Nihil novi Drukuj Email
15.10.2005.

Dobiega końca najbardziej żenująca kampania wyborcza, jaką mieliśmy okazję i wątpliwą przyjemność śledzić. Zbiegnięcie się terminów wyborów, tak parlamentarnych, jak i prezydenckich spowodowało lawinę informacyjnego bełkotu ze strony sztabów wyborczych. Jedni próbowali się usprawiedliwiać, inni kreować na wybawicieli, kolejni na architektów IV RP, a jeszcze inni twierdzili, że jeszcze tylko oni nie rządzili. Podejrzewam, że taką wiedzę posiadał każdy przeciętny wyborca i nie było mu potrzebne pseudopolityczne show w mediach, na ulicach, w parkach, dosłownie wszędzie.

Ów przeciętny wyborca mógłby to może jakoś znieść, gdyby nie treść wszystkich plakatów, czy spotów. A właściwie jej brak. Kiedy na PiS z mocą „Katriny” spadły pochwały o wzorową kampanię w amerykańskim stylu, pokazywano ją jako wzór. Pieli z zachwytu spece od reklamy, marketingu politycznego, pieli także wyborcy – ze złości, bo nic nie rozumieli. Bo co z tego, że sztabowcy perfekcyjnie dobrali kolory, muzykę, krawaty i hostessy. Czy taki jest program wyborczy ugrupowań politycznych w dzisiejszych czasach? Owszem, tak. Dzisiaj najlepszym programem poszczególnych kandydatów jest „więcej, głośniej, bardziej kolorowo”. To „znak czasów”. W końcu czerpie się od najlepszych (czytaj: Amerykanów). Bo dziś człowiek potrzebuje igrzysk. To zrozumiałe – przy braku chleba. Ta wszechogarniająca sztuczność kampanii, która w zamyśle ma pomagać wyborcom w dokonaniu bardzo ważnego wyboru na lata, przesiąka już tych, na których powołują się ci, demokratycznie wybrani. Ten jest przystojny, tamten ładnie się uśmiecha, o, a tamten ma świetny krawat. To dziś najczęstsza argumentacja tych, już coraz mniej licznych, którzy zdecydowali się postawić krzyżyk.

Próbując jakoś zrozumieć powyższą argumentację, należy doszukać się szerokiego kontekstu słabej, żałosnej frekwencji i motywów, jakie kierują wyborcami. Wyborcami, którzy czasami nawet nie wiedzą, jaką partię reprezentuje ich kandydat, ważne, że nie jest to ten, którego partię wybraliśmy 4 lata temu, bo on się obłowił, a nam żyje się tak samo źle, albo jeszcze gorzej. Ten fakt sprawia, że wybory rozstrzyga, w ujęciu ogólnym, a nie poszczególnych wyborów, tzw. „żelazny elektorat”, pod warunkiem, że pójdzie do urn. Amerykanizacja kampanii to, tylko dodatkowy czynnik zniechęcający, nie tyle do głosowania, co do takiego głosowania, jakie obserwujemy poprzez kolejne kadencje i wybory. Przyczynia się do ogólnego zniechęcenia, utwierdzenia w przekonaniu, że i tak nic się nie zmieni. Ale, skoro już trzeba wybrać, to niech „wejdzie” ten elegantszy, przystojniejszy etc.

Taka wizja kampanii, jest sprytnym zabiegiem w każdym kapitalistycznym kraju, znajdującym się u progu wyborów. Jeśli każde z ugrupowań prezentuje kapitalistyczną wizję politycznego porządku, gdzie różnice widoczne są tylko w ideologicznej nadbudowie, zaczyna się wyborczy cyrk.. Do którego zaprzęga się wszelkiej maści „zawodowych macherów” od wyglądu, uśmiechu, poruszania się. Ci specjaliści, za grubą kasę uczą przyszłych rządzących wielu socjotechnicznych sztuczek. Gdy taki kandydat chodzi już, jak w zegarku, wychodzi na ring, o chwytliwej nazwie „debaty politycznej” i rozpoczyna wymianę ciosów na...wcale nie argumenty, nie na własne wizje państwa, nie na programy. Rozpoczyna się popisowa, pełna efektów specjalnych, jak u Luca, Bessona, lecz żałosna w treści batalia na gesty, żarty, spojrzenia, uśmiechy. Śledzących te pojedynki, utwierdzają w przekonaniu o ich słuszności, neoliberalne media, głosząc, że skoro ten uśmiechnął się szerzej, to będzie lepszym prezydentem. To nie żart.

We wszystkich tych zabiegach nie ma ani źdźbła przypadkowości, improwizacji. Wszystko jest starannie wyreżyserowane, by wyglądało na poważną polityczną dysputę ludzi dbających o dobro kraju. Taki dzisiaj oręż wystawiają w walce o głosy odarci ze wszelkich wizji politycznej przyszłości, nazwijmy ich umownie, politycy. W tej walce nie liczy się tak naprawdę, to, co my chcemy zrobić. Ważne, że zastąpimy tych, którzy byli przed nami. Prosty zabieg, na który nabiorą się wyborcy. Tak było i tak jeszcze jest. Jednak już niedługo. Pęknięcie musi nastąpić i nastąpi. Pewne syndromy możemy obserwować już dzisiaj. Obywatel, będący dotychczas na pierwszej linii frontu, otoczony bilbordami, plakatami, uśmiechniętymi twarzami, zaczyna mówić – dość. Im bardziej postępuje ta, charakterystyczna dla kapitalizmu, chęć utopienia człowieka w prymitywnej i sztucznej wizji, że wszystko jest OK.

Wszystkie te sztuczki, które prezentują „ci na górze”, jakoś w codziennej rzeczywistości nie zdają egzaminu, że nikt, w pracy, w urzędzie jakoś nie nabiera się na szeroki uśmiech, ładną wymowę i podręcznikowe odpowiedzi na pytania. Że barwy kampanii są tak jaskrawe, że po prostu sztuczne. Więc dlaczego my się nabraliśmy? Już nigdy więcej. Zachowajcie swoje igrzyska dla siebie. Dość histerii, dość nabierania nas „demokracją”, „wolną wolą” i innymi zdobyczami III RP. Dlatego tak ważne jest odmitologizowanie tzw. „postawy obywatelskiej”. O tymże zjawisku trąbią niemalże wszyscy. Nie po to obalano komunę, żeby teraz obywatele lekceważyli swoje naturalne prawa. Całą winę zrzuca się na społeczeństwo, to niedojrzałe, tęskniące za przeszłością, nieprzystosowane społeczeństwo. To ludzie winni są temu, co dziś obserwujemy! To kolejny znak firmowy kapitalistycznego porządku; system wini ludzi, że nie są do niego przystosowani. Ten sam system wyrzuca niepotrzebne jednostki poza nawias, bo kto nie umie przetrwać, tego po prostu nie ma. Kapitalizm w naturalnym stopniu jest kontynuatorem tradycji epoki niewolnictwa, czy feudalizmu. Z tą różnicą, że teraz współcześni niewolnicy harują z uśmiechem na ustach i jak mantrę powtarzają „jest OK.”. I ten system wymaga jeszcze od takich ludzi uczestnictwa, „postawy obywatelskiej”. Głosuj, idź na wybory, jeśli tego nie zrobisz, to nie narzekaj, bo nic nie zrobiłeś. Nikt nie będzie słuchał pretensji tego, który nie brał udziału. Tak zawoła z mównicy jeden, czy drugi powołując się na demokrację. Jednak ten sam orędownik aktywności obywatela, nie zawaha się wyśmiać pretensji człowieka, który zagłosował. Nie będzie interweniował, gdy zwolnią go z pracy, pozbawią zasiłku, czy gdy zmuszony będzie płacić za swą edukację. Jaka więc jest dziś różnica pomiędzy wychwalanym wszędzie uczestnictwem w życiu politycznym, a jego brakiem? Nie istnieje taka różnica. Wszystko dzieje się i tak poza plecami obywateli. „Postawa obywatelska” jest zwykłą farsą, by wejść na ambicję wyborcy i zmusić go ckliwą retoryką do pójścia do urny. Miałoby to jeszcze jakiś sens, gdyby wybór istniał. Wybór nie między jaśniejszym, czy ciemniejszym garniturem, lecz wybór pomiędzy konkretnymi programami, gdyby takie istniały.

Obaj kandydaci do prezydenckiego stołka, prezentują właściwie ten sam program. Nihil novi. Rozdmuchiwane różnice w kwestiach podatkowych, gospodarczych, to tak naprawdę walka sztabów, walka medialna, łaszenie się do wyborców i ciułanie głosów. Z tego powodu wymyślono rzekomy „solidaryzm” PiS-u. Solidaryzm, z kim? Bo chyba nie ze społeczeństwem, które mami się wyrównaniem szans, poprzez rzekomy progresywny podatek i zachowanie ulg. Przecież już słychać głosy, że jednak podatki będą niższe, oczywiście po to, by przyciągnąć inwestorów, którzy jak dobre wróżki stworzą miejsca pracy, wzrost PKB będzie bić kolejne rekordy. Słyszymy to przy okazji każdych wyborów. A tak naprawdę – nihil novi. Jest, tak jak było. Polska będzie jeszcze większym „Chrystusem narodów”, przedmurzem europejskiej cywilizacji, wspólnie z Ukrainą stworzymy kolejną „małą Ententę” przeciw Rosji, nie zauważając, że ta śmiejąc się Polsce w twarz, buduje „rurę” pod Bałtykiem. A rusofobowie dziwić się będą, jak to możliwe, że omija się tak strategiczny kraj, jak Rzeczpospolita? Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz.

Nie zapominajmy oczywiście o IV RP, projekcie teokratycznego kraju w sercu Europy. Powraca koncepcja „wielkiej Polski katolickiej”. Jesteśmy pierwszym krajem, w którym, nie aktualna ogólna sytuacja jest determinantem polityki, lecz są nią historyczne pretensje i kompleksy. Czyli, nihil novi. W Polsce, jak nigdzie indziej, kreuje się wizerunek kraju, jako permanentnie krzywdzonego, jak nie przez Krzyżaków, to przez zaborców, potem byli hitlerowcy i główny punkt programu, czyli czerwoni.

Swoją postawą w obecnych wyborach i poprzez stosunek do nich Polacy dali dobitnie do zrozumienia, że dość już straszenia, teczkami, agentami, szpiegami, złymi Rosjanami. Dość już antyobywatelskiej polityki pod płaszczykiem demokracji. Dość kolejnej wymiany gabinetów, które i tak kontynuują obecny trend w polityce, czyli utrwalanie kapitalistycznego porządku. Robiąc dobrą minę do złej gry, kandydaci walczą o procenty w sondażach, które i tak będą coraz bardziej mizerne. Społeczeństwo nie jest głupie, może daleko mu jeszcze do osiągnięcia świadomości politycznej, ale to, co obserwujemy teraz to pierwsze symptomy przełomu. I jest to przełom, któremu ton nadają lewicowe hasła i lewicowe rozwiązania. Im szybciej zrozumieją to Ci, na których jeszcze nie tak dawno liczono, jeśli zrozumie to cala polska lewica; zarówno ta „oficjalna”, zasiadająca w parlamencie, czy działająca jako partie polityczne, jak i ta jednoznacznie antykapitalistyczna, opierająca swe działanie na najlepszych tradycjach, kontestująca obecny porządek i dająca alternatywę w postaci prawdziwego demokratyzmu, jakościowej zmiany wizji społeczeństwa, już nie zmarginalizowanego do roli biernych obserwatorów, lecz prawdziwych uczestników, mających wpływ na swoje miejsce w każdej dziedzinie życia; to wtedy będzie w stanie zagospodarować głosy i poparcie tych, którzy nie mają zamiaru zrobić przyjemności piewcom wszystkiego, co obywatelskie i proeuropejskie. Trzeba znaleźć alternatywę dla twórców nowej RP, która oznaczać będzie kontynuację hasła „nihil novi”.


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing