Polscy robotnicy znowu na ulicach. Czy nadchodzi przełom? Drukuj Email
29.04.2002.

W piątek, 26 kwietnia do Warszawy z całego kraju zjechały dziesiątki tysięcy pracowników, aby zaprotestować przeciwko proponowanym przez rząd zmianom w kodeksie pracy. Według organizatora - Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego "Solidarność" - w proteście udział wzięło od 50,000 do 70,000 robotników. Raporty policji mówią natomiast o 28,000 demonstrujących. Nawet gdyby założyć, że ta ostatnia liczba jest prawdziwa, to i tak śmiało możemy powiedzieć, że takich protestów w Polsce nie było już od lat. Jedynym wydarzeniem, które zgromadziło do tej pory więcej ludzi była ostatnia wizyta papieża Jana Pawła II w Warszawie z 1999 roku - wtedy na główny plac stolicy Polski przyszło około 1 miliona osób.

"Lewicowy rząd" forsuje prawicową politykę

We wrześniu ubiegłego roku w Polsce miały miejsce wybory parlamentarne. Zdecydowaną większość głosów - aż 41% - zdobył Sojusz Lewicy Demokratycznej. Zwycięstwo tej partii spowodowane było totalnym bankructwem polityki prawicowego rządu Jerzego Buzka, która w ciągu poprzednich czterech lat pogrążyła państwo polskie w całkowitym chaosie. Ludzie oczekiwali, że teraz - lewicowy rząd - doprowadzi kraj do względnej stabilizacji. Oczywiście w obliczu kryzysu ekonomicznego nie było żadnych szans na taki rozwój sytuacji. Dla każdego co bardziej wnikliwego obserwatora od początku jasnym było, iż rząd SLD będzie działał w interesie właścicieli firm, a nie w interesie pracowników - ludzi, dzięki poparciu których mógł on dojść do władzy.

Rząd Leszka Millera od samego początku swego urzędowania planował wprowadzenie ustawodawstwa antysocjalnego. Swego rodzaju probierzem nastrojów społecznych była ustawa o zmniejszeniu ulg na przejazdy kolejami dla studentów, uczniów i inwalidów. Okazało się wtedy, iż nie ma żadnej siły pośród poszkodowanych nowym ustawodawstwem grup, która zdolna byłaby zorganizować masowe protesty. Studenci ograniczyli się jedynie do nędznej, bo 1,000-osobowej manifestacji, zorganizowanej przez prawicowy NSZ, której głównymi hasłami były "precz z komuną" i "SLD-KGB". Oczywiście ustawa została przyjęta.

Plany rządzących na tym się jednak nie kończyły. Tym razem postanowiono uderzyć bezpośrednio w pracowników, poprzez zmiany w kodeksie pracy. Główną ideą nowelizacji jest "uelastycznienie prawa pracy". Według rządu, projekt ten ma na celu "stworzenie warunków sprzyjających obniżeniu kosztów pracy, ponoszonych przez pracodawców, a także racjonalizację i uelastycznienie prawa pracy oraz zmniejszenie obciążeń biurokratycznych w stosunkach pracy." (komunikat Rady Ministrów z dnia 19 marca 2002) Według rządu "rozwiązania prawne przewidziane w tym projekcie będą też wspierać rozwój przedsiębiorczości. Zmniejszenie obciążeń ponoszonych przez pracodawców powinno się przyczynić do zwiększenia ich zdolności do zatrudniania nowych pracowników oraz tworzenia nowych miejsc pracy." Najwyraźniej dla naszego "lewicowego" rządu "wspieranie rozwoju przedsiębiorczości" oznacza nic innego, jak tylko wspieranie przedsiębiorców. W rzeczywistości obecne projekty służą nie zmniejszeniu bezrobociu, lecz tylko zmniejszeniu kosztów pracy i tym samym zwiększeniu zysków posiadaczy przedsiębiorstw. Główne założenia nowelizacji kodeksu pracy to między innymi: wydłużenie terminu rozliczania za godziny nadliczbowe oraz obniżenie stawek za nie do zaledwie 50% normalnej stawki. Postuluje się także ułatwienie w znaczący sposób zwolnień grupowych oraz inne, antypracownicze przepisy.

Związki zawodowe w Polsce

Ruch związkowy w Polsce - jak większość rzeczy w tym kraju - przybrał formę dość wypaczoną. Powstała w 1980 roku, jako wyraz dążeń rewolucyjnych polskich robotników, "Solidarność" od lat - właściwie od samego początku jej istnienia - zdominowana była przez polityków prawicowych. Ostateczne zerwanie z jakimikolwiek śladami lewicowości - polegające między innymi na ustanowieniu "katolickiego" charakteru związku - nastąpiło na początku lat dziewięćdziesiątych. Z powodu udziału "Solidarności" w pierwszym rządzie III Rzeczypospolitej wkrótce związek ten zaczął tracić grunt pod nogami. To dało dogodne warunki do rozwoju dla post-stalinowskiego Ogólnopolskiego Pracowniczego Związku Zawodowego (OPZZ). Wkrótce okazało się, że to właśnie on grupuje największą ilość pracowników. Rozrost OPZZ zbiegł się w czasie z gwałtownym odrodzeniem byłej PZPR jako SLD, która oczywiście posiadała wiele połączeń z OPZZ.

W ten oto sposób ukształtowały się dwa, przeciwne sobie bloki związków zawodowych i partii politycznych. Z jednej strony jest "prawicowa" "Solidarność", wraz z popierającymi ją partiami prawicowymi, takimi jak Prawo i Sprawiedliwość (prawicowi demagodzy) czy Liga Rodzin Polskich (skrajnie prawicowa partia, ściśle współdziałająca z najbardziej wsteczną częścią konserwatywnego kościoła katolickiego w Polsce). Z drugiej zaś "lewicowe" OPZZ, którego reprezentacją polityczną jest SLD. Gdy w rządzie zasiadali przedstawiciele prawicy, dużą rolę odgrywała "Solidarność". Obecnie na politykę duży wpływ odgrywa kierownictwo OPZZ. Dlatego też manifestacje z 26 kwietnia zostały zwołane tylko przez "Solidarność", która obecnie jest w opozycji. Prawdę powiedziawszy, celem przywództwa "Solidarności" nie jest obrona kodeksu pracy, ale otwarty atak na rząd SLD i uzyskanie w ten sposób większego poparcia społeczeństwa

Kolejnym czynnikiem w tym niezwykle skomplikowanym równaniu jest poparcie społeczeństwa dla związków zawodowych. Według najnowszych sondaży opinii publicznej, "Solidarność" cieszy się 17% zaufaniem Polaków, podczas gdy OPZZ - 24%. To pokazuje wyraźnie, że gdyby OPZZ przyłączyło się do organizacji manifestacji z 26 kwietnia, przyjechałoby nie 50,000 osób, ale co najmniej 100,000. Przywództwo OPZZ nie było jednak zainteresowane protestowaniem przeciwko własnemu rządowi.

Nastroje wśród demonstrujących

Każda demonstracja w Polsce jest dość specyficzna, a demonstracje związkowe w szczególności. Manifestację z 26 kwietnia zorganizowała tradycyjnie prawicowa NSZZ "Solidarność". Jest to dość dziwny związek - jego kierownictwo przez cztery lata zasiadało na najwyższych stanowiskach rządowych w państwie. W czasie tych czterech lat dali się oni poznać jako najbardziej zajadli politycy prawicowi, forsujący "reformy", które doprowadziły Polskę na skraj przepaści finansowo-społecznej. Wielu Polaków uważa, że kraj ten wkrótce podzieli los Argentyny. Odzwierciedlały to nawet hasła demonstrujących, takie jak np. "Miller jeśli się nie zatrzymasz, będzie druga Argentyna!." Dla nich jednak Argentyna oznacza masowe mobilizacje, a nie wielki ruch pracowniczy, domagający się - między innymi - nacjonalizacji fabryk pod kontrolą robotniczą. Zapytani czy poparliby taki postulat, protestujący chórem odpowiadali: "Nie! Na pewno nie! Żądamy tylko reform zarówno przedsiębiorstw państwowych jak i prywatnych. Żadnej nacjonalizacji. Argentyńczycy zostali oszukani."

Już to pokazuje kolosalnie niski poziom świadomości robotników w Polsce. Ale to jeszcze nie wszystko. O ile na początku demonstracji dominowały hasła typu "ręce precz od kodeksu pracy", to potem - w miarę "radykalizacji" nastrojów - przeważać zaczęły inne, jak np. "SLD-KGB" czy "precz z komuną!" Działo się tak głównie dlatego, że demonstracja w swej znakomitej większości składała się ze starszych ludzi, którzy nie wyciągnęli konkluzji o szkodliwości systemu kapitalistycznego jako takiego i dalej całkowicie wierzą swojemu przywództwu, które wmawia im że wszystko jest winą "pachołków Moskwy, którzy rządzili nami przez 50 lat." Tak wygląda obecnie owa słynna "Solidarność"... Niestety wielu demonstrantów, zapytanych o to jakiego rządu teraz by chcieli, odpowiadało że najlepszy byłby rząd prawicowy koalicyjny - Prawa i Sprawiedliwości oraz Ligi Rodzin Polskich.

Sytuacja nie jest jednak aż tak zła, jak mogłoby się wydawać. Autorowi tego artykułu udało się dotrzeć także do młodych demonstrantów. Jeden z regionalnych działaczy związku zawodowego pracowników Telekomunikacji Polskiej stwierdził, iż dla niego lata osiemdziesiąte i "komunizm" to już historia. Według niego teraz najważniejsza jest wspólna walka pracowników - obojętnie czy z "lewicowych" czy z "prawicowych" związków zawodowych - w obronie praw pracowniczych. Jednak nawet młodzi uczestnicy manifestacji w ciąż mają nadzieję, że sprawę nowelizacji Kodeksu Pracy załatwią za nich ich "liderzy". Najpewniej wszyscy oni spotkają się wkrótce z wielkim rozczarowaniem - liderom chodzi bowiem wyłącznie o swoje własne interesy polityczne, a nie interesy robotników. Większość protestujących podkreślała jednak, że jeśli rząd nie wycofa się, protesty będą kontynuowane.

Co robić?

Demonstracja z 26 kwietnia - pomimo tak niskiego poziomu świadomości jej uczestników i rozgrywek kierownictwa związkowego, które jej towarzyszyły - na pewno zasługuje na szczególną uwagę lewicowych aktywistów w Polsce. 50,000 demonstracja to coś, czego kraj ten nie widział już od bardzo dawna. Może to być początek procesu aktywizacji społeczeństwa polskiego. Jeżeli nawet założyć, że tak właśnie jest, to na pewno będzie to proces bardzo długi, z wieloma zakrętami, a jego rezultat nie jest do końca przesądzony. Może on niestety zakończyć się na przykład ustanowieniem skrajnie prawicowego i wręcz katolicko-fundamentalistycznego rządu księży z Radia Maryja i Ligi Rodzin Polskich.

Zadaniem marksistów w Polsce jest nie dopuszczenie do tego. Osiągnąć ten cel można tylko poprzez systematyczną pracę nad podnoszeniem poziomu świadomości polskich robotników. Czas już skończyć z sekciarskim podejściem do związków zawodowych! Nieważne czy związek jest "prawicowy" czy "lewicowy" - marksiści muszą uczestniczyć w jego działaniach, walczyć wraz z robotnikami o ich prawa, a także cierpliwie wyjaśniać im swe poglądy. Tylko poprzez cierpliwą, długą, codzienną i żmudną pracę w związkach zawodowych idee Marksizmu mogą zdobyć jakiekolwiek poparcie wśród pracowników. Naszym głównym celem obecnie powinno być podnoszenie poziomu świadomości robotników. Najpierw trzeba wychodzić od spraw codziennych dotykających każdego pracownika, a dopiero potem wyjaśniać nasz stosunek do systemu kapitalistycznego i pokazywać socjalistyczną alternatywę dla niego.

W polskich warunkach zadanie to będzie szczególnie trudne. Jednak tylko takie podejście do sprawy spowoduje szersze zainteresowanie prawdziwymi ideami marksistowskimi najpierw wśród związkowców, a potem wśród szerokich rzesz Polaków.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing