Koniec koalicji Drukuj Email
13.08.2007.

To już koniec. Koalicja PiS-u, Samoobrony i LPR rozpada się z hałasem, w atmosferze wzajemnych oskarżeń. Nowe wybory, tyle razy wykorzystywane jako straszak, teraz są realniejsze niż kiedykolwiek w ciągu tej kadencji parlamentu. Konserwatywno – nacjonalistyczno – katolicki sojusz przetrwał kompromitację ustawy lustracyjnej, parlamentarną klęskę zakazu aborcji i kilka do kilkunastu afer, których treści nikt już po kilku miesiącach nie pamięta. Rozpadł się – czy też został świadomie zrujnowany – przez spory personalne i nieograniczoną żądzę władzy i dobity decyzją PKW o cofnięciu subwencji dla PiS-u za nieprawidłowości w rozliczeniach finansowych. W ostatnich tygodniach prawy i sprawiedliwy rząd zafundował wyborcom żenujący festiwal wzajemnych oskarżeń o korupcję, kłamstwa, nadużywanie uprawnień i co tam jeszcze polska fantazja wymyśli. O dziwo, nikt nie odwoływał się do wartości chrześcijańskich, ale nie należy tego poczytywać za nagłe przebudzenie politycznej przyzwoitości polskich “elit”. Bardziej prawdopodobne jest, że niedawni rządzący w ogniu wzajemnych oskarżeń po prostu zapomnieli udawać uczciwych i bogobojnych. I nie jest tak naprawdę istotne, kto kogo podsłuchiwał, kto na kogo donosił, a kto chciał kogo podstępem usunąć ze szczytu władzy. Bilans dokonań koalicji jest prosty. Z obietnic wyborczych, z pięknych deklaracji expose premiera nie zostało nic.

Nie ma Polski solidarnej, nie ma trzech milionów mieszkań, nie ma konsekwentnej polityki prorodzinnej, bo becikowe – jedną z nielicznych zmian, jakie w ogóle wprowadził PiS – można uznać najwyżej za marną namiastkę tejże. Wbrew obietnicom rząd nie zerwał z gospodarczym neoliberalizmem i otwarcie popierał dyskryminację kobiet w życiu społecznym. Udało się za to rozpętać histerię lustracyjno- antylewicową, odwracając uwagę elektoratu od teraźniejszych problemów. Kontynuując kilkunastoletnią tendencję, rząd sięgnął absurdu w dziedzinie wysługiwania się Kościołowi katolickiemu i współdziałającym z nim mediom. Podobny brak realnej wizji działania dominował w polityce zagranicznej, gdzie prezydent i premier zdołali skonfliktować z Polską większość krajów Unii Europejskiej, nadal wysługując się Stanom Zjednoczonym i wysyłając polskich żołnierzy na śmierć w imię amerykańskiej ropy naftowej.

Odchodzący z ministerstwa edukacji Roman Giertych oskarżył Jarosława Kaczyńskiego o budowanie w Polsce totalitaryzmu i zagrażanie młodej polskiej demokracji. Brzmi to dosyć ciekawie, jako że jeszcze kilka miesięcy temu to lewica (a konkretniej lewica antykapitalistyczna) miała wg LPR monopol na budowanie totalitarnych systemów. Tylko z lewej strony mogły nadejść zagrożenia dla polskiego społeczeństwa, a prawica solidarnie się z nimi zmagała. Wystarczyło jednak odebrać Giertychowi jego posadę, by momentalnie doszedł do zadziwiających jak na niego wniosków, że “państwo nie może się zmienić w aparat represji, nacisków”. Po czym triumfalnie oznajmił, że wprawdzie musi odejść z resortu oświaty, ale pozostawia po sobie mundurki i projekt ustawy o ośrodkach zamkniętych dla uczniów sprawiających trudności wychowawcze... I dodał, że nadal uważa patriotyzm za wartość w obecnej Polsce kluczową, a jego poglądy są w gruncie rzeczy podobne do wielu punktów programu PiS-u. Innymi słowy: były wicepremier chętnie by sobie jeszcze trochę porządził, jednak sposób, w jaki Kaczyński pozbył się Andrzeja Leppera dał mu nieco do myślenia i każe bronić się przed totalną marginalizacją swojej partii. W tym samym czasie Zbigniew Ziobro, Andrzej Lepper i Janusz Kaczmarek wzajemnie obrzucają się błotem w związku z tzw. aferą gruntową. Te dwa obrazki ukazują całą esencję koalicyjnych rządów. Walki personalne podlane prawicowym ekstremizmem i zero zainteresowania faktycznym stanem kraju i oczekiwaniami społeczeństwa. Nawet teraz, w obliczu nowych wyborów, partia Kaczyńskiego traktuje elektorat jak przysłowiowe stado owiec, które radośnie kupi każdą kiełbasę wyborczą. Bo tylko tak można traktować spoty reklamowe sponsorowane przez PiS, jak i zapewnienia dotyczące nowych ministrów, rzekomo całkowicie niezależnych politycznie ekspertów. Podobnie bowiem jak Roman Giertych, Kaczyński popisał się umiejętnością wyciągania logicznych wniosków, stwierdzając, że zastępuje osoby silnie upolitycznione – osobami z przygotowaniem merytorycznym. Przez dwa obsadzenie “miernymi, ale wiernymi” tak istotnych resortów, jak Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej nikomu w PiS nie szkodziło. Nikomu nie przeszkadza utrzymywanie się analogicznej sytuacji w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Zresztą co do bezstronności świeżo nominowanych też można mieć wiele wątpliwości. Chociażby następca Romana Giertycha Ryszard Legutko - nie będzie raczej ultrakatolickim ekstremistą w rodzaju szefa LPR, ale trudno też od niego oczekiwać, by uczynił polską szkołę wolną i laicką, pozbawioną wszechobecnej propagandy prawicowej.

Z drugiej strony – okres rządów koalicji to również czas niespotykanych na polskim gruncie protestów pracowniczych, ze strajkami listonoszy, nauczycieli, lekarzy i pielęgniarek. Poczynania ekipy braci Kaczyńskich przelały zbierającą się od początku transformacji ustrojowej czarę goryczy i skłoniły przynajmniej niektóre grupy zawodowe do otwartego wyrażenia swojego niezadowolenia. Jest to wydarzenie jak na polskie warunki szczególnie istotne – do niedawna Polacy byli raczej skłonni wierzyć oficjalnej propagandzie, głoszącej nieuchronność kapitalizmu i konieczność poddania się prawidłom liberalnej gospodarki. A takiej społeczeństwo polskie nie chce. To dlatego w ostatnich wyborach zagłosowało na PiS i Samoobronę – przeważył prospołeczny program gospodarczy, nie piękne słowa o religii katolickiej i miłości do ojczyzny. Teraz sondaże wskazują wysoką popularność Platformy Obywatelskiej, ale można mieć coraz większe wątpliwości, czy jest to prawdziwie świadomy wybór. Większość Polaków, zapytana o swoje preferencje polityczne, machnie ręką z rezygnacją i oznajmi, że tak naprawdę wszyscy politycy są tacy sami. I trudno mu się dziwić. Przez ostatnie kadencje parlamentarne obserwujemy w Polsce ten sam proces alienacji władzy od realnych potrzeb społeczeństwa, odwracania się rządzących od potrzeb wyborców. A także rosnącą utratę wiary w politykę u tych ostatnich, przede wszystkim u zwykłych pracowników najemnych. Gdy wybory wygrywał Sojusz Lewicy Demokratycznej, ludzie świadomie wybierali coś, co wydawało im się lewicową alternatywą wobec okropności codziennego życia w szalejącym kapitalizmie. Kiedy cztery lata później zwycięstwo odniósł PiS, głosujący na tę partię również mieli nadzieję, że w ich życiu zmieni się na lepsze. Teraz większość polskich pracowników nadziei już nie ma.

I ponownie trudno im się dziwić. Polska parlamentarna lewica nie wykorzystała szansy, jaką dawały rządy PiS-u. Wręcz przeciwnie. Posłowie SLD dopiero w skrajnych przypadkach – jak projekt całkowitego zakazu aborcji czy pomysł zniesienia Święta Pracy – raczyli zakwestionować pomysły rządzącej koalicji, odżegnując się zresztą od nazbyt radykalnej retoryki, która mogłaby się (broń Boże!) kojarzyć z “totalitarną epoką PRL. Zamiast spójnej wizji Polski socjalnej, Polski bez wyzysku, słyszeliśmy mętne zapewnienia o konieczności dostosowywania się lewicy do zmieniających się warunków globalnej gospodarki, do nowych realiów pracy w tzw. społeczeństwie postindustrialnym, znajdujące swój punkt kulminacyjny w otwartych projektach ścisłego sojuszu z neoliberałami z PO. Zamiast otwarcie zaprotestować przeciw antylewicowej nagonce w mediach, kierownictwo SLD samo wpisało się w kreowany w ten sposób model, sprawiając wrażenie, jakby wstydziło się resztek lewicowości. W ten sposób problemów polskiego społeczeństwa się nie rozwiąże.

Chciałoby się powiedzieć: nieważne, kto wygra przedterminowe wybory, jeżeli takowe w końcu dojdą do skutku. I tak o kierunku zachodzących w Polsce przemian może zdecydować tylko zorganizowany ruch masowy. Jeżeli społeczeństwo zbuntuje się przeciwko neoliberalizmowi, wyzyskowi i rażącym nierównościom, nie będzie w kraju miejsca ani dla zwolenników “błogosławieństw wolnego rynku, ani dla ultrakatolików. Pewne symptomy społecznego buntu już oglądaliśmy za rządów koalicji. Czas na ciąg dalszy.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing