Cienie McCartyzmu Drukuj Email
15.09.2004.

Współpracownik serwisu socjalizm.org komentuje wydalenie z polski arabskiego pochodzenia doktoranta, który podazył słusznośc amerykańskiej interwencji w Iraku. Zjawisko to przypomina McCartyzm i jest precedensem w sytuacji polskiej, który może powtórzyć się w przyszłości. Autor określa też i swoją postawę wobec oficjalnej ideologii.

Ta lista nie jest skończona, jednak nie ważne są jej części składowe, ważny jest wspólny mianownik. Dziś w dobie wszechogarniającej wolności, wolnego rynku i wszystkich dobrodziejstw, jakie daje nam wiek XXI, nie można się nie zgadzać z jedynie słuszną prawdą. Czy ta ostatnia fraza czegoś nie przypomina, kiedyś krytykanci z „demokratycznej opozycji” wołali, że w czasach PRL panowała jedynie słuszna prawda i trzeba zrobić wszystko, by każdy żył według swojej własnej prawdy. Oj, szczytne to były hasła. Czy więc po przeskoczeniu płotu, zburzeniu muru i innych symbolach walki z totalitaryzmem, mamy wreszcie prawdziwą wolność? Na pozór...

W latach 1950-1964 Joseph McCarthy, senator w kraju, którego nazwa wywołuje bicie serca u każdego człowieka w Lechistanie, zapewne pod wrażeniem historii swego kraju, gdzie polowano na różne czarownice, od tych prawdziwych począwszy, a na innych niewygodnych skończywszy, zarządził kolejne polowanie. Otóż nasz republikanin wysnuł insynuacje, że Departament Stanu, a także armia amerykańska inwigilowana jest przez, uwaga... komunistów. Jego nie mające, żadnych podstaw insynuacje, kłamstwa doprowadziły jednak do lawiny. Powstała prawdziwa antykomunistyczna fobia w kraju wolności i dolara, sporządzano czarne listy, rozpoczęła się nagonka. Dodajmy, że za cichym przyzwoleniem Partii Republikańskiej, a także poparciem społecznym. Tak zwany maccartyzm, jak określił to zjawisko Herbert Bloch, był brudną metodą walki politycznej i wypłynęła z egoistycznych pobudek samego senatora. Jednak kampania trwała na tyle długo i zyskała pewne wsparcie społeczne, że stała się pewnego rodzaju zjawiskiem socjologicznym, które wcale nie upadło wraz z potępieniem McCarthy’ego. Maccartyzm trwa nadal i nie zdając sobie sprawy (w końcu wolne media czuwają) padamy jego ofiarami. Cienie i szpony maccartyzmu sięgają daleko. Dzięki nim, ludzi mających do powiedzenia coś więcej, niż definicje, które wszyscy chcą słyszeć ocenia się przez pryzmat jedynie słusznej prawdy, lansowanej z trybuny sejmowej, w mediach i przez „moralne autorytety”. Ludzie przebąkiwujący coś o prawach socjalnych, bezpłatnej edukacji(ale nie jako zapisu w ustawie zasadniczej), solidaryzmie społecznym, oddolnym systemie decyzyjnym są dla większości po prostu marginesem, tymi, którzy zamiast wziąć się do roboty, by wzmacniać wciąż niedojrzałą polską demokrację z jej dobrodziejstwem – wolnym rynkiem bujają w obłokach i co gorsza powołują się na poglądy tych, o których już dawno zapomniano, którzy odeszli z piętnem niewypałów historii.

Gdy przed rozpoczęciem Europejskiego Szczytu Gospodarczego przygotowywano się na wszelakie zagrożenia, zabijano deskami witryny sklepowe, a oddziały prewencji manifestowały swoje umiejętności, ludzie przygotowujący alternatywny Szczyt stali się ofiarami nagonki, nagonki jak za czasów McCarthy’ego, zatrzymywano, spisywano, przesłuchiwano, utrudniano. Prowadzono antydemokratyczną, antyludzką kampanię, wzmacnianą przez media pokazujące rozróby, które są dziełem anty-, czy też alterglobalistów, nie zadano sobie nawet trudu by te definicje zrozumieć i rozróżnić, bo przecież nie są one tożsame. Na usta ciśnie się pewna fraszka Cypriana Kamila Norwida:

 Ogromne wojska, bitne generały,

Policje – tajne, widne i dwu-płciowe –

Przeciwko komu tak się pojednały?-

Przeciwko kilku myślom... co nie nowe!

 

Naprzeciw ludzi mających do zaproponowanie rzetelne dyskusje, alternatywy, wytoczono cały aparat przymusu, kolejny dowód na istnienie maccartyzmu, który w ręku zagrożonych rzetelną wymianą argumentów staje się skuteczną bronią, skuteczną z pozoru.

Odkąd dzielni polscy wojacy „stabilizują”, „odbudowują” (tak właśnie dzisiaj brzmią synonimy okupacji) Irak, Polska może stać się celem terrorystów, złych ludzi, chcących zachwiać potęgą zachodnich demokracji. Jak się bronić? Nie, nie, nie sięgając do przyczyn tego okropnego zjawiska, lecz stosując sprawdzoną przez Wielkiego Brata za oceanu politykę ciągłego, permanentnego (wybacz Lwie Dawidowiczu, że stosuję ten przymiotnik w odniesieniu do tak brudnego zjawiska) utrzymywania stanu zagrożenia. Bo jak inaczej odwrócić uwagę od kłopotów wewnętrznych, jak nie poprzez pokazanie wspólnego wroga, który jednoczy w patriotycznym poczuciu trwogi i obrony ojczyzny. Wtedy najłatwiej jest wzmocnić swoją kulawą pozycję, a przynajmniej jej nie pogorszyć. Bo co tam zamknięte gabinety lekarskie, zwolnienia, redukcje, brak regularnych wypłat pensji, kiedy zły Arab z karabinem i bombą pod pachą, nie szanujący życia własnego i innych chce odebrać życie niewinnym osobom, w dodatku poświęcając siebie za sprawę, która nas nie obchodzi, bo czy w ogóle jest jakaś sprawa? Ahmed Ammar mieszkający od kilkunastu lat w Polsce Jordańczyk, doktorant na Uniwersytecie A. Mickiewicza, wykształcony, oczytany, rozumiejący i krytykujący chorą rzeczywistość politolog z miejsca stał się wrogiem publicznym numer jeden, to ten nikczemny barbarzyńca mógł stanowić bazę i przyczółek dla terrorystów w Polsce – tak z grubsza oceniły sytuację media i eksperci. Służby specjalne znalazły „coś”, więc trzeba człowieka wyrzucić z kraju. Sam Ammar zapewne dalej nie wie, co było przyczyną jego wyrzucenia, bo stwierdzenie, że stanowi potencjalne zagrożenie dla kraju, jest w stylu znanego już senatora Josepha M. Więc opuścił kraj pseudoterrorysta, a obywatele mogą spać (pod mostem) spokojnie, państwo nie śpi. Ahmed Ammar nie ukrywał swoich poglądów, co do wojny w Iraku i co do kwestii terroryzmu. rytykował, wyciągał wnioski, aż tu nagle wyciągnięto z rękawa prawdziwego asa; otóż Ammar miał powiedzieć, że zamachy z 11 września mogły mieć dobre strony. Będący w maccartystycznym oślepieniu obrońcy ojczyzny nie zastanowili się jednak, że Ammar jako politolog mógł prezentować opinie świata islamskiego, nie znaczy to, że się z nimi utożsamiał. Sprawa jednak przycichła, odczuwamy spokój – jednego mniej. Nie zdawano sobie jednak sprawy, jakie konsekwencje może nieść ta decyzja. Może prowadzić ona do maccartyzmu wymierzonego przeciwko wszystkim o podejrzanym kolorze twarzy. Może prowadzić i niestety prowadzi w wielu miejscach do nagonki, i do czarno-białego spojrzenia na świat, bardzo niebezpiecznego spojrzenia. Biały – dobry, Arab – zły, to tylko przykład, w innym rejonie świata może być całkiem odwrotnie. Klasa rządząca nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa, doprowadzenie do takiego stanu może wywołać duchy przeszłości; choć w Polsce był to tylko pojedynczy przypadek, ale przypadek a’la McCarthy – zero ujawnionych dowodów, oficjalnych zarzutów. Prymitywny i niebezpieczny ostracyzm. Ludzie o bardzo trudnej sytuacji życiowej zepchnięci na margines życia, przez liberalne elity, mogą eksplodować, jednak będzie to eksplozja niekontrolowana i może obrócić się przeciw tym jeszcze słabszym, bo potępianym oficjalnie przez media, autorytety, rządy za to tylko, że myślą inaczej. Niekontrolowana eksplozja niechęci i braku perspektyw obróci się może na początku przeciw możnym, posiadaczom, politykom, jednak tych chroni prawo, majątek, kontakty, cały parasol powiązań. Więc gniew skierowany zostanie przeciw tym, których stawia się na widelcu, tych, których jedyną winą jest to, że nie myślą w jedyny słuszny sposób, bądź też inaczej wyglądają. Przedstawianie tych ludzi jako potencjalnego zagrożenia może skończyć się źle, dla nich, ale i dla tych, którzy nagonkę rozpoczęli. Bowiem każda akcja powoduje reakcję. Kiedy nastąpi zetknięcie dwóch różnych płaszczyzn, gdzie każda z nich zawiera sprzeczne ze sobą interesy klas, może powstać sytuacja, w której musi dojść do przesilenia, jednak brak jakiejkolwiek kontroli, ideowej, światopoglądowej i politycznej nadbudowy nie przyniesie pożądanego rezultatu, w najgorszym przypadku bardziej wzmocni status quo, podziały, rozwarstwienie i postępujący dalszym ciągu, ale bardziej kontrolowany maccartyzm. Broń skuteczną, ale na słabych.

Dlatego rzeczą ważną jest społeczny aspekt głoszonych poglądów, nie może on być oderwany od mas, ludzi, którzy muszą uświadomić sobie sami, czego chcą. Nie chodzi tu o prymitywny pojedynek o rząd dusz, ale o danie alternatywy, pokazanie drugiej strony, wyjścia, którym nie jest zmaccartyzowanie społeczeństwa, lecz danie im poprzez dotarcie do nich prawdziwej alternatywy. Tym, którzy na przekór maccartyzmowi, chcą dalej zmieniać świat, chociażby na małą lokalną skalę trzeba wiele cierpliwości, czasu, ale i solidnej pracy, potrzeba także większej jedności.

W podtytule umieściłem również siebie. Chcę podzielić się moimi uwagami jako ofiary lokalnego maccartyzmu. Nie kryłem się wśród znajomych z moimi poglądami, nie miałem powodu żeby ukrywać fakt, że np. czytam klasyków. Efekt: niedowierzanie, śmiech, litość... Tak to odczułem, jestem inny i nie wstydzę się tego. Nie ubieram się w stylu „piękny i młody”, nie chodzę do kościółka tylko po to by się pokazać(wiara jako przyzwyczajenie to faktycznie dość popularne zjawisko), nie obcuję z szeroko rozumianą kulturą, dzięki której wszyscy wyglądają jakoś tak samo. Kilka osób powiedziało mi, że jak tak dalej ze mną będzie, to zeżre mnie dzisiejsza rzeczywistość. A ja na to: no to może zamiast zmieniać siebie, zmieńmy rzeczywistość. Jaki będzie odzew? Mam zamiar nie dać się zeżreć i przekonać się.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing