Nowy rok - stare problemy Drukuj Email
07.02.2005.

2004 był kolejnym rokiem siermiężnej rzeczywistości IIIRP. Był dla polskiego społeczeństwa czasem cięć socjalnych, fundamentalistycznej katolickiej paranoi, nędzy i strachu. Przełom grudnia i stycznia jak to zwykle bywa - niesie wciąż ze sobą nieśmiertelną nadzieję. Niestety - 2005 także zapowiada się jako rok gorzkich rozczarowań.

Najcięższe razy społeczeństwu zadali oczywiście ci, którzy z mocy jego wyboru objęli kierownictwo polityczne. Na kredyt zaufania jakim zostali obdarzeni splunęli zaraz po pierwszym głosowaniu nad wotum zaufania dla rządu Leszka Millera. Wkrótce rozpocząć się miał kolejny etap wolnorynkowego dramatu.

Po tym jak Polską wstrząsnęła pożoga prawicowych rządów AWS i UW (a propos, czy ktoś te nazwy dzisiaj jeszcze pamięta?), ludzie gotowi byli zagłosować w 2001 roku na kij od szczotki, gdyby wystawiło go SLD, które głosiło wszem i wobec "przywrócenie normalności". Nadzieje były ogromne. Ponad 40% głosów zapewniło Sojuszowi 216 miejsc w sejmie i przygniatającą wręcz przewagę w senacie. Spragnionym zmian nie było jednak dane odetchnąć z ulgą. Lata rządów Leszka Millera i SLD okazały się rychło majstersztykiem antyspołecznej polityki. Gdy rozpoczynał się miniony rok zmęczone i rozgoryczone społeczeństwo odwróciło się od swych włodarzy, a poparcie dla SLD oscylowało wokół 15%. Dziś sięga ono wprawdzie (w/g ostatnich statystyk) 11%, ale w roku ubiegłym Sojusz zdążył parokrotnie spaść poniżej progu wyborczego. Nie da się ukryć, że sobie na to zasłużył. Długo by wymieniać czym: od sławetnego "Planu Hausnera", przez zmiany (w duchu liberalnym ma się rozumieć) w Kodeksie pracy, przez likwidację funduszu alimentacyjnego, ograniczenie zasiłków socjalnych, ulg dla inwalidów, uczniów, studentów itd., po okupację Iraku. Rząd Leszka Millera i jego parlamentarna ekipa postąpili dokładnie odwrotnie niż oczekiwali tego nie tyko wyborcy, ale także szeregowi członkowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej, czemu dali wyraz na niedawnym kongresie tej partii.

Niezadowolenie okazali także ci, których pokładanym w nim nadziejom, Leszek Miller pragnął za wszelką cenę podołać - przedsiębiorcy, pracodawcy, ludzie biznesu... (jak zwał, tak zwał). Zakrzyknęli oni bowiem zgodnie roszczeniowym tonem, iż działania władz są wyjątkowo powściągliwie, mało radykalne i w ogóle niezadowalające. Trudno powiedzieć jaki stan prawny zadowoliłby to szanowne grono - brak podatków i eksterminacja ubogich? Skoro kulturalny "lobbing" okazał się niewystarczający lokalna oligarchia posunęła się nieco dalej. Do ataku ruszył Adam Michnik - za jednym zamachem storpedował skutecznie przygotowywaną ustawę, która uniemożliwić miała monopolizację rynku medialnego i dokończył (przynajmniej w swoim mniemaniu) prowadzoną od 15 lat prywatną wojnę z SLD. Pokazał w Gazecie Wyborczej jeden z tych realnych (nie zaś pozorowanych, oficjalnie głoszonych) mechanizmów powstawania prawa w Rzeczpospolitej. Spodziewał się ogólnospołecznego szoku i - jak zwykle - się przeliczył. Zapomniał widać, iż polskie społeczeństwo od lat nie wypowiada się o rządzących inaczej niż "złodzieje", "kłamcy" czy "bandyci". Zawrzało za to wśród elit, które postanowiły wszcząć parlamentarne śledztwo w sprawie sławetnej propozycji korupcyjnej Lwa Rywina. W tym reality show fantastycznie odnaleźli się emisariusze Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości. Pozazdrościł im tego LPR, który szybko obmyślił kolejny spektakl - ten miał zaszkodzić prezydentowi, a za pretekst posłużyły machinacje personalne w Orlen S.A. Prawicy z pomocą natychmiast ruszyły media, które w drugiej połowie roku nie zajmowały się już niczym innym jak tylko głoszeniem, iż wszelkie zło promieniuje na Polskę od posłów SLD: skorumpowanych, jeżdżących po pijanemu i współpracujących z mafią.

W takiej sytuacji SLD nie mogło nie zatonąć. Grupa aparatczyków postanowiła spróbować tricku sprzed lat, gdy AWS dokonał kosmetycznych wewnętrznych przetasowań i ogłosił się nową jakością na prawicy pod postacią Platformy Obywatelskiej i PiSu. Posługując się tym schematem, z tonącego statku uciekł Marek Borowski ewakuując się z zaufanymi ludźmi do stworzonej przez siebie nowej jakości na lewicy - Socjaldemokracji Polskiej. Łaknący socjalnych rozwiązań ludzie od razu poparli nowe ugrupowanie i dali mu w sondażach solidnie ponad 10%. Marek Borowski rychło jednak entuzjazm społeczny ostudził. Stwierdził bowiem, że problemem polskiej polityki nie jest jej kierunek, który może się obywatelom nie podobać, ale pozostaje jedynym słusznym. Pies - w/g jego analizy - pogrzebany jest w "stylu uprawiania polityki". Ludzie szybko przetłumaczyli sobie język elit na właściwy polski i wyszło im tak: "podobnie jak posłowie SLD, tak i my będziemy dalej smagali naszych obywateli wolnorynkowym biczem, będziemy przy tym jednak cokolwiek bardziej zakłamani i postaramy się lepiej udawać". Efekt: ten sam sondaż dwa tygodnie po powstaniu partii - niecałe 5%.

Zmieniło to jednak trochę rzeczywistość - medialne zabagnienie zostało dzięki powstaniu SdPl nieco zreformułowane. Zamiast sejmowej komisji śledczej, której prace stawały się coraz nudniejsze, naszych dziennikarzy jęły przejmować wszelkie sondy związane z partiami, wyborami, politykami. Po mediach przelała się fala fascynacji wskaźnikami statystycznymi. Było to do tego stopnia groteskowe, że z polskich pismaków pokpiwać zaczęli dziennikarze z krajów ościennych rozpisując się o Polsce jako "demokracji sondażowej". W kraju zaś uwagę przyciągnął absurd przez owe badania ujawniony. Okazało się bowiem, że druga tura najbliższych wyborów prezydenckich zostanie rozegrana między Tomaszem Lisem i Jolantą Kwaśniewską (szkoda, że nie Pieńkowską). Znak czasu - salonowa pudernica vs. endecki playboy. Elity na to: "Polskie przemiany idą w dobrym kierunku, osiągnęliśmy ogromny sukces". Gratulacje!

Opór? Miałki. Ale jakiż miałby być? OPZZ stoi na progu totalnej dezintegracji, a Solidarność przez dłuższy czas zajmowała się wysyłaniem paczek do Kijowa, który - w powszechnym mniemaniu - spływając pomarańczą - wyzwalał się spod rosyjskiej okupacji. Polski establishment medialno-polityczny znalazł oto kolejną sposobność by pokrzepić swe serca, zaś społeczeństwu zafundować nową komedię pomyłek. Jej ukoronowaniem, był rozradowany Lech Wałęsa, który przywdziawszy pomarańczowy fartuszek pospieszył Ukrainie na ratunek oraz łopoczące na stołecznym Pałacu Kultury olbrzymie bannery słusznego koloru. Media nasze demokratyczne nie chcąc sprowadzać uwagi obywateli na poboczne detale łaskawie pominęły fakt, że Wiktor Juszczenko cieszy się poparciem OUN, banderowców i ukraińskich neonazistów. Za niegodny uwagi uznały także fakt, iż od rozpadu ZSRR o władzę na Ukrainie walczy kilka gangów-klanów (jeden upodobał sobie kolor pomarańczowy) i żadnemu z nich w głowie demokracja, wolność, dobrobyt czy cokolwiek z tego katalogu. Bez sensu wydało się polskim redaktorom dokonać analizy porównawczej postulatów Janukowycza i Juszczenki. Różnic pomiędzy nimi nie ma bowiem żadnych.

Niemniej polska elitka wykazała olbrzymie zaangażowanie w demokratyzację Ukrainy. Tak daleko - aż do ciężkiej desperacji - posunęła się chyba tylko wiosną ubiegłego roku gdy za wszelką cenę chciała zdobyć jakąś legitymację społeczną dla przyłączenia Polski do UE w referendum zatwierdzającym. Wielu odczuło ten moment nostalgicznie. Pierwszego maja Polska stała się członkiem Unii, a po tygodniu ze sklepów w całym kraju zniknął cukier. Ceny żywności wzrosły tak dramatycznie, że ludzie się najzwyczajniej przestraszyli. Media zaś skomentowały to jednoznacznie: Polacy sami są sobie winni - stado głupców, które nie rozumie, że to swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem samo powoduje wahania cenowe musi odczuć to na własnej skórze. Niechaj poczytują to sobie za kolejny krok w kierunku mentalnego wyzwolenia z okowów PRLowskich pozostałości. Poza tym nic się na razie nie zmieniło, choć media oczywiście twierdzą inaczej.

Media w ogóle nie zdawały się nad sobą w ubiegłym roku panować. Wszyscy pamiętamy, jak pół roku temu cała Polska stanęła trwogą i oczekiwała sądnego dnia alterglobalistycznej demonstracji w Warszawie. W stolicy wprowadzono nieoficjalny stan wojenny. Każdy był legitymowany, policja odwiedzała działaczy lewicy w domach i zakazywała uczestnictwa w marszach czy protestach, dokonano wielu bezpodstawnych zatrzymań, a niektóre części miasta zamknięto przed jego mieszkańcami. "Obyśmy przeżyli ten dzień" wołał SuperExpress. Przeżyliśmy. Ulicami Warszawy przeszła kolorowa, spokojna parotysięczna demonstracja. Większym zagrożeniem okazali się nabuzowani policjanci, którzy nie mieli niestety nic do zrobienia, a liczyli na "zabawę". Panicznie zareagowali przedsiębiorcy zlokalizowani na trasie przemarszu i... zabili okna i drzwi swoich sklepików/kafejek/butików/itp. płytami wiórowymi. Groźni alterglobaliści na jednaj z nich napisali: "lepiej w oknie przybić deski, niż mundurek mieć niebieski". Trudno doprawdy o lepsze podsumowanie. Dodajmy, że sabat biznesmenów kosztował miasto miliony złotych, których podobno zawsze brakuje. Brakowało jeszcze tylko wizyty papieża (choć było blisko).

O papieżu jednak nikt pomimo tego nie zapomniał. Zresztą nie było takiej możliwości, informacje o jego stanie ducha (bo o stanie zdrowia nie można już mówić - nie istnieje) otwierały i zamykały każdy serwis informacyjny. Sam papież zaś dał wyraz swym prodemokratycznym inklinacjom mówiąc co następuje: "wolność jest dobra tylko wtedy gdy prowadzi do prawdy" (cyt. za "Metro"). Czekamy na więcej. W klimat takich wypowiedzi wczuła się Młodzież Wszechpolska, która zmasakrowała w Krakowie pokojowy marsz w obronie uciskanych mniejszości seksualnych. Pod wrażeniem akcji wszechpolaków pozostał nawet prezydent stolicy Lech K. i zakazał "pedałom" szerzyć zgorszenie na ulicach Warszawy. Nieco wcześniej zachęcił bezrobotną młodzież do bicia bezdomnych. Byłyby to jego najdonioślejsze osiągnięcia gdyby nie 60. rocznica powstania warszawskiego. Na okres trwania uroczystości także wprowadzono nieoficjalny stan wojenny - tym razem na płaszczyźnie ideologicznej. Przed kamery telewizyjne i radiowe mikrofony zagoniono tych, którzy cudem to piekło przeżyli. Zanim dopuszczono ich do głosu pozwolono poutyskiwać na Związek Radziecki przy akompaniamencie nacjonalistycznych songów spikerzy przedstawiali widzom "właściwą" wykładnię tamtych wydarzeń. Podbudowę "intelektualną" media zyskały od "autorytetów" pokroju profesora Wieczorkiewicza, który znany jest z twierdzenia jakoby to J. Stalin był jedynym człowiekiem dążącym pod koniec lat trzydziestych do rozpętania II wojny światowej (sic!). Lech Kaczyński dał z siebie wszystko - tak jak niegdyś Warszawa tonęła w plakatach piętnujących AK, tak zaczęła tonąć w tych ją gloryfikujących. Poziom fałszerstw historycznych i manipulacji w żadnej mierze nie odstawał od tego PRLowskiego (jeśli nawet go nie przewyższał). Nie tylko w tej materii jednak uczeń przerósł mistrza. Na okoliczność obchodów rocznicowych postanowiono oddać cześć walczącym otwarciem Muzeum Powstania Warszawskiego. Napompowana do granic uroczystość otwarcia spływająca martyrologicznym szlamem okazała się groteskowo-nostalgiczną śmiesznostką. Zaraz potem nastąpiło bowiem ciche zamknięcie muzeum gdyż wciąż trwały tam prace remontowe. Ciekawe czy - jak dawniej bywało - okoliczne trawniki pociągnięto olejną...

Wszelka - minimalna choćby - krytyka była absolutnie niedopuszczalna. Pogotowie ideologiczne w mediach zadziałało w taki sposób, by wytworzyć atmosferę totalnego braku przyzwolenia na krytyczne myślenie. Słowa "pomyłka" lub "błąd" zostały natenczas wykreślone ze słowników, zaś każdy heretyk zakazu nie przestrzegający miał być uznany za zdemoralizowaną kanalię i na dobre wykluczony ze społeczeństwa lub brutalnie nawracany. Najbardziej obrzydliwe było jednak ukazywanie powstania warszawskiego nie jako wojennej pożogi, nie jako spływającej krwistym błotem, wysadzonej w powietrze stolicy kraju, nie jako stosy gnijących wśród gruzów zwłok; lecz jako patriotyczną fiestę, w której młodzi warszawiacy szli po pewną śmierć i byli z tego zadowoleni. Ohyda!

Taki był właśnie cały zeszły rok. Wspomniane pogotowie ideologiczne nie jest tak naprawdę żadnym wyjątkiem. Działa od początku lat dziewięćdziesiątych i jedynie wzmaga się przy okazji rozmaitych celebracji. Ukrywa lub usprawiedliwia polską rzeczywistość - bezrobocie, zwolnienia, wyzysk, nędzę i beznadzieję.

Czy 2005 ma szansę być inny? Jeśli rozwój sytuacji będzie postępował w takim kierunku jak dotychczas - zapewne nie. Posmak najbliższych 11 miesięcy dało kilka styczniowych wydarzeń. Na dzień dobry z błotem zmieszano po raz kolejny ZSRR (to dziś modne, łatwo przychodzi, zbija się na tym doskonały kapitał medialny i polityczny). Pretekstem do tego stała się tym razem rocznica wyzwolenia Warszawy. Jak widać każda okazja jest dobra - czy Armia Czerwona interweniuje czy nie zawsze znajdzie się powód do tego by wypowiedzieć się o niej źle. Media ochrzciły 17. stycznia "powtórnym zniewoleniem" lub "kontrowersyjnym wyzwoleniem", zaś prezydent Kaczyński raczył odmówić wzięcia udziału w - jakże skromnych - uroczystościach. Zaraz potem redaktor Urban został skazany za określenie papieża mianem "sędziwego bożka" w artykule sprzed lat, a chwilę wcześniej SLD ustami Krzysztofa Janika obwieściło stworzenie kolejnej komisji śledczej, która miałaby zbadać nieprawidłowości wokół prywatyzacji PZU. Tak więc festiwal śledczy mamy zapewniony i w roku bieżącym. Jakby tego było mało dziś Andrzej Lepper przebąkiwał o potrzebie kolejnej komisji, która zajmie się prywatyzacją polskich hut. Wszystkie te komisje śledcze budzą naiwne nadzieje - politycy są w nich bowiem sędziami we własnych sprawach. Poza tym służą one personalnym rozgrywkom w łonie klasy rządzącej i niczemu innemu. Dochodzącej do władzy prawicy moda na nie będzie bardzo na rękę. Prawo i Sprawiedliwość już zapowiedziało, że zaraz po wygranych wyborach do spółki z LPR i PO "doprowadzi lustrację do końca raz na zawsze skończy z polityką grubej kreski". Jest to oczywistym sygnałem do tego, że prawica czuje się silna i nie kryje się ze swoimi zamiarami rozpętania w Polsce kolejnej - dużo skuteczniejszej i silniejszej niż dawniej - antykomunistycznej histerii z delegalizacją SLD włącznie (co także było już wcześniej deklarowane). Posmak tego stworzył prawicowy felietonista Bronisław Wildstein, który wyniósł z czytelni IPN listę osób, na temat których materiały owa instytucja przechowuje. Najpierw rozdał jej ksero kolegom, a później opublikował w internecie. Powszechnie zostało to odebrano jako słuszny gest ujawnienia listy agentów dawnych służb bezpieczeństwa, niezależnie od tego, że wśród tych nazwisk agenci to zapewne mniejszość. Są tam także osoby, na których owi donosić mogli, lub którzy zostali przez stalinowski aparat represji dotknięci. To jednak - zgodnie z prawicowym zacietrzewieniem - nie ma znaczenia. Tak ma być po wyborach, tak nam przynajmniej zapowiadają Kaczyńscy, Rokita, Giertych i ich przyjaciele.

Dostrzec w tym należy pewną sprzeczność. Z jednej strony prawica czuje się pewnie i snuje wielkie plany wprowadzania swoich porządków. Szykuje nam kolejną falę ideologicznej ofensywy i otwarcie o tym mówi. Trudno przewidzieć jak daleko spróbują się posunąć PiS, LPR i PO (przy wsparciu i zaangażowaniu kościoła ma się rozumieć), ale spodziewać się można osiągnięcia standardów amerykańskich gdzie na porządku dziennym są żądania usunięcia z podręczników szkolnych rozdziałów dotyczących początków ludzkości i ewolucji, i zastąpienia ich koncepcją dobrego boga, który stworzył świat, Adama i Ewę. Taka ofensywa kosztuje jednak sporo wysiłku i sporo pieniędzy. Takich inwestycji nie robi się bezinteresownie. Liberalno-konserwatywna sitwa jest pewna wygranych wyborów i... niczego więcej. Prawicowcy są świadomi tego jak olbrzymie niebezpieczeństwo stworzą dla siebie realizując swoją politykę i liczą się z reakcjami społecznymi. Wszystkie te działania są próbą zabezpieczenia się przed wybuchem społecznego niezadowolenia. Za desperacki - w tym kontekście - należy uznać postulat delegalizacji SLD. Jest to partia, która nigdy nie była tradycyjnym przedstawicielstwem politycznym klasy pracowniczej, która odniosła przejściowy sukces i jest powiązana z OPZZ wyłącznie układami biurokratycznymi. Dziś ogląda się nią tak nie wielu (zdecydowana większość przemysłowego proletariatu nie pójdzie do wyborów lub poprze Samoobronę). Mimo to prawica postrzega ją jako potencjalne zagrożenie i szuka sposobów, by ją ostatecznie pogrzebać i rządzić samemu na wieki. Tymczasem sama szykuje sobie grób - wydaje jej się, że cierpliwość społeczna w imię wolnego rynku, boga i ojczyzny jest bezgraniczna... Tym sposobem Jan Maria Rokita sam wysyła się do szpitala, gdzie obok wady wymowy będzie musiał leczyć także zgruchotaną szczękę po tym jak przyjdą pozdrowić go robotnicy z zakładów, które zamknie lub sprywatyzuje przyszły rząd.


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing