|
Żaden z listy 100 najbogatszych Polaków tygodnika "Wprost" nie znajduje się na liście 100 płacących najwyższy podatek dochodowy w Polsce. |
| Kwakstadt |
|
|
| Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org] | |
| 15.05.2005. | |
|
Wielkimi krokami zbliżają się wybory parlamentarne i prezydenckie. Na polskiej scenie politycznej tymczasem trwa nerwowy chaos połączony z komicznymi roszadami personalnymi. Kryzys rządzącego establishmentu jest tak głęboki, że nie są w stanie go ukryć już żadne dyżurne tematy zastępcze. Dziki wrzask wokół wyjazdu Aleksandra Kwaśniewskiego do Moskwy na obchody 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej traci z wolna na impecie, o komisjach śledczych i przypadłościach chorobowych jednego z jej przewodniczących wszyscy już zapomnieli, zaś ostatnia "rewelacja" o inwigilowaniu Karola Wojtyły, na tle widowiskowej histerii jaką rozpętano po jego śmierci, wydaje się być zmęczonemu społeczeństwu nader nieatrakcyjna. Lech Kaczyński próbuje udawać, iż stoi poza (jeśli nie ponad) tą matnią. Jego niedawny kampanijny falstart miał być pierwszym tego sygnałem. W czasie gdy rząd i premier rozgrywali skandaliczne i obraźliwe wręcz dla wyborców hece z przeskakiwaniem do opozycyjnych formacji, prezydent stolicy fetował ze swoimi zwolennikami w stołecznej Sali Kongresowej początek wyścigu po fotel głowy państwa; udając, że z wszechobecnym bałaganem nie ma nic wspólnego. Zabieg marketingowy doprawdy sprytny. Cała reszta to jego kontynuacja. Nazwisko naszego bohatera w asyście warszawskiej syrenki od wielu tygodni pojawia się absolutnie wszędzie. Każda - najdrobniejsza choćby inicjatywa - jest firmowana jego logiem pomimo, iż on sam ma z nią niewiele, a najczęściej nic, wspólnego. W tym także kontekście - i nie inaczej - rozpatrywać również należy doprawdy groteskową koncepcję budowy największego pomnika zmarłego niedawno papieża odlanego ze szkła palonych masowo zniczy ku jego czci. Każda sytuacja z punktu widzenia kampanii prezydenckiej ma swoje zalety i sztabowcy Kaczyńskiego zdają się je póki co wykorzystywać. Przypomnijmy, że pomysł ten został wkrótce rozwinięty - warszawski papież ma mieć gabaryty Jezusa w Rio de Janeiro. Sielanka nie trwała jednak długo. Z nieba na Ziemię rychło sprowadzili go warszawscy radni Platformy Obywatelskiej. Dopatrzyli się oni nagle - ciekawe dlaczego dopiero teraz - rażących błędów w administrowaniu miastem. Zaczęli mu gwałtownie wytykać fatalne zarządzanie budżetem, brak inwestycji, olbrzymie opóźnienia w realizacji planów, brak spójnej koncepcji rozwoju miasta itp. Słusznie. Oskarżenia te są jak najbardziej prawdziwe i uprawnione. Problem jednak w tym, że jeśli spojrzeć na to w szerszym kontekście - mało wiarygodne. Owo przebudzenie radnych PO koliduje bowiem dziwnie z niebezpiecznymi dla tej partii sondażami, które ukazały, iż premierostwo Jana Rokity nie jest już takie pewne. Pięknym za nadobne odpłacił Kaczyński zwiększając zażyłość kontaktów ekskomunikowanymi przez władze PO jej dawnymi przedstawicielami we władzach Warszawy. I tak oto mamy kolejny zastępczy temat o wdzięcznym tytule "układ warszawski". Warto w tym kontekście zauważyć, że wprowadzając owo sformułowanie do powszechnego obiegu, specjaliści od psucia innym krwi w sztabie PO, zrobili stolicznemu prezydentowi niezłego psikusa. Ów związek frazeologiczny kojarzy się bowiem bardzo jednoznacznie, a to przecież właśnie Kaczyński lansuje teorie jakoby III RP była kapitalistyczna wyłącznie z pozoru, a tak naprawdę komunistyczna tylko odrobinę mniej niż onegdaj przed okrągłym stołem. Używając takich sztuczek próbują sugerować, że sam zamieszany jest tę "komunistyczną ciągłość". O ile prawa do rozliczania prezydenta z popełnionych w czasie władania stolicą błędów nie mają współodpowiedzialni za nie radni, o tyle pełne do tego prawo mamy my - mieszkańcy Warszawy. Lech Kaczyński nie zrobił dla Warszawy zupełnie nic. Warto w tym miejscu odkłamać obraz stolicy jaki rysuje się wielu obywatelom Polski. Wbrew temu co się powszechnie w całym kraju uważa, Warszawa to nie oaza bogactwa na tle biedy innych miast, miasteczek i wsi. Jedyny jej wyróżnik to tandetny makijaż w postaci setek wieżowców ze szkła i aluminium oraz olbrzymich baraków zwanych centrami handlowymi. Pomiędzy tymi "ozdobami" zaś kryje się nędza, ubóstwo, bezrobocie, brak nadziei i gigantyczna przestępczość. Szermując bez opamiętania hasłem efektywnego przeciwdziałania tej ostatniej, Lech Kaczyński - znany ze swego zamiłowania do kary śmierci i ciągłego zwiększania uprawnień policji i prokuratury - został prezydentem Warszawy. Oczywiście nie udało mu się tego osiągnąć i - dodajmy od razu - udać się nie mogło. Warszawa z niebezpiecznej stała się podwójnie groźna. Ludzie obawiać się bowiem muszą już nie tylko interwencji stołecznych złoczyńców, ale i organów porządkowych - policji i straży miejskiej, które to - za sprawą Kaczyńskiego - obróciły życie lokalnej młodzieży w prawdziwe piekło. Autorytarna represja ze strony władz jako odpowiedź na wzrastającą przestępczość jest nie tyle pomyłką, co po prostu przejawem skrajnej indolencji. Wyrasta ona z chorej iluzji i przeświadczenia o niewiarygodnej sprawczej mocy nagiej siły, po którą - nie wiedzieć dlaczego - nikt nie ma odwagi sięgnąć dla zaprowadzenia porządku. Skutkiem takiego założenia jest działanie, które plastycznie przedstawić można jako leczenie pacjenta chorego na ospę poprzez wypalanie mu rozgrzanym żelazem powstających na skórze plam. Tę właśnie metodologię obrał Kaczyński i nakazał policji natychmiast poprawić wyniki, straży miejskiej rozdał broń i wydał takie samo polecenie. Efektem tego jest masowe spisywanie przez funkcjonariuszy obu służb, koczujących na ulicach Warszawy, dziesiątek tysięcy bezdomnych i... bogu ducha winnej młodzieży licealnej i studenckiej. Tej ostatniej zakazano wszak konsumować piwo pod przysłowiową "chmurką". Patrole szarżują zatem dziarsko po parkach wokół szkół i uniwersytetów rozdając stuzłotowe mandaty kulturalnym ludziom, którzy akurat nikomu nie wadzą. Młodzież - której nie stać na przesiadywanie w ekskluzywnych lokalach (a innych w Warszawie praktycznie nie ma) - kryje się zatem w ciemnych zaułkach i bramach autentycznie bojąc się policji i straży miejskiej bardziej niż lokalnych rzezimieszków. "Apetyt rośnie w miarę jedzenia" powiada ludowa mądrość. Nie da się ukryć. Lech Kaczyński wyznaje - jak się miało rychło okazać - nie tylko wiarę w skuteczność bezpośredniej przemocy, ale i totalnego zastraszenia. Dał tego popis (a propos - słowo doprawdy na czasie) podczas ubiegłorocznego Europejskiego Szczytu Gospodarczego, gdy na czas jego trwania wprowadził - choć nie formalnie - stan wojenny na terenie swojego panowania. Miasto podzielił na strefy, niektóre z nich zamknął tak szczelnie, że zamieszkali tam warszawiacy musieli godzinami dyskutować z policją zanim zezwolono im - za okazaniem specjalnego identyfikatora - wejść do własnego mieszkania. Sprowadził także do stolicy kilkunastu tysięcy policjantów i zakupił na tę okoliczność od niemieckiej policji specjalny pojazd służący do rozpędzania demonstracji. Nasyłał "stróżów porządku" na działaczy alterglobalistycznych, którzy byli nękani ciągłymi wizytami w domach, telefonami do pracy, podsłuchami, zatrzymaniami i wszelkimi podobnymi podłościami. Brygady zamaskowanych pałkarzy brutalnie rozpędziły kilka zebrań organizacji włączonych w przygotowywanie demonstracji przeciwko odbywającemu się szczytowi. Radio, telewizja, prasa, portale internetowe i wszystkie możliwe media zaangażowano do ideologicznej walki przeciwko demonstrantom. Ukazywano ich jako upiornych bandytów, którzy obrócą Warszawę w gruz i pył. Najbardziej wymownie grzmiał SupreExpress - "Obyśmy przeżyli ten dzień" uderzał po oczach tytuł z pierwszej strony. Histeria ta wywołała takie przerażenie, że właściciele sklepów i zakładów usługowych w centrum miasta zaczęli zabijać okna i drzwi drewnianymi płytami. Demonstracja przebiegła wyjątkowo spokojnie, pomimo iż policja podjęła oczywiście kilka prób sprowokowania zamieszek. Na jednej z desek przymocowanych, do któregoś z ekskluzywnych butików na Nowym Świecie, ktoś napisał nader prawdziwe podsumowanie całej hecy - "lepiej w oknie przybić deski niż mundurek mieć niebieski". To jednak nie koniec wyczynów Lecha Kaczyńskiego. Klimat wzajemnego szczucia mieszkańców na siebie widać przypadł mu do gustu - jako prezydent państwa będzie to zapewne czynił na skalę ogólnokrajową. Z pomocą przy następnych inicjatywach przyszedł naszemu bohaterowi dziennik "Fakt" znany w Warszawie jako "Kwakzeitung". Lech Kaczyński i redakcja wspomnianego brukowca wspólnie położyli kamień węgielny pod główny leitmotiff obecnej jego kampanii - rewolucję moralną. Wszczęli bezprzykładną ofensywę przeciwko kwitnącej prostytucji, jako najważniejszemu - ich zdaniem - zjawisku konstytuującemu moralny upadek, który z kolei jest jedyną i bezpośrednią przyczyną rozbuchanej przestępczości. "Fakt" codziennie grzmiał na pierwszej stronie mniej-więcej tak: "Prezydent zamyka kolejny burdel!", "W końcu ktoś mówi burdelom NIE!", "Policja likwiduje burdele na rozkaz prezydenta!". W ten oto sposób skonstruowano medialny model kaczyńskiej moralnej rewolucji i ukazała się nam ona w całej swej ozdobie. Ma to być zmasowana kampania marketingowa plująca ludziom w twarz ultrakonserwatyzmem przełożonym przemocą i autorytaryzmem. Wszystko to zaś trąciło będzie typowo faktową przaśnością i nazywaniem rzeczy po imieniu a la skrajna prawica. Dlatego też do walki medialne zaprzęgnięto takie terminy jak: "burdel", "dziwka" itp., które doskonale konfrontują się z "dom rodzinny" czy "matka" wzbudzając fałszywe przeświadczenie o jawnej antonimii, której osią jest właśnie moralność. "Matka" jest moralna nawet jeśli maltretuje swoje dziecko, "dziwka" zaś nie, nawet jeśli uprawiany zawód nie jest jej wolnym wyborem, lecz wymuszeniem okoliczności ekonomicznych. Terminologia została dobrana tak, by nie pozostawić zmęczonym realiami ludziom żadnej przestrzeni do refleksji. Jednocześnie wszędzie mowa o nakazach, rozkazach i poleceniach. W ten sposób tworzy się aurę totalnego zafałszowania i podsuwa ludziom tak prosty, że aż prostacki schemat do interpretowania społecznej rzeczywistości. Z jednej strony wskazuje się nośne medialnie objawy jej choroby za przyczyny. Prawdziwe powody traktuje się zaś jako przedmiot w ogóle nie podlegający dyskusji. Nie ma mowy o tym, że to nędza i bezrobocie przymusza wiele osób do prostytucji. Jednocześnie pokazuje się jakoby wszystkie akty moralnego katharsis odbywały się na polecenie prezydenta stolicy po to by wmówić przeciętnemu odbiorcy kompletną bzdurę jakoby wszystko zależało od właściwie wydanych, mądrych rozkazów. Tu z kolei zawarta jest sugestia, na której w ogóle bazuje całe prawicowe science-fiction (bo nazwać to myślą polityczną jest grubym nadużyciem) - jedni ludzie są głupi, ot tak po prostu, tacy się rodzą, albo bóg im nie sprzyjał; inni zaś są z natury swej, bądź też z bożej łaski - mądrzy. Lech Kaczyński jest oczywiście mądry. W końcu to dopiero on rozprawił się z "burdelami" i "dziwkami". Największym kłamstwem zapowiadanej moralnej rewolucji jest kompletne zakłamywanie takich kwestii. Pokazanie ich jako przyczyn kryzysu i rzekome zażegnanie za pomocą represji fałszuje rzeczywistość. Podobnie sprawa ma się z bezdomnymi. Kaczyński i "Fakt" znów rozpętali histeryczną nagonkę. Tym razem sięgnięto po takie epitety jak: "menel", "pijak" i "łobuz" także posiadających w polskim języku jednoznacznie negatywne konotacje. Osoby bezdomne są, w pojmowaniu redakcji wspomnianego dziennika i naszego prezydenta, właśnie takie. Na dodatek śmierdzą, kradną, a pewnie też i gwałcą. Bezdomni chronili się dotychczas na stołecznym Dworcu Centralnym. Policji nakazano jednak efektywnie ich stamtąd przegonić, co się w końcu udało. Ciekawe, że nie zmniejszyło to ani wskaźnika kradzieży na rzeczonej stacji ani smrodu, za to zabrało tysiącom ludzi jedyna możliwość schronienia się przed mrozem. Oczywiście nie tak to przedstawiono. "Dworzec jest czysty" krzyczano, a o smród obwiniono PRL. Dla obywateli Warszawy jej prezydent zrobił zatem tyle: zamknął sporo zakładów pracy czym przyczynił się do powiększenia bezrobocia, a najbardziej potrzebującym odebrał kiepski substytut "dachu nad głową". Prawdziwym odrzuceniem zaś napawa dziwna zbieżność. Wyrzucenie bezdomnych z Dworca Centralnego zbiegło się bowiem z masowym grodzeniem śmietników i zamykaniem bram do nich na kłódkę. Tym sposobem odcięto bezdomnym jedyne źródło żywności. Jeśli do tego dorzucić, że Kaczyński ma nie tylko zapędy autorytarne, ale i imperialne ambicje powstaje obraz prawdziwie koszmarny. Uprawia on bowiem swoistą wersję "Drang nach Osten". Przejawem tego niech będzie chęć przyłączenia do Warszawy Sulejówka. Być może powinien się zastanowić nad tym czy nie połączyć tych dwóch - jakże wartościowych - inicjatyw w jedną. Niechaj Sulejówek stanie się częścią stolicy i niechaj to właśnie tam stanie gigantyczny pomnik zmarłego papieża, z którego rozciągać się będzie widok na... Kwakstadt. Wszystko to - cały ten koncept moralnej rewolucji - wpisuje się dokładnie w schematy kreowania nierzeczywistej rzeczywistości opartej na tematach zastępczych. Moralna rewolucja została wymyślona po to by zawoalować to co PiS będzie czynił po ewentualnych wygranych wyborach. Kierownictwo tej partii zdaje sobie bowiem doskonale sprawę z tego, że nie jest w stanie zaproponować żadnych konkretnych rozwiązań ekonomicznych, które pomogą żyjącemu w nędzy społeczeństwu dźwignąć się z kryzysu. Wie, że będzie kontynuowało politykę wolnorynkowego koszmaru toteż już teraz zabezpiecza się i wynajduje rozmaite dyżurne tematy, którymi będzie epatowało po tak w trakcie kampanii jak i po wyborach - przecież rewolucja musi trwać, nieprawdaż? |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |