Debata Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
01.10.2007.
 
Lider partii z lewicą w nazwie chwalący się obniżeniem podatku dla przedsiębiorców kontra przywódca ultraprawicy nazywający siebie politykiem dla zwykłych ludzi – czy to obraz ze sceny teatru absurdu? Nie, to tylko polska scena polityczna... chociaż różnice między tymi dwoma zjawiskami zatarły się już do nader niepokojącego stopnia.
 
Konkretnie mamy do czynienia z obrazkiem z zakończonej przed dwoma godzinami debaty byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z bloku Lewica i Demokraci oraz premiera Jarosława Kaczyńskiego, reprezentanta partii Prawo i Sprawiedliwość. Dla tej części społeczeństwa, której jeszcze nie obrzydła polityka na rodzimym podwórku, dyskusja wydawała się możliwością wysłuchania merytorycznej argumentacji liderów dwóch konkurujących ze sobą partii. Ludzie o przekonaniach lewicowych być może włączali odbiornik telewizyjny z cichą nadzieją, że ktoś ze znanych aktorów sceny politycznej poruszy w końcu problemy bezrobocia, biedy, w której żyje wysoki odsetek społeczeństwa czy masowej emigracji zarobkowej. Nic z tych rzeczy.

Już nastawienie prowadzących debatę do problemów społecznych skutecznie zablokowało wszelką dyskusję w tej materii. W pierwszej części spotkania padały pytania o gospodarkę polską, obniżanie podatków i perspektywy służby zdrowia. Podtekst całości był oczywisty – pean na cześć dotychczasowych „osiągnięć” kapitalizmu w Polsce i pytanie, dlaczego jeszcze istnieją jakieś bariery dla postępów tego jedynego słusznego systemu. Pod tym względem różnice między dwojgiem rozmówców było zadziwiająco niewielkie jak na liderów dwóch podobno przeciwstawnych obozów politycznych. Zarówno Aleksander Kwaśniewski, jak i Jarosław Kaczyński zachwycali się gospodarką wolnorynkową, z tą drobną różnicą, że dla obecnego premiera okres największego jej rozkwitu to ostatnie dwa lata rządów PiS, zaś dla byłego prezydenta – czasy jego urzędowania na stanowisku głowy państwa. Nie zabrakło pochwał pod adresem prywatyzacji ani utyskiwań na hamowanie postępów tzw. konkurencyjności przez rozbudowaną administrację. Nikt nie zadał prostego, elementarnego wręcz pytania – dlaczego w kraju, w którym dzieje się tak dobrze, tylu ludzi żyje poniżej progu ubóstwa, a dalsze tysiące wybierają niepewny los za granicą? Zamiast tego z ust Kaczyńskiego padła mglista propozycja, by kiedyś, w przyszłości, „gdy będą ku temu środki”, zrezygnować z państwowego systemu opieki społecznej. Jeszcze ciekawiej zrobiło się, gdy padło pytanie o przyczyny nieobniżenia podatków ani przez rząd Kaczyńskiego, ani za prezydentury Kwaśniewskiego. Nie było czasu zastanawiać się nad oczywistą tendencyjnością tak postawionego problemu, gdyż obaj interlokutorzy znowu zaczęli wygłaszać pochwały, tym razem samych siebie. Reprezentant największego oficjalnie lewicowego bloku wyborczego radośnie przedstawił obniżenie podatku CIT jako najważniejsze osiągnięcie władzy lewicowej w Polsce i po raz kolejny wyraził radość z powodu udanej instalacji wolnego rynku nad Wisłą. Za to lider partii ultraprawicowej zaprezentował pokrętne rozumowanie, z którego wynikało, iż dzięki polityce PiS pieniądze oddane przez podatników fiskusowi wrócą do nich w formie różnych ulg, co doprowadzi do sytuacji, gdy większość obywateli płaci faktycznie... podatek liniowy. A co, jeśli płacone podatki są za niskie, by mieć od czego odliczyć ulgę? To kolejne pytanie, które powinno zostać w studiu TVP 2 zadane – ale oczywiście nie zostało. Od razu podniósłby się ze zwielokrotnioną siłą krzyk, jaki na niektórych portalach internetowych rozległ się już po pierwszej zapowiedzi planowanej debaty – że telewizja publiczna wspiera lewicę...

W końcu wszystko, co lewicowe, prowadziło Polskę do zguby. Przekonanie to zostało już na tyle utrwalone w mainstreamowym dyskursie medialnym, że w czasie całej rozmowy obaj rozmówcy unikali jak ognia wszelkich odniesień do lewicowej terminologii. Nie mogło zabraknąć z ust Jarosława Kaczyńskiego kolejnego pogardliwego określenia okresu PRL jako systemu, który „nie dobierał wg inteligencji”. Najczęściej zaś stosowanym atakiem personalnym na Kwaśniewskiego było wypominanie mu pezetpeerowskiej przeszłości. Ale i zachowanie byłego prezydenta było w tej kwestii cokolwiek kontrowersyjne, jak na przedstawiciela organizacji mającej (jeszcze?) w nazwie słowo „lewica”. Zapytany o to, czym była III RP, a czym jest IV RP, Aleksander Kwaśniewski ponownie podkreślał niezwykłe zasługi transformacji ustrojowej dla obalenia dawnego systemu i rozwoju polskiej gospodarki. Ów mityczny rozwój powracał jak refren w wypowiedziach obu interlokutorów. Ale gdzie jego skutki? - takie pytanie samo się nasuwało. Nikt jednak nie miał zamiaru go zadawać. Trudno się wprawdzie spodziewać, by ktokolwiek z uczestników debaty raczył w odpowiedzi zakwestionować chociaż niektóre pryncypia kapitalizmu, jednak pewien dysonans i tak by pozostał. A tak najbardziej lewicowym punktem całej dyskusji było pytanie Aleksandra Kwaśniewskiego, gdzie są efekty solidarności społecznej, o której znowu zaczął mówić Jarosław Kaczyński. Pytanie to zostało oczywiście pozostawione bez odpowiedzi. Bo i nie było za bardzo o czym mówić.
 
Jeszcze mniej merytorycznie wypadła część poświęcona polityce zagranicznej, która skończyła się w łatwy do przewidzenia sposób – atakami personalnymi, wypominaniem sobie rozmaitych grzechów z przeszłości i coraz ostrzejszym ocenianiem dorobku rozmówcy. Nie warto przytaczać określeń, jakie jeden i drugi uczestnik debaty stosował wobec politycznego rywala. Jeszcze trudniej będzie wypowiedzieć się na temat faktycznie wyciągniętych wniosków, bo poruszonych problemów było mnóstwo, żaden za to nie został dokończony. „Sojuszowi” polsko–amerykańskiemu i obecności w Iraku poświęcono jedno zdanie (znowu Jarosław Kaczyński nie zechciał kontynuować wątku zaczętego przez Kwaśniewskiego), pozycji Polski w Unii Europejskiej trochę więcej... pustego gadania. Znalazł się za to czas, by podyskutować nad agentami radzieckimi w polskiej dyplomacji, teczce Aleksandra Kwaśniewskiego w Moskwie czy też istnieniu „układu”. Społeczeństwo polskie nie zna w końcu bardziej palących problemów, nieprawdaż?

Im bliżej końca debaty, tym ostrzej widać było degenerację całej polskiej klasy politycznej. Żadnej wzmianki o problemach zwykłych Polaków. Zero zainteresowania realnymi społecznymi bolączkami siermiężnej codzienności „wolnej” Rzeczypospolitej. Zamiast tego – obojętne dla zwykłego człowieka obrzucanie się błotem i stałe odgrzewanie starych śpiewek o układach, systemie korporacyjnym i złej Platformie. W Polsce żaden stopień alienacji polityków od społeczeństwa już nie dziwi. Tylko poważni znawcy politologii, udzielający oficjalnych wywiadów prasie głównego nurtu, załamują ręce nad tym, że Polska nie jest jak Francja, gdzie w wypadku niezadowolenia społecznego frekwencja wyborcza rośnie, a nie spada na łeb.

Jarosław Kaczyński i Aleksander Kwaśniewski w czasie całej dyskusji zgodzili się właściwie tylko co do dwóch kwestii: pozytywnie ocenili upadek PRL i działalność polskich polityków w czasie tzw. pomarańczowej rewolucji na Ukrainie. Tym samym pokazali, że łączy ich jeszcze jedno. Żaden z nich nie ma zamiaru naprawdę zmieniać Polski w takim kierunku, jaki jest społeczeństwu potrzebny. Żaden z nich nie zamierza wysłuchać oczekiwań zwykłych wyborców, tych, którzy nie podzielają entuzjazmu dla transformacji ustrojowej, i przeprowadzić zmian takich, jakich oni naprawdę oczekują. Ani PiS, ani LiD nie mają w tych wyborach nic do zaoferowania ludziom pracy. Dlatego nadszedł czas na budowę prawdziwej alternatywy. Takiej, która nie będzie się bała zadać przemilczanych dziś podstawowych pytań, a potem dać na nie odważnych i prawdziwych odpowiedzi. Wreszcie – która nie będzie się bała zadać kłamu opowiadanymi dziś neoliberalnym sloganom i zbudować prawdziwej Polski solidarnej, Polski pracowniczej, Polski socjalnej.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing