Krwawe juwenalia Drukuj Email
04.07.2004.

Tekst o studentach. Wychodząc od tragicznych wydarzeń, które rozegrały się w Łodzi podczas juwenaliów, autor analizuje dzisiejsze położenie studentów i wskazuje na najważniejsze problemy świata akademickiego. Sporo miejsca poświęcone zostało także roli mediów. Pewnej pikanterii artykułowi dodaje dość obszerny i plastyczny opis bandyckiej awantury (o rasistowskim podłożu dodajmy), która rozegrała się podczas Łódzkich juwenaliów.

Początek czerwca to czas dla studentów ciężki. Sesja egzaminacyjna, szczególnie ta letnia, należy do okresów, które wspomina się jako pasmo kilkutygodniowego koszmaru. Całkiem do niedawna było to jedyne okropieństwo (poza oczywiście „kampanią wrześniową”), na które studenci się zgadzali przystępując do immatrykulacji. Wypadki do jakich doszło podczas ostatnich juwenaliów w Łodzi pokazują, że tak często przywoływane przez starszych „życie studenckie” nabrało zupełnie nowej jakości. Zostało ono już dawno odarte z aury beztroskiego romantyzmu niekończącej się zabawy połączonej z intelektualnymi staraniami.

Urynkowić studenta

Najpierw do uniwersytetów i akademików wdarł się rynek, który – jakże szybko i skutecznie – „uelastycznił” stosunki społeczne zarówno pomiędzy studentami, których ubrał w niebieskie garnitury okraszone żółtymi krawatami jak i pomiędzy nimi i uniwersytecką kadrą naukowo-biurokratyczną, której to wyjaśnił, iż brakujących pieniędzy najłatwiej szukać w kieszeni studentów. Koniec roku akademickiego 2003/04 okazał się być kolejnym przełomowym momentem, który wzbogacił tę siermiężną wolnorynkową rzeczywistość o jeszcze jeden dramat. Ci, którzy studiują dziś, „życie studenckie” będą wspominali nie tylko jako czas biedy i strachu przed powiększającą się codziennie listą płatności związanych z nauką na uniwersytetach, ale także jako okres permanentnej trwogi, by nie paść ofiarą policyjnego polowania.

Koniec kwietnia i początek maja przynosił zawsze swoistą ulgę w studenckiej rutynie. Między innymi za sprawą corocznych juwenaliów – masowych festiwali symbolizujących satysfakcję całego środowiska ze zbliżającego się końca roku akademickiego. Na tym radosnym zwyczaju zaciążyła noc z ósmego na dziewiątego maja. W Łodzi doszło wówczas do największej kryminalnej awantury ulicznej jaką pamięta to miasto. Bawiący się podczas jednego z juwenalialnych koncertów studenci najpierw padli ofiarą niczym nieskrępowanej brutalnej bandyterki w wykonaniu uzbrojonych po zęby pseudokibiców Widzewa, a później bezinteresownej, chuligańskiej agresji funkcjonariuszy policji. Ta ostatnia okazała się dużo bardziej tragiczna w skutkach. Oddziały prewencji – w odróżnieniu od miejscowej stadionowej menażerii – ma niestety na wyposażeniu broń palną. Dwie osoby nie żyją, a rannych zostało ponad 200.

Kryminalna pożoga

W późnych godzinach wieczornych przez miasto ruszyła grupa uzbrojonych w pałki, kije, kastety i noże pseudokibiców. Wędrowali tak oni przez nikogo nie niepokojeni po centrum Łodzi. Spisujący w tym czasie bezdomnych policjanci dziwnym zbiegiem okoliczności nie dostrzegli maszerujących przez miasto agresywnych, łysych oprychów. Interesujące jest również, iż uwadze ich umknął także dość spektakularny moment, gdy sfrustrowani brakiem należytego respektu wobec ich obecności pseudokibice przystąpili do regularnej grabieży i demolowania kawiarni znajdujących się przy ulicy Lumumby. Gdy panowie Ci okrzepli po pierwszej fali zmęczenia i podchmielili sobie cokolwiek, widząc że nie będą niepokojeni jeśli odmówią uregulowania należności finansowych ruszyli dalej. Najpierw zdewastowali (według niektórych relacji spalili) kilka samochodów, później zaś rozdrażnieni widokiem – nieestetycznie ich zdaniem odzianych – studentów Politechniki Łódzkiej jęli okładać ich razami z użyciem wszystkich narzędzi, które ze sobą przywlekli. Po jednym z nich radośnie poskakało sobie kilku najbardziej natenczas aktywnych.

Na horyzoncie pojawił się wtedy inny gang – nadciągały zorganizowane oddziały prewencji. Wielką zagadką jest dlaczego akurat wtedy. Przypomnijmy, że grupa wędrujących po Łodzi chuliganów nie składała się z trzech czy czterech osób, lecz z kilkudziesięciu, a w miarę upływu czasu liczba ta się stale zwiększała. Widok czarnych policyjnych mundurów i lśniących kasków podziałał na nich tak jak na każdego – denerwująco. Przy czym zaznaczyć warto, że dresiarska brać bardzo szybko przekłada każde zdenerwowanie na frustrację i agresję. W stronę maszerujących funkcjonariuszy posypały się błyskawicznie kamienie, butelki, stalowe rury, parasole ogrodowe, kufle, stoły, krzesła, sztućce, osprzęt kuchenny, a nawet – jak podają niektórzy świadkowie - kiełbasa i niedogotowany bigos.

Nieudolna próba natarcia ze strony policji została odparta w czasie tak krótkim, że nie powstydziłby się tej operacji niejeden zaprawiony w bojach wojskowy strateg. Podekscytowani swym sukcesem, łysi gentlemani rozproszyli się po studenckim miasteczku i jęli uprawiać wolną amerykankę. Ekstremalną dodajmy. Bili bowiem każdego napotkanego studenta (ze szczególnym upodobaniem obcokrajowców), niszczyli samochody i witryny sklepowe. Do najgroźniejszych scen doszło około godziny drugiej pod akademikiem „Pretor”. Oliwy do ognia dolała wówczas policja, która – jak na nieszczęście – pojawiła się znów. Tym razem wściekła i rozsierdzona porażką kolumna czarnych sotni w białych hełmach zaczęła strzelać najpierw w kierunku ludzi, a potem już zupełnie na oślep. Na ziemi wśród plam krwi i potłuczonego szkła leżeli zmasakrowani studenci. Ciągle padali nowi ranni. Od momentu policyjnej interwencji chaotyczna bijatyka przerodziła się w regularną bitwę. Nikt nie wiedział kto do kogo strzela, skąd lecą pociski, a skąd butelki. Gdy ostrzeliwującej się bezmyślnie policji zabrakło gumowych pocisków – nie oglądając się na nic ani na nikogo – załadowano ostrą. Orgia szału strzelania zakończyła się tragicznie. Policja zamordowała bogu ducha winnego dziewiętnastolatka (Damian T.) i dwudziestotrzyletnią dziewczynę (Monika K.), która znalazła się na polu bitwy zupełnym przypadkiem. Tej ostatniej, któryś ze stróżów prawa odpalił prosto w czoło - tuż ponad prawym okiem, zaś chłopakowi strzelono w brzuch. O olbrzymim szczęściu mówić może mówić rówieśnik Damiana. W jego przypadku policjant wycelował zapewne niewłaściwie i nie dał rady roztrzaskać mu aluminiowym pociskiem czerepu – zdołał jedynie przestrzelić mu policzek. Swoją drogą to rzeczywiście ciekawe, że przy każdej interwencji policji z użyciem broni gładkolufowej znajduje się ktoś z poważnie uszkodzoną twarzą – przecież panom funkcjonariuszom wolno, zgodnie z przepisami, strzelać jedynie po nogach.

Medialna histeria

Na drugi dzień polskie media – jak zwykle w takich sytuacjach – zamiast przedstawić staranną analizę i komentarz, rozpoczęły nawoływanie do masowej histerii. Okazało się ono niezwykle skuteczne. W bezmyślny letarg, utopiony w krokodylich łzach po ofiarach łódzkiej tragedii, zapadli wszyscy. Z jednej strony molestowani medialnym bełkotem, z drugiej zaś wzniosłymi deklaracjami łódzkich włodarzy i policyjnych czynowników, ludzie ulegli szybko atmosferze komercyjnej paniki, której przesłanie było jasne i proste – zobaczcie, dostrzeżcie, przeraźcie się, powspółczujcie, poubolewajcie i jak najszybciej zapomnijcie. Tak też się stało. Lansowana przez wszystkie media moda na bezmyślność, na kompletny brak jakiejkolwiek społecznej refleksji zatriumfowała ponownie. Moment sensacji, chwila medialnego lamentu, marsz milczenia i o sprawie nie pamięta już nikt.

Nie zaskakują reakcje mediów, nie zaskakują intencje władz. Komercjalizacja i totalne uprzedmiotowienie ludzkiego nieszczęścia połączone z żałosną hipokryzją ze strony władz stały się już nie tylko dominującym trendem, ale jednym z podstawowych standardów zarówno polskiej prasie, o czym przypomniał dobitnie swym powstaniem dziennik Fakt; w telewizji, co pieczętuje się najjaskrawiej postaciami Jolanty Pieńkowskiej i Kamila Durczoka; w polskim radiu, czemu wyraz daje tenże sam duecik wspomagany ekipą radia TokFM; jak i w polskich portalach internetowych, które na okoliczność łódzkich wydarzeń produkowały specjalne raporty publicystycznie puste, a informacyjnie co najmniej niedostateczne, ale barokowo wręcz przyobleczone setkami migających bannerów reklamowych. Porażająca żenada, którą zaserwowały nam media i władze była do przewidzenia.

Studencka klęska

Gigantyczny żal i oburzenie wzbudza reakcja środowiska studenckiego, a właściwie jej kompletny brak. Udziału studentów w zorganizowanym przez prezydenta Łodzi marszu milczenia zakwalifikować jako świadomej reakcji z pewnością nie można. Wręcz przeciwnie, dowodzi to iż medialna aura ostentacyjnego ubolewania nad tragedią, której nikt nie zawinił objęła swym zasięgiem także bezpośrednie ofiary. Nie zastanawiając się wiele organizacje studenckie kontynuowały juwenalia w całej Polsce (oprócz Łodzi, ale to również na wniosek pana Kropiwnickiego). W żadnym mieście, na żadnej z imprez – bądź co bądź masowych – organizatorzy słowem nie zająknęli się nawet o naszych kolegach, którzy niepotrzebnie zginęli padając ofiarą brutalnej, niczym nieskrępowanej, nagiej agresji policyjnych siepaczy! Żadne studenckie stowarzyszenie, żadna fundacja i w ogóle żadna organizacja, których jest na polskich uczelniach na pęczki, nie kiwnęły nawet palcem, by zająć jakiekolwiek stanowisko w sprawie masakry w Łodzi. W prasie nie pojawiło się ani jedno oświadczenie, nie jest mi także wiadomo, by na którymkolwiek z uniwersytetów odbyło się choćby jedno spotkanie poświęcone temu wydarzeniu.

Za zasłoną histerycznego lamentu dokonała się olbrzymia kompromitacja nie tylko absolutnie wszystkich organizacji studenckich, ale i całej akademickiej społeczności jako takiej. Nie tylko nie zdobyła się ona na najprostszy nawet gest sprzeciwu wobec bezkarnego bandytyzmu w wykonaniu lokalnej chuliganerii i zastępów prewencji, ale w ogóle poddała sprawę moralnych przemyśleń w ręce Faktu, Super Ekspresu i Gazety Wyborczej, które swojemu dawno wyćwiczonemu i sprawdzonemu schematowi podporządkowały znów wszystkich odbiorców.

Konieczność zmian

Sytuacja ta godna jest niewątpliwie słów najostrzejszej krytyki. Żałosna, żenująca i haniebna wręcz postawa organizacji i zrzeszeń studenckich jest kolejnym dowodem na to, że wszystkie one powinny natychmiast przestać istnieć. Okazuje się, że nie tylko dawno wyczerpały już swoją formułę, ale że niezdolne są już nawet do najprostszych czynności, że zatraciły już umiejętność rozsądnego reagowania i myślenia – nawet post factum. Usadowieni w studenckich samorządach biurokratyczni imbecyle tkwią w błogim samozadowoleniu myśląc, że wszystko jest w najlepszym porządku. Skandal!

Konieczność olbrzymich przetasowań w ramach studenckich struktur organizacyjnych zasygnalizowana została już wcześniej – gdy w 1997 roku, ówczesny minister oświaty Mirosław Handke, oznajmił, iż uczyni studia wyższe w pełni płatnymi. Mobilizacja struktur studenckich okazała się już wówczas marna. Ówczesne zwycięstwo zawdzięczać możemy jedynie olbrzymiemu wysiłkowi wszystkich lewicowych organizacji w Polsce, które pierwsze stanęły do walki. Potem przegrana (by nie powiedzieć oddana walkowerem) bitwa o zachowanie ulg studenckich na przejazdy koleją, a dziś kompletna kapitulacja przed aktem brutalnego terroru fizycznego (pseudeokibice, policja) i mentalnego (media).

Prawicowa dominacja

Tkwiący w marazmie codziennej akademickiej beznadziei studenci nie wydają się jednak – w swej większości – dostrzegać tego problemu. Poruszający się codziennie wśród małych salek, zadymionych korytarzy, bombardowani kolorowymi ofertami pracy za granicą przestają myśleć – przestają się zastanawiać nad otaczającą ich rzeczywistością, już nawet nie tą globalną, ale tą im najbliższą, z którą – chcąc nie chcąc – stykają się na co dzień. Na tej właśnie tragicznej ułomności żerują prawicowe kółka wzajemnej adoracji jak NZS i wszelkiego typu pseudonaukowe koła i stowarzyszenia, które uprawiają intensywną promocję Platformy Obywatelskiej i UPRu. Grupa skrajnych liberałów do spółki z zoologicznymi narodowcami – wskutek tej totalnej beznadziei – zapanowała intelektualnie na polskich uniwersytetach. Czy mogło zatem być inaczej? Wszak ludzie ci tryskają satysfakcją ze zdecydowanej postawy policji i kładą się krzyżem przed Faktem i Gazetą Wyborczą. Czy protestować przeciwko policyjnej agresji będą ci, którzy represyjne państwo wielbią? Czy o bezpieczeństwo studentów ubiegać się będą ci, którzy twierdzą, że każdy powinien dbać o siebie sam, a nie oczekiwać pomocy od nikogo? Z pewnością nie. Tak długo jak nie zostanie przełamany intelektualny i kulturowy dyktat antyspołecznego leseferyzmu połączonego z endecką gnozą nie ma żadnych szans na minimalną choćby poprawę. Jak pokazuje najbliższa przeszłość – w takich warunkach istnieje jedynie perspektywa totalnego załamania, do którego nie wolno dopuścić! Jeśli nie nastąpi wkrótce radykalna zmiana, jeśli środowisko akademickie nie dostrzeże takiej konieczności i podążać dalej będzie tą ślepą uliczką, od której chwilową odskocznią są alkohol i narkotyki obudzi się z ręką nie w nocniku, lecz w szambie. Na płatnych studiach, bez stypendiów, bez praw do pomocy socjalnej, bez nadziei… Jedynie z lufą policyjnego karabinu przy skroni.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing