|
Redakcja socjalizm.org posiada własny kanał filmowy - SocjalTV. Zapraszamy do oglądania i współpracy. |
| Ostatni konwój majora Muchomorka |
|
|
| 14.11.2003. | |
|
Komentarz publicystyczny do pierwszej śmiertelnej ofiary polskiej awantury w Iraku. Padł major Muchomorek. A było to tak. Siedzi sobie major Muchomorek w tych swoich namiotach, aż tu nagle okazuje się, że przyszła pora, by i on z kolegami włożyli trochę starań w poprawę sytuacji w świeżo wyzwolonym Iraku. Każdy bowiem żołnierz – skoro już tam jest – ma przecież obowiązek pomóc tamtejszej społeczności zakosztować smaku odradzającej się wolności. Nie. Nie wyszedł major z giermkami na największy plac w Bagdadzie i nie wygłaszał płomiennych przemówień o zaletach spuszczenia Saddama Husajna ze stolca niepodzielnego władcy Iraku, nie poprowadził też wykładu o procesie ustawodawczym w warunkach demokracji parlamentarnej (jakże przecież ważnym, szczególnie w czasach rodzącej się demokracji). Muchomorek, podobnie jak inni jego kompani sprowadzeni do Iraku, został wyszkolony na okoliczność wyzwolenia i demokratyzowania w trybie ekspresowym, a nie mesjańsko-akademickim. Spełniają bowiem oni – jak wiadomo – najskrytsze troski prezydenta USA, który jest już tak zmartwiony nędznym położeniem mieszkańców Iraku, że jeśli potrwa to jeszcze kilka miesięcy, po prostu pęknie mu serce. Muchomorek z chłopakami ruszyli właśnie w jedną z cząstkowych misji służących uszczęśliwianiu saddamowej do niedawna ziemi i jej ludności. Wieść koszarowa niesie, że byli dobrze przygotowani do zadania – mieli ze sobą wszystkie niezbędne akcesoria. Karabiny, pistolety maszynowe, zapas amunicji, granaty i jak przystało na nowoczesnych wyzwolicieli – okulary słoneczne a la Jonny Cage. Puszczają zatem od czasu do czasu serię demokracji z tej czy innej lufy, siekną rakietkę i zaraz mamy prawdziwą eksplozję wolności; albo przysuną z moździerza czy granatnika jakiego, by wszystko w okolicy nasiąkało czystą, niczym nie skażoną szczęśliwością, którą przywieźli do Babilonu polscy wojacy. Fakt, demokratyzacja w Iraku zbiera krwawe żniwo! Ale czyż można mieć tu coś komuś za złe?! Jakże można się obruszać gdy te właśnie demokratyczne pociski, wolnościowe eksplozje i odłamki szczęścia rażą wroga unicestwiając diabelskie nasienie al-Quidy i pro husseinowskich siepaczy totalitarnego reżimu?! Dziś już tylko antyhumanitarni bezdusznicy, zasłaniający się pacyfizmem i patologicznie bezmyślni wyznawcy totalitarno-utopistycznej ideologii, która toczyła pół świata swoją gangreną przez ponad pięćdziesiąt lat, mogą wyrażać jakieś prostackie obiekcje! Czyż nie? Nie, ale o tym kiedy indziej. Na razie skupmy się na tym co wydarzyło się po ostatniej przygodzie majora Muchomorka. Nic nadzwyczajnego W śmierci majora Muchomorka nie ma doprawdy nic sensacyjnego. Major Muchomorek to nie Karol Wojtyła, który traktowany jest jako indywiduum nieobjęte odwiecznym prawem natury: narodziny – egzystencja - śmierć. Przyznam, że gdy śledziłem doniesienia medialne na temat bohatera mojej przypowieści byłem trochę zaskoczony. Spodziewałem się czegoś więcej niż tylko portretu tegoż na pierwszej stronie Gazety Wyborczej, minuty ciszy, ckliwych słówek kilku oficjeli i jakiegoś tam zbiorowego rytuału na szczecińskich ulicach. Oto polski establishment medialny i polityczny doszedł do podobnych co ja wniosków. Można by je opisać w następujący sposób. Czemu tu się dziwić. Wysłaliśmy żołnierzy do obcego kraju celem jego podporządkowania obcym interesom. Była co prawda pewna doza nadziei, że te obdarte brudasy w Iraku kupią naszą bajkę o demokracji i takich tam dyrdymałach, ale się połapali. Teraz, jak już się zorientowali o co nam chodzi… No dobra, wszyscy wiedzieli od początku, ale mniejsza z tym. W każdym bądź razie okupujemy Irak. W takim układzie jest chyba jasne, że może zaistnieć taka okoliczność, że ten czy inny mundurowy będzie musiał ponieść koszty polityki zagranicznej naszej wspaniałej ojczyzny. W przypadku Muchomorka koszta owe zmaterializowały się w postaci dwóch pocisków w jego szyi. Cóż… C’est la vie. Albo raczej c’est la mort. Oczywiście nie jest to cytat z michikowego dziennika, skądże. Jest to po prostu intymna myśl zawarta nie tylko w rzeczonej gazetce, ale i w wypowiedziach wszystkich polskich notabli. Oni bełkoczą o tym jak to dobrze, że wysłaliśmy żołnierzy; trudno, że Muchomorek padł i może nawet po nim zapłaczemy, ale nie histeryzujmy, bo nasi w Iraku siedzieć będą – to już przesądzone i na jakikolwiek odwrót jest już sporo za późno. Na okoliczność tego artykułu pozwoliłem sobie także poczytać pomiędzy wierszami i stąd powyższa enuncjacja. Pytanie tylko czy major Muchomorek musiał zginąć w imię ratowania amerykańskiej gospodarki i czy gdyby wiedział o co walczy, to też tak chętnie wybrałby się do Iraku w ogóle, o jego ostatnim konwoju nie wspominając. Wielbię majora Muchomorka Z drugiej jednak strony majorowi należą się słowa podziękowania i z mojej strony. Panie majorze. Strasznie mi przykro, że Pan nie żyje. Tym bardziej mi przykro, że umarł Pan, bo takiemu jednemu paranoicznemu psychopacie z Waszyngtonu kasa nie sztymuje. Żałuję, że Pan i Pana koledzy bierzecie udział w tym dance macabre, w tej męczącej imperialnej farsie, którą pana przełożeni z polskiego rządu nazwali „obroną demokracji”, a której substancją jest jej ostateczne dorżnięcie poprzez barbarzyńską wojnę/okupację. Żałuję, że przez bandę zdesperowanych politykierów - trzęsących genitaliami przed możnymi tego świata – jesteście wystawiani na niebezpieczeństwo, którego pogłębianie staje się teraz i waszym udziałem. Niestety sami jednakowoż, bez jakiegokolwiek przymusu (przynajmniej z tego co wiem tak właśnie było), zapakowaliście się w tę kabałę i trudno, żebyście mieli do kogoś pretensje. Zresztą podobno nie macie. Teraz to albo możecie wyjść z twarzą i zrezygnować, czego zapewne nie uczynicie, albo dotrwać na posterunku do końca tej wariackiej masakry i starać się nie nadstawiać tyłka irackim bojownikom. Wybierzecie pewnie tę drugą opcję, ale to wcale nie świadczy o tym, że jesteście złymi ludźmi. Nie do was bowiem – i nie do Pana, panie majorze – kieruję słowa swej krytyki. Wam nawet skłonny byłbym współczuć, gdyby nie to jak olbrzymią odrazą darzę to, co tam wyczyniacie. Niezależnie od tego, kto jest Waszym mocodawcą pamiętajcie drogie chłopaki, że on popełnia to świństwo Waszymi rękami i to Wasze bagnety spłyną krwią niewinnych, a nie ich eleganckie krawaciki. Ale to nie wszystko. Panie majorze. Jak wspomniałem na początku winien panu jestem pewne podziękowania. Nie tyle jako socjalista, lecz jako szary obywatel lechickiej ziemi. Dziękuję, że umarł Pan w sposób mało medialny. Nie musieliśmy tu dzięki temu doświadczać prasowo-telewizyjnej histerii i oglądać zahipnotyzowanych ryjów Lisa i Pieńkowskiej. Krótki grymas do którego oboje się posunęli był raczej znośny, tym bardziej, że od ostatniej wizyty Wojtyły nie minęło jeszcze tak znowu dużo czasu, a wtedy ta para tak daje czadu, że po jednym wydaniu „Wiadomości”/”Faktów” społeczeństwo przez tydzień pozbierać się nie może. Dziękuję, że nie dał się Pan wziąć do niewoli czy coś takiego, bo byśmy tu mieli takie cyrki, że głowa mała. Miło też z Pana strony, że wyrąbał Pan w kalendarz właśnie teraz. Dawno już bowiem sejm, senat i prezydent z rządem nie ględzili tak strasznie od rzeczy, jak ma to miejsce w chwili obecnej. Zaoszczędził Pan zatem czterdziestu milionom osób – na chwilę bo na chwilę, ale gest się liczy – fragmentu bezsensownej paplaniny. Ułomnego zarówno w swej treści jak i formie bełkotu mętnych typów. Na chwilę przerwał Pan marazmowy trans ociekający aferą Rywina i hausnerową polityką niszczenia resztek prospołecznych elementów polskiej rzeczywistości. Przez chwilę coś się działo, na jeden moment coś zmusiło ludzi do minimalnej choćby refleksji na temat tej imperialistycznej awantury, w której polskie wojsko bierze udział. Za to jestem Panu wdzięczny. Wiem, że te ogólne przemyślenia nie dały szczególnie dużo, ale doprawdy cenię sobie bardzo jakiekolwiek przejawy krytycznego rozumowania i za ich pobudzenie także winien jestem Panu wyrazy wdzięczności. Poza tym dał Pan materiał do odmiennych nieco od zwyczajowych pogadanek tym, co będą nam jutro poczytywali z kartki - napisane przez kogoś wcześniej, nudnawe i ciężkostrawne - przemówienia na okoliczność święta 11 listopada. Podkreślam jednak jeszcze raz, że wolałbym nie być Panu za to wszystko wdzięczny. Wolałbym, żeby społeczeństwo było stymulowane do myślenia przez coś innego, niż osobista tragedia jakiegoś żołnierza i jego rodziny. Wolałbym, żeby nie dochodziło do sytuacji, w której Irakijczycy (czy ktokolwiek inny) muszą/chcą przerabiać Pana i Pańskich kolegów (z tego czy innego kraju) na kawałki sprasowanego ścierwa. Przykro mi, że doszło do tak tragicznej sytuacji, gdy ludzie powołani do obrony jakiejś społeczności biorą udział w eksterminacji innej. Ale niestety. Wybrał Pan tę opcję sam (chyba, że o czymś nie wiem) i rozumiem, że był Pan świadom konsekwencji swojego wyboru. Szkoda jedynie, że nie znał Pan jego właściwej treści, bo mam wrażenie, że mógłby Pan wówczas zachować się inaczej… Epilog W Iraku żołnierze armii okupacyjnych giną codziennie. Najliczniej padają oczywiście reprezentanci US Army jako ci, którzy szarogęszą się tam najintensywniej. Ale z czasem i inni zaczęli smakować szczęścia wyzwolonego narodu irackiego, o którym ciągle tak głośno. Już kilka tygodni temu powszechnym stał się fakt, iż od czasu zakończenia bezpośrednich działań militarnych zginęło więcej żołnierzy niż podczas samej wojny. Ironiczne to i tragikomiczne jednocześnie, że gdy Bush odtrąbił już udany koniec swojej krucjaty po bliskowschodnią ropę, gdy popijał drogiego szampana z Condoleezą, Collinem, Dickiem i Paulem… Ha, to był dopiero początek. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |