|
Do groźnych patologii, toczących jak ten rak Sojusz Lewicy Demokratycznej, należy przede wszystkim przenoszenie i kultywowanie tradycji niedemokratycznych, wbrew założeniom demokratycznego statutu. I tak gdzieniegdzie w SLD istnieją podziały rodem ze średniowiecza, polegające na koegzystowaniu grup wasali skupionych wokół różnych suzerenów, którym podarowuje się instrukcje wyborcze, jak mają wewnątrz głosować i czyją wizję realizować. Przypomina to „praktykę śpiochów”, którzy są w partii usypiani, a w chwili potrzeby ambitnego osobnika stawiani na nogi, by go wspomóc. Kiepska masowość. Szczególnie widoczna jest to praktyka przed Zjazdami i ustanawianiem delegatów. Zwyczaj ten być może został odziedziczony po baronach, a pokutuje pośród szeregów działaczy na najniższych szczeblach drabiny organizacyjnej. Co ważne, nie wszyscy przynależą do gron wzajemnej adoracji, bo jest gros ludzi, którzy po prostu nie mają konkretnej wizji i ich w tym wszystkim najbardziej szkoda. Kierują nimi najlepsze chęci, ale brak wyraźnego przewodnictwa opartego na wartościowych, energicznych, nowocześnie myślących ludziach, których można poprzeć, prowadzi do tego, że partia pogrąża się w marazmie grupy kolegów, za który partia została już raz oceniona przez wyborców. Nisko.
Inną patologią jest mało klarowny system nagradzania społecznej pracy ludzi i nie mam tu na myśli drogi karierowicza, a wręcz przeciwnie - ludzki punkt widzenia. Człowiek, który nie widzi szans na rozwój, szybko się wypala i staje się frustratem, a jeśli partia, czyli poszczególni zastani ludzie, nie są w stanie tego dostrzec albo, co bardziej prawdopodobne, celowo nie widzą, to pozostaje tylko uronić łzę nad kondycją takiej lewicowej partii, która powinna być najbardziej wrażliwa społecznie. Świadczyć o tym może brak trwałej więzi pomiędzy starszymi i młodszymi działaczami, często zmuszonymi do zarobkowej emigracji, którzy zostawiają ten cały folwark starszym. Niektórym starszym chyba właśnie na tym zależy, aby nikt nie mieszał się w „ich sprawy”. Ciekawe jak długo tak pociągną? Działanie, poświęcanie swego czasu, zdrowia i nawet czasem własnych pieniędzy prowadzi często w ślepy zaułek. Nie chodzi tu o jałmużnę w postaci etatów po ewentualnie wygranych wyborach, ale o elementarny szacunek do współpracowników, którego czasem brak. Wspierani ludzie, gdy osiągną sukces zaczynają brylować w świecie, do którego dostali się z czyjąś pomocą, zapominając o swoich dawnych współpracownikach i o tym, co uczyniło ich tymi wybranymi, szczególnymi powiernikami ludzkiego zaufania. Pamięć o kimś nie zawsze musi opierać się na oferowaniu pracy, bo to stanowi potencjalne niebezpieczeństwo powstania kolejnej patologii, ale na pewno nie powinna być spłycana do powierzchownego podziękowania za pomoc w kampanii, co zdarzało się wielokrotnie w historii partii. Pamięć to perspektywy dalszej działalności RAZEM i troska o możliwości pogłębienia współpracy w przyszłości. To budowanie nowej jakości. Biorąc pod uwagę wyborcze hasła, deklaracje i zobowiązania pozostaje tylko skrupulatnie rozliczać poszczególnych działaczy z ich obietnic z pozycji ofensywnych, gdyż obecność w tych samych strukturach przysparza wielu kolegom wstydu. To jest najprostszą drogą do bratobójczej walki. Hipokryzja, powyborcza megalomania i uciszanie niezależnych głosów poprzez "demokratyczne zasady i reguły" traktowane w sposób instrumentalny jest, niestety, standardem. Jeśli to ma stanowić zaczyn nowej lewicy, to osobiście mówię "nie" dla takich metod i braku poszanowania ludzkiej pracy, która, tak samo jak wrażliwość, jest fundamentem lewicowości, a której brakuje tej lichej organizacyjnej klitce, przypominającej blaszany domek rodem z południowoamerykańskiej faweli.
Była taka bajka o trzech świnkach, które zbudowały trzy różne rodzaje domków. Tylko jeden przetrwał próbę wilka. Obawiam się, że domek SLD to wersja słomiana, bez stabilnych fundamentów na przyszłość, a wilków wkoło jest sporo. I powiedzieć trzeba jasno, że „młode wilki” to w tej chwili najmniejszy „problem”.
|