|
Żaden z listy 100 najbogatszych Polaków tygodnika "Wprost" nie znajduje się na liście 100 płacących najwyższy podatek dochodowy w Polsce. |
| "Ulica" sięgnęła bruku? |
|
|
| 07.10.2006. | |
Była moda na blokady, potem taczki, teczki, obstrukcje... Teraz nastała nowa moda – demonstracje i manifestacje pro-, bądź też antyrządowe. Dzień 7 października jest tego przykładem. Maszerowały: PO – jak zwykle w trosce o dobro polskiej demokracji; PiS – w tym samym celu, tyle, że pod przewodem bliźniaków oraz LPR – chyba sama nie wie, po co wychodzi na ulice (albo chodniki) Warszawy.PiS już powoli przyzwyczaja nas do różnego rodzaju masówek w stylu wiecu poparcia w Stoczni Gdańskiej i innych „spontanicznych” spędów. Kreuje się na partię masową i musi podtrzymywać pozory. Ale „wyjście na ulicę” Platformy to już co innego. Do tej pory wbici w krawaty działacze PO średnio umiarkowanie włączali się w manifestacje i inne pochody. A tu nagle, proszę! Tusk i jego kompani załamują ręce i stwierdzają, że przelała się czara goryczy, że już dłużej tak nie można, że trzeba działać. Jest rok 2006. Za nami 17 lat permanentnego niszczenia wszystkich zdobyczy socjalnych, wręcz przestępczej prywatyzacji, łamania praw pracowniczych, demontażu wszystkiego, co mogło, choć w najmniejszym stopniu ochronić ludzi pracy i tych wyrzuconych poza nawias przez „niewidzialną rękę rynku”. Platformersi, choć nazywali się wtedy inaczej, byli awangardą tych „demokratycznych przemian”, a teraz krzyczą basta! Tak dalej być nie może! Cynizm nr 1. Wraz z nimi krzyczą to ludzie, którzy nie chcą władzy braci K., ale niczym sieroty nie mają się na kim oprzeć. Ułożona i cywilizowana Platforma zaprasza ich do siebie. Będą zmieniać Polskę. Razem. Jest rok 2006. A oni wołają, że jest fatalnie. Jeden rok rządów PiS sprowadził na „nasz kraj” siedem plag egipskich. Jeden rok, nijakich, bezpłciowych, wręcz impotenckich rządów Prawa i Sprawiedliwości pogrzebał wszystkie nadzieje Polaków, po tym jak runął PRL? Cynizm nr 2. Kiedyś usłyszałem taki żart. Przewodnik tatrzański oprowadza grupę turystów i pokazuje im Giewont. Mówi: Podobno Giewont to uśpiony rycerz, który gdy tylko w Polsce będzie się źle działo, obudzi się i wkroczy do akcji. Na to jeden z turystów odparł: To, na co on, do cholery, czeka?! Jest rok 2006, Platforma, po 17 latach odcinania tlenu „socjałowi”, powiada, że dopiero teraz trzeba wyjść na ulicę. Na dodatek Lech Wałęsa, niekwestionowany symbol i tak dalej..., oburza się i stwierdza, że to nie czas na demonstracje, że to tylko pogorszy sprawę. Mówi to człowiek, którego uczyniono ikoną największego masowego, robotniczego ruchu w nowożytnej historii Polski! A on dzisiaj mówi, że wyjście na ulicę nic nie da. I z jednej strony ma rację. Wyjście na ulicę z Tuskiem, Rokitą i Komorowskim, rzeczywiście nic nie da. Jest to li tylko propagandowy marsz antypisowski, z elementami kampanii wyborczej. Bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie pomyśli, że szef PO powie przez głośniki, że ostatnie 17 lat to klęska na całej linii, że robotnicy wszystkich fabryk i zakładów walczyli o coś zupełnie innego. Chyba nikt nie ma złudzeń, że powie PRAWDĘ. Ja takich złudzeń nie mam. Tusk będzie lamentował o stylu rządzenia Kaczyńskich, jakiś podsłuchach, pseudokoalicjach, ograniczaniu wolności. Na końcu oznajmi, żeby zaufać jego partii. Bo wtedy będziemy lepsi, bogatsi, wykształceni, szczęśliwi. Razem. Tak jak w ich reklamówce telewizyjnej, będziemy szli uśmiechnięci do domu, z nieodłącznym dywanem i pełnymi torbami zakupów. Razem. Wreszcie docenimy zdobycze i ludzką twarz kapitalizmu. Razem? Wtedy, drodzy aktywiści PO, jedyne, co zrobimy razem, to wyjdziemy na ulice, już nie z Wami, lecz przeciwko. W tym momencie nasuwa się bardzo niepokojąca myśl. Manifestują niemal wszyscy. A gdzie lewica? Lewica, której miejsce zawsze było z ludźmi, przede wszystkim na ulicach. Lewica pierwsza wyczuwała społeczne nastroje. Panowie Olejniczak, Napieralski i im podobni biurokraci powiedzą, że nie będą stosować metod rządzących, że są inni. Jestem lewicowcem, ale nie idę ramię w ramię z ludźmi pracy. To tak jakby powiedzieć: jestem żywy, ale nie oddycham. W Warszawie pewnie demonstrowały jakieś mikroskopijne grupki tzw. „prawdziwej lewicy”, jednak skalę tego zjawiska można przyrównać do dziecięcej krucjaty z 1212 roku – „zanim wyszli, już wrócili”. Szkoda opuszków palców, by po raz kolejny „opiewać” nieudolność kierownictwa SLD, które jeszcze przeżywa polityczny orgazm, po ostatnich sondażach, z których wynika, iż będzie trzecią siłą w parlamencie z rekordowym wynikiem bodaj 9%. Trzeba skupić się na rzeczach o wiele ważniejszych. Obecnie „ideał sięgnął bruku”. Gdy w innych krajach europejskich, robotnicy, studenci przełamują opory i wychodzą na ulice by walczyć o swoje prawa, w Polsce protestujących górników zrównuje się z pseudokibicami i chuliganami. W polskich mediach imigranci we Francji, protestujący tamże studenci to również chuligani. Niech maja swój bunt. Wszak lepiej pokazywać „antydyktatorskie” wiece na Ukrainie, czy Białorusi. Tam nie protestują chuligani, tam walka toczy się ponoć o wolność i demokrację. Na taki front Tusk z Rokitą wyszliby w pierwszym (no może w drugim, pałki podobno źle układają się na garniturze od Hugo Bossa) szeregu. Czyżby tzw. ulica sięgnęła bruku? Gdy marszałkami polnymi na polskich demonstracjach są neoliberałowie, to można odpowiedzieć twierdząco. Jednak najistotniejszym problemem jest brak motoru napędowego, właściwego przywództwa. W Polsce, podobnie jak np. na Węgrzech, brak lewicowego, socjalistycznego ruchu, za którym na ulice wyszliby Ci, którzy teraz nie widzą alternatywy na „ulicy”. Ruchu, który oddzieliłby ziarno od plew. Marsze troskliwych neoliberałów, od prawdziwego masowego ruchu społecznego. Takiego ruchu potrzeba, nie tylko doraźnie, na ulicy. Wszędzie. W zakładach pracy, szkołach, uczelniach. Czas budować taki ruch. Razem. Relacjonując rzeczone demonstracje wszystkie dzienniki informacyjne pokazywać będą, jak to troszczono się o dobro Polski. Konkluzja będzie jedna: po co oni w ogóle wychodzili? Lepiej takie działania zostawić, jakimś górnikom, taksówkarzom, czy innym nauczycielom, którzy ciągle chcą więcej. To przecież ich miejsce jest na bruku (dosłownie i w przenośni)! No właśnie. Lis z Durczokiem, wyrzucając na ulicę ludzi pracy, prędzej czy później strzelą sobie samobójczą bramkę. Bo miejsce ludzi pracy i przede wszystkim lewicy jest właśnie tam. Wszak lepiej samemu wyjść na ulicę, niż zostać na nią wyrzuconym. Ale musi zostać spełniony najważniejszy warunek – silna ideowo i organizacyjnie struktura, mogąca zagospodarować tych wszystkich, którzy broniąc się przed wyrzuceniem na ulicę, po prostu sami na nią wyjdą. Drodzy sobotni manifestanci, spod wszystkich sztandarów, bójcie się! Wyjdziemy tam. Razem! |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |