|
W/g danych GUS z końca roku 2005, ponad 60% społeczeństwa polskiego żyje poniżej tzw. minimum socjalnego, tzn. nie mają pieniędzy na odzież ani wydatki związane z kulturą lub edukacją. |
| Dzień podległości |
|
|
| Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org] | |
| 13.11.2006. | |
|
Listopadowe święto tzw. „niepodległości” to święto władzy. W tym roku Kaczyńscy próbowali nadać mu nawet szczególną rangę urządzając obchody z wielką pompą i zabraniając przedstawicielom nieprzychylnych im stronnictw politycznych zabrać głos. Wywołało to pewien jazgot w mediach, ale obchody pozostały i tak domeną władz, które przy ich okazji bawiły się doskonale. Jest to bowiem taki dzień, w którym pełne sztucznego natchnienia i śmiesznego patriotyczno-nacjonalistycznego patosu mowy wygłaszają najwyżsi rangą notable i chełpią się widokiem słuchających ich gapiów oraz pajacujących przed nimi kompanii honorowych i składających wieńce delegacji. Tego dnia premier, prezydent i kilku ministrów czuje się pogłaskanych po głowie i pół dnia może napawać się fałszywym cokolwiek poczuciem władzy, które materializuje się w szeregowej przechadzce najlepiej wyprasowanych mundurów w polskim wojsku i grupce ludzi z dziećmi wymachującymi biało-czerwonymi mini-flagami przymocowanymi do plastikowej słomki. Po tym spektaklu wszyscy oficjele udają się na rozmaite bankieciki gdzie „z okazji dnia niepodległości” można przyjąć gratulacje ładnie ubranych zagranicznych dyplomatów i pomlaskać z nimi kawiorku chlapnąwszy uprzednio dobry koniak. Ot i komu (oraz w jaki sposób) dobrze służy „niepodległość” Polski dzisiaj. Tak. „Niepodległość”, a nie niepodległość. Stosowanie tego pojęcia w stosunku do dzisiejszej Polski zakrawa na ciężki cynizm. Jedyną bowiem jego treścią dzisiaj jest możliwość chodzenia do wyborów oraz słuchania elitarnych kłótni pomiędzy „wykształciuchami”, „chamami”, „warchołami”, „komuchami”, „ubekami”, „wolnościowcami”, „patriotami” itd. Poziom tych sztubackich swad żadną miarą nie odbiega od bezmyślności nachalnej propagandy lat PRLu. Forma jest wprawdzie nieco inna, socjotechnika i manipulacja medialna nabrała wprawdzie zupełnie nowej jakości, ale merytorycznie oba zjawiska są tym samym zerem. I dzisiaj i wówczas elity/media z uporem nieokiełznanego maniaka wmawiają społeczeństwu, że wszystko jest w najlepszym porządku, albo przynajmniej na dobrej ku niemu drodze. Konsekwentnych krytyków nazywano kiedyś „wichrzycielami”, a ich poglądy klasyfikowano, niczym jednostkę chorobową, jako „odchylenia prawicowo-nacjonalistyczne”. Dzisiaj zamiast nachalnego wrzasku mamy subtelną i systematyczną agitację, która szczucie przeciwników politycznych uczyniła jeszcze bardziej skutecznym. Alterglobalistów nazywa się „chuliganerią”, a ich poglądy zaetykietowano jako przypadłość psychiczną – „homo-sovieticus”, „lewicofrenię” itd. Forma piętnowania przeciwnika w przestrzeni publicznej zmieniła się wprawdzie nie do poznania, lecz meritum pozostaje identyczne. Arogancja i alienacja władzy pozostają podobne, sposób jej reprodukcji poprzez wszystkie instytucje społeczne i państwowe również. Zmieniła się jedynie treść ideologiczna i metodologia jej stosowania, ale dominacja dyskursu władzy i autorytarne kształtowanie „jedynie słusznych” toków myślenia pozostało bliźniaczo podobne. Dzisiejszy establishment nauczył się tego, czego nie potrafili pojąć PRLowscy włodarze. Otóż sukces propagandy nie zależy od natężenia ideologicznego wrzasku, lecz od subtelnego wytworzenia właściwej atmosfery, gdzie największa bzdura uznana zostanie za głos w dyskusji, a zdroworozsądkowy argument będzie niczym obfity w dźwięk i woń bąk puszczony na szlacheckim przyjęciu. W takiej sytuacji łatwo pozorować dyskusję na poziomie społecznym i udawać, iż wszechobecna propaganda nie jest dyskursem narzuconym przez władzę, lecz autentycznym sporem społecznym i zbiorową refleksją. Rzeczywistość wygląda jednak zgoła inaczej. Gdy high-society narkotyzuje się widokiem łopoczących narodowych sztandarów i tupiącą zgrabnie gromadką „chłopców malowanych”, obywatel po prostu trwa. Wielu pracodawców nie pozwoliło swoim podwładnym na określony prawem dzień wolny od pracy jeśli związane z nim święto przypada na sobotę lub niedzielę, ale i ci którzy w domach pozostali również nie mieli większych szans kosztować bezcennej polskiej niepodległości. Jeśli odpoczywająca obywatelka lub odpoczywający obywatel byli tego dnia zgłodnieli (a to nie wykluczone, gdyż Polacy nie obchodzą masowo Ramadanu) to co najmniej 70% produktów żywnościowych, z których upichcili sobie obiadek, lub 90% półfabrykatów, które pchnęli do mikrofalówki były dziełem światowych koncernów. Dziś nie ma już od tego praktycznie ucieczki. Jeśli jakaś pani lub pan zechcieliby sobie tego dnia (w końcu wolne!) cokolwiek podchmielić, to na bank konsumować będą przetwory spirytusowe podobnego pochodzenia. Ewentualny spacerek pocieszy ich wyłącznie widokiem budów firmowanych przez firmy zagraniczne. Telefon do przyjaciela (zwłaszcza przez komórkę) skończyć się musi nabiciem kabzy kolejnym multinacjonałom. Poczytać gazetę? Owszem, ale przypomnijmy, że zebrania w koncernach wydawniczych odbywają się w języku angielskim, co oczywiście odzwierciedla strukturę kapitałową mediów. A może uregulować zaległe rachunki (zakładając optymistycznie, że jest czym!)? Energię elektryczną i gazową dostarczają już także potężne konsorcja międzynarodowe. I tak w koło Macieju! To jednak nie wszystko. Nie dawno światło dzienne ujrzał przebojowy nius – zastępca ambasadora USA w Polsce zażądał usunięcia jednego z ministrów w obecnym rządzie. Dalej. Nasz minister obrony kupił za ciężkie pieniądze uszkodzone stare F-16 i tym sposobem ustawił polskie wojsko na z góry przegranej pozycji, bo teraz to już nawet Białoruś jest lepiej uzbrojona. Dysponuje bowiem najnowszymi Suchojami (fu! Ruskie!), przy możliwościach których „nasze” F-16 po kiepskim recyklingu to samoloty pasażerskie. Prikaz wysłania mięsa armatniego do Afganistanu wydany ministrowi Sikorskiemu i premierowi Kaczyńskiemu jest już w fazie realizacji... Powyższego nie wolno oczywiście traktować jako kamyczka dorzuconego od ogródka prawicowego szaleństwa. Socjaliści nigdy nie przyłączą się do lamentu o przywrócenie „polskiej, narodowej kontroli” nad... nawet nie wiadomo do końca nad czym. Lewica walczy bowiem o niepodległość realną, o niepodległość społeczeństwa, a nie struktur władzy, która sprowadza znaczenie tego słowa do namiętnego adorowania flagi państwowej i rozmaitych ptaszysk czy drapieżników plastycznie osadzonych na jakimś tle. I daleko jest prawdziwej lewicy do naiwnego przekonania, że dziś Polska może stać się gospodarczą potęgą, która będzie realnie konkurowała z mocarstwami i powstrzyma ich imperialne zakusy. W obecnej rzeczywistości trudno mówić o niepodległości jakiegokolwiek kraju, jako że światową gospodarką trzęsą instytucje i gremia, których nikt nie wybrał – Bank Światowy, Międzynarodowa Organizacja Handlu, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i temu podobne drużyny. To one kształtują ład ekonomiczny, któremu polityka wszystkich państw musi się praktycznie podporządkować. Wyborcy mogą najwyżej wybrać tych, którzy będą owo podporządkowanie realizowali. I słusznie mówił Noam Chomsky: „gdyby wybory miały cokolwiek zmienić – dawno byłyby zakazane”. Jedyna droga do ku realnej wolności to zorganizowany ruch pracowniczy, który raz na zawsze rozmontuje ten system globalnego ucisku. Póki co świętować możemy wyłącznie dzień podległości. I to codziennie... P.S. Dodajmy, że niepodległość sama w sobie w sytuacji takiego kraju jak Polska jest wartością praktycznie abstrakcyjną i walka o jakąś narodową emancypację nie ma praktycznie żadnego sensu. Wszak ewentualne postulaty ruchu narodowo-wyzwoleńczego są praktycznie w całości spełnione. Polska ma terytorium, armię, wybieralne władze oraz zdolność funkcjonowania na arenie międzynarodowej. Walka o niepodległość (sensu stricte) Polski dzisiaj może sprowadzać się do działań o skrajnie prawicowym charakterze, typu oczyszczenie ulic z bezdomnych, kolorowych, tępienia gejów/lesbijek itd. Dziś walczyć trzeba już nie o samą niepodległość, bo jak mieliśmy okazję zaobserwować zrzucenie radzieckiego autorytaryzmu nie rozwiązało podstawowych problemów z jakimi borykała się ludność kraju – wręcz przeciwnie, często jeszcze bardziej je zaostrzyło. Przyszłością jest walka o emancypację społeczną i wspólne działania wszystkich uciskanych przeciwko największym beneficjentom obecnego porządku. Rozpamiętywanie narodowych powstań i popadanie w martyrologiczne transy w żaden sposób nie przyczynia się do realnej walki z dominacją wielkich korporacji i konsorcjów finansowych nad światem. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |