleci. Miller przypomina PRL-owskiego globtrotera, który – powróciwszy z zarobkowego wypadu do świata anglosaskiego – zwierza się znajomym, że po wypłacie wpadał nieraz do marketu, gdzie niczego, od damskiej bielizny do piwa w kilkudziesięciu gatunkach, nie brakowało. Uzupełnijmy jednak, że turysta ów na własnym podwórku spiesznie zapominał zwrotu „na to mnie nie stać”, bez którego nie przetrwałby ani tygodnia w gospodarce kapitalistycznego dobrobytu. Jeśli nie dostał towaru, który wydawał mu się niezbędny, narzekał na „onych” u władzy. Charakterystyczne dla mentalności tamtych czasów były żarty zwrócone przeciwko propagandzie PRL, która apelowała o współczucie dla milionów bezrobotnych w Anglli czy USA. O niczym innym nie marzymy – dowcipkowano na imieninach u ciotki wrogo nastawionej do „komuny” – jak właśnie o tym, żeby być bezrobotnymi na Zachodzie. Niemało wody w Wiśle upłynęło. Polska stanowi obecnie – jeśli wierzyć Millerowi – pełnoprawną cząstkę dawnego Zachodu, który przeobraził się w zjednoczoną Europę czy też we wspólnotę euroatlantycką. Bezrobocia, które zawitało do nas razem z witrynami sklepowymi, które przybysze zza żelaznej kurtyny oglądali niegdyś pożądliwym wzrokiem, nikt jednak sobie nie życzy. Miller ma to szczęście, że rynkowa wyrocznia sporo ze swoich niepodważalnych racji łaskawie mu objawiła. Korzystajmy więc z okazji i jak najwięcej od niego się nauczmy. Lewicy od prawicy prawie nic już nie różni, gdy idzie o gospodarkę. Na obu tych biegunach pozostaje tylko iść za słusznymi zrządzeniami rynku. Szczęśliwie, liderzy lewicowi nie są jeszcze skazani na trwałe bezrobocie. Wolno im dążyć do realizacji tradycyjnie im bliskich ideałów swobód obywatelskich, praw mniejszości, równości szans, ba – nawet sprawiedliwości społecznej. Jeden warunek: za wszelką cenę muszą unikać wtrącania się do mrówczej pracy mechanizmów rynkowych, które – byle im tylko nie przeszkadzać – obdarują ludzi wszystkimi oczekiwanymi przez nich dobrami. W rzeczy samej, religijna omalże wiara Millera jest równie świeża, co głęboka. Jak Turek w swego Mahometa – mawiał Zagłoba o Kmicicu – tak on wierzy w swego Radziwiłła. Zastąpmy hetmana wielkiego litewskiego przez „rynek”, a powiedzenie to będzie idealnie pasowało do niedawnego przywódcy socjaldemokratów. Tak więc nie ma Boga ponad rynek, a Miller jest jego prorokiem. Obwieszczenia Bożych mężów zazwyczaj raczej swobodnie odnoszą się do faktów. Trudno więc się dziwić, że ekonomiczny świat Leszka Millera istnieje głównie w jego wyobraźni. Rządowe inwestycje i kredyty rządowe, będące nagminną praktyką również w krajach tak przywiązanych do ideału wolnej przedsiębiorczości, jak Stany Zjednoczone, zbliżają się niebezpiecznie do kłótni z rynkiem, której Miller odmówił wszelkiego sensu. Państwa Unii Europejskiej, walcząc tyleż z osobna, co w zjednoczeniu, o korzystne warunki dla eksportu swoich produktów, też zapewne błądzą. Tak niebezpiecznie rezonując, ustalimy wkrótce, że rynkowe bóstwo ma jednego tylko wiernego syna, który narodził się, żył i rządził na polskiej ziemi. Do swego manifestu, wydrukowanego we „Wprost”, Miller nie wprowadził nowych wątków. Z problemami społecznymi – zapewnia – wyczerpująco upora się nie kto inny, jak – godny chyba upodmiotowienia i wielkiej litery - Wzrost Gospodarczy. On zaś, z kolei, jest darem rynku dla tych swoich wiernych wyznawców, którzy dbają, by ani odrobinę nie naruszyć jego obiektywnych praw. „Żeby sprawiedliwie dzielić” – zauważa odkrywczo Miller – „trzeba najpierw wytworzyć”. Uginając się pod jego nienaganną logiką, odważmy się na pewien eksperyment myślowy. W pewnym średniej wielkości europejskim kraju osiągnięto dość znaczny – na tle jego bliższych czy dalszych sąsiadów – wskaźnik wzrostu gospodarczego. Wydaje się, że jego mieszkańcy powinni udać się z pielgrzymką dziękczynną do premiera, żeby mu się odwdzięczyć za dobrodziejstwa, które rynek świadczył im za jego pośrednictwem. Cóż jednak wychodzi na jaw? Pod siedzibę szefa rządu, zamiast pochodów z kwiatami, o wiele częściej zmierzali demonstranci uzbrojeni w śruby i płonące opony. Szczerze mówiąc, za ten niesprawiedliwy osąd trudno ich tak do końca potępić. Z ich perspektywy, wzrost gospodarczy odzwierciedlał się wyłącznie w gazetach, których zresztą nie czytują, bowiem już dawno postanowili na nich oszczędzać. Rzecz – chyba każdy już zgadł – działa się w Polsce pod władzą Millera. Leszek Miller jest święcie przekonany, że – o ile lewicowcy mniej od niego oświeceni czegoś tu nie zepsują – gospodarka współczesnego kapitalizmu funkcjonuje w ścisłym oddzieleniu od polityki. Jak ich stosunek kształtuje się naprawdę, można by mu wytłumaczyć za pomocą prastarego, ale wciąż użytecznego dowcipu. Czy wąż ma ogon? Wyłącznie. Przez analogię, wymiary ekonomiczny i polityczny od wielu dziesięcioleci przenikają się w Europie Zachodniej czy Ameryce Północnej prawie bez reszty. Upadek realnego socjalizmu nie podważył tej prawdy, lecz – na odwrót – ją potwierdził. Prezydent Reagan, chroniąc pod rondem swego kowbojskiego kapelusza faktycznie zbrodniczą juntę z Buenos Aires, potępiał „imperium zła” ze stolicą w Moskwie za uwięzienie garstki dysydentów. Tę stronniczość ocen dyktowały mu interesy gospodarcze, które – jak widać po tym i wielu innych przykładach – potrafią sobie podporządkować globalną strategię supermocarstwa. Wielkie korporacje, od informatycznych do tytoniowych, jednym głosem domagały się otwarcia nowego rynku zbytu, rozciągającego się od Władywostoku do Łaby. Wpływając nieodparcie na decyzje polityków, gospodarka nie może obyć się bez ich wsparcia. Hossę, którą od lat cieszą się amerykańskie koncerny samochodowe, napędzają niskie oprocentowanie kredytu i stała dewaluacja kursu dolara. O nich natomiast przesądza – mianowany z jak najbardziej politycznego klucza – prezes banku federalnego. Ameryka stanęłaby na głowie, gdyby do jej reformowania zaproszono papieża wolnorynkowej religii z dalekiego kraju, którym za jego dotychczasowy dorobek publikacyjny wolno mianować Leszka Millera. Niestety, Miller potrzebny jest Amerykanom nie do udzielania im rad, tylko do swego rodzaju aktywności misjonarskiej. Ojciec obecnego prezydenta USA, rywalizując w swoim czasie o prezydenturę z Reaganem, zauważył całkiem słusznie, że wolnorynkowa doktryna, którą głosił ten ostatni, swoim potencjałem intelektualnym w niczym nie przewyższa pierwotnej religii Haitańczyków, zwanej voodoo. Na szczęście dla siebie i swej historycznej reputacji, Reagan odstąpił od zasady, iż rynek zawsze ma rację, natychmiast po rozpoczęciu urzędowania w Białym Domu. Za jego prezydenckich kadencji, pomyślną koniunkturę warunkowały gigantyczne zamówienia państwa na innowacyjne technologie, dające się zaprzęgnąć do wyścigu zbrojeń. Śmieszne byłoby leczyć się samemu zaklęciami voodoo, ale na eksport te szamańskie sztuczki nadają się doskonale. Rada Polityki Pieniężnej – niezmiennie opanowana, mimo formalnie dokonujących się w niej rotacji, przez ekonomistów neoliberalnych – zakazuje obniżania stóp procentowych. Jej upór w tej kwestii niezmiennie zaskoczył nawet wolnorynkowego premiera Millera. Okazuje się on wszakże aż nadto zrozumiały. Szkoły ekonomiczne – czy może tylko reklamowe – głoszące wyznanie wiary w trudny i twardy pieniądz nie przypadkiem powstały w tych samych metropoliach, w których ma swoją siedzibę spekulacyjny kapitał finansowy. Nieruchoma stopa procentowa gwarantuje bezpieczeństwo spodziewanych zysków z lokowania wielkich sum w bankach. Gospodarczemu rozwojowi kraju nie dostarcza ona za to jakichkolwiek pozytywnych bodźców. To tylko jeden z całej sieci powodów, dla których Miller myli się zasadniczo, licząc że Polsce, dzięki wprowadzeniu w życie jego programu, powiodłoby się zmniejszyć dysproporcję, która ją dzieli – gdy idzie o wysokość produktu narodowego brutto – od najbardziej rozwiniętych państw Zachodu. Meksyk, pomimo stosowania się do ekonomicznych zaleceń swego sąsiada z drugiego brzegu Rio Grande, bynajmniej go nie dościga, lecz coraz bardziej zostaje za nim w tyle. Nie wymagając od Millera sokolego wzroku, obejmującego cały glob, trzeba mu jednak wytknąć, że nietrafnie bilansuje on sytuację na rodzimym podwórku, a już przede wszystkim – dorobek własnego rządu. Chwali się on, że zmobilizował gospodarkę narodową do tygrysiego pościgu za Europę. Uczynił to, w szczególności, obniżając podatek od firm, zwany CIT-em, z 27 do 19%, a także umożliwiając osobom fizycznym, prowadzącym działalność gospodarczą, płacenie podatku od dochodów według tej samej, bardzo dla nich dogodnej stawki dziewiętnastoprocentowej. Dostępne dane statystyczne przeczą jego pochlebnej autocharakterystyce. Odnotowują one wyraźne obniżenie tempa inwestycji, tym samym zaś – wzrostu gospodarczego. Z drugiej strony, zaznaczył się jeszcze bardziej spektakularny spadek dochodów państwowego budżetu. I nie dziwota: najzamożniejsi płatnicy podatkowi tworzą szczupłą liczebnie i procentowo grupę społeczną, od której jednak pochodziła dotychczas lwia część budżetowych wpływów. Zazwyczaj dają się oni zaklasyfikować jako podmioty działalności gospodarczej. W tym roku, wobec tego, procentowa miara, według której uiszczają oni podatki, obniżyła się niemal dwukrotnie. Efekty fatalne dla państwa już widzimy – a to chyba dopiero początek. Pod jednym względem, Millerowi wypada przyznać, że dokonał on więcej niż sam to sobie przyznaje. Mianowicie, nie tylko namawiał on lewicę do rozstania się z „zabobonnym lękiem” przed podatkiem liniowym, lecz w znacznej, a nawet decydującej mierze zdołał już taki podatek wprowadzić. Kto osiąga dochody wielokrotnie wyższe od przeciętnych, płaci zwykle od nich dziewiętnaście, a nie trzydzieści kilka procent podatku. Wprawdzie Platforma obiecuje najbogatszym klientom oferty przedwyborczej jeszcze korzystniejsze warunki – tylko 15% zamiast Milerowsko-Hausnerowskiej 19-tki - ale do końca nie wiadomo, czy obietnicy dotrzyma. Tak czy owak, Leszek Miller zasłużył sobie na stałe forum w tygodniku biznesowych grubych ryb. I tak dalej… Miller twierdzi z absolutną pewnością siebie, jak gdyby chodziło tu o ustalenie z dziedziny nauk ścisłych, że państwo opiekuńcze zahamowało rozwój Szwecji. Elementarne podręczniki historii wskazują jednak, że ojczyzna Wikingów, kiedy takiego państwa w niej jeszcze nie było, należała do najuboższych krajów Europy. Z tezą o bankructwie modelu szwedzkiego wielokrotnie – i całkiem przekonująco – polemizował u nas w ostatnim dziesięcioleciu Tadeusz Kowalik. Czynił to w publikacjach, ukazujących się pod patronatem stowarzyszeń, które – nie będąc formalnie związane z SLD – starały się przekonywać do swoich solidnie uzasadnionych sądów i po prostu edukować przywódczą czołówkę głównej partii lewicy. Na darmo. Zaglądając do publikacji Zdzisława Sadowskiego w „Dziś”, Miller łatwo by się dowiedział, że podatek liniowy nie wywiąże się z powierzonej mu misji pobudzania wzrostu gospodarczego. Gdyby z kolei zaglądał do publikacji Pawła Kozłowskiego w „Zdaniu”, miałby szansę zaproponować swoim czytelnikom znacznie mniej banalny bilans transformacji. Trudność w tym, że Millera interesowały poglądy tylko jednego – i to agresywnie opozycyjnego wobec jego SLD – obozu politycznego. Cokolwiek powiedzieli eksperci z prawicowych mediów, było dla niego święte. Natomiast opinii rodzących się poza tym imponującym mu kręgiem, nie próbował on zauważyć. Prekursor we własnym mniemaniu był w istocie fałszywym przewodnikiem, który prowadził wprost (sic!) do przepaści. Na urwistej ścieżce, gdzie zakończyła się jego kariera polityczna, o mały włos nie wyginęła cała jego drużyna. Doprawdy chciałoby się, chociażby z przekory – jako iż teraz wszyscy, od Macierewicza do Podrzyckiego, psy na nim wieszają – powiedzieć o Millerze coś życzliwego. On jednak maksymalnie utrudnia wykonanie wobec jego osoby jakichkolwiek życzliwych gestów. Biorąc pod uwagę zasługi Millera dla przekształcenia SLD w jednolitą partię – oraz największy sukces wyborczy, jaki Sojusz odniósł dotychczas i jakim będzie mógł znowu pochwalić się nieprędko, jeśli w ogóle kiedykolwiek – dałoby się bronić jego prawa do poddania się weryfikacji w oczach ludzi, którzy nadal są wierni lewicy. Były premier, jak wiadomo, chciał wystartować do Sejmu z ostatniego miejsca na łódzkiej liście kandydatów SLD. Mimo wszystko, dobrze się stało, iż do tego nie dopuszczono. I nie chodzi tu nawet o kalkulację pragmatyczną, zgodnie z którą fatalny wizerunek Millera obciążyłby całe ugrupowanie. Najistotniejsze, że Miller, z elementarnych względów moralnych, nie powinien iść do zwolenników lewicy z prośbą, żeby mu raz jeszcze zaufali. Kiedy dysponował niemałą władzą, odwracał się do nich plecami. Teraz na zmianę postawy jest już za późno – tym bardziej, że Milller niczego nie żałuje i za nic o wybaczenie prosić nie zamierza. Prześmiewcze uwagi o Millerze czas przerwać, ponieważ nadmierna na nie moda je banalizuje. O histerycznie żarliwym nawróceniu na neoliberalizm swego dawnego zwierzchnika w rządzie i partyjnym Sojuszu wspomniał kąśliwie - podczas występu w TVN24 - premier Belka. Identyczne skłonności wypomina mu Marek Borowski. Z kogo się śmiejecie – chciałoby się zapytać ekstowarzyszy Millera – czy nie z siebie samych? Oni również na każdym kroku składają dowody, że szczytem ich marzeń było przebranie się ze zgrzebnej postkomunistycznej marynarki w neoliberalny garnitur od Hermenegildo Zegny. Okręt z takimi sternikami musiał wylądować na mieliźnie. Po nadchodzących wyborach, lewicę czekają zapewne długie i trudne lata w opozycji. Może to i lepiej. Gdyby politycy SLD z tego czy innego pokolenia mieli kiedyś w przyszłości rządzić Polską, muszą oni najpierw rzetelnie odpowiedzieć na pytanie, co i jak zamierzają oni zmienić w narzuconym jej neoliberalnym modelu ustrojowym. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |