Konflikt imperializmów Drukuj Email
Napisał(a): Piotr Kuligowski [socjalizm.org]   
15.08.2008.

Dosłownie kilka godzin temu media doniosły o czasowym zawieszeniu broni w rozpoczętej niedawno wojnie pomiędzy Osetią Południową (czy raczej Rosją) a Gruzją. Trudno jednak wyobrazić sobie, by nie było to jedynie krótkotrwałe zaniechanie działań wojennych; swoista cisza przez burzą, która może się lada chwila rozpętać. Może, ale oczywiście nie musi – konia z rzędem temu, kto trafnie przewidzi zakończenie konfliktu!

Jak nietrudno się domyślić polskie mass media oraz najważniejsi politycy przedstawiają wojnę w sposób szalenie uproszczony. Oto przyjaciel Polski – Gruzja, został napadnięty przez naszego największego wroga – Federację Rosyjską, która, jak grzmiał wczoraj prezydent Lech Kaczyński: „Po raz kolejny pokazała swe prawdziwe oblicze”. Oczywiście w takiej sytuacji politycy prawicy nie mogli nie skorzystać z okazji, by pokazać się światu jako ludzie dzielnie stojący na straży pokoju i demokracji, pojechali więc do Tbilisi, by tam wraz z przywódcami kilku innych państw wyrazić solidarność z napadniętym Saakaszwilim. Oczywiście nie obyło się bez wymachiwania szabelką i siania rusofobii.

Każdy, kto jednak choć trochę bardziej orientuje się w realiach światowej polityki rozumie, że sytuacja nie jest tak prosta, jak chcieliby tego politycy PiSu czy PO. Po pierwsze trudno wyzbyć się wrażenia, iż mainstreamowe media – być może nieświadomie – nieco tuszują oczywisty fakt, iż to Gruzja, łamiąc rozejm z Soczi, nakręciła spiralę konfliktu. Rzecz jasna współpracownicy Saakaszwilego bronią się twierdząc, że za wybuch wojny odpowiedzialna jest Rosja, która przez cały czas aktywnie wspiera bardzo skromne siły osetyjskie swą piechotą i lotnictwem. Kreml z kolei kontratakuje na polu dyplomatycznym informując, że skoro ponad połowa Osetyńców posiada rosyjskie paszporty, to jego obowiązkiem jest obrona swych obywateli przez obcą agresją. I rzeczywiście – pomimo niefortunnej przynależności terytorialnej Osetię Południową niewątpliwie ciągnie do Rosji, co widać chociażby wśród nastrojów jej obywateli. Rosjanie także nie mają nic przeciwko ewentualnej asymilacji, gdyż, jak wynika z przeprowadzonego dopiero co sondażu dla jednej z tamtejszych gazet, aż 71 proc. mieszkańców Moskwy popiera przyłączenie Republiki Południowej Osetii do Federacji.

W takiej sytuacji to właśnie Rosja może starać się lansować jako realizator zamierzeń ONZ, który wysłał siły pokojowe w region konfliktu. Do tego wystarczy, by Miedwiediew dorzucił parę banałów o potrzebie wprowadzania w życie prawa do samostanowienia narodów i już prorosyjska lewica skupiona wokół Leszka Millera jest gotowa uwierzyć w szczere intencje Kremla. Oczywiście ludzie ci nie pamiętają (a może nie chcą pamiętać?) o osamotnionej w walce i ostatnio pozostającej w cieniu Tybetu Czeczenii…

Doprawdy, odpowiedzialnemu i trzeźwo myślącemu obserwatorowi rzeczywistości trudno wyzbyć się wrażenia, iż mówienie o prawie do samostanowienia narodów w przypadku Osetii Południowej jest warte tyle samo, co pomoc USA w osiągnięciu niepodległości przez Kosowo. Kreml przez swe – zręczne bądź co bądź – manewry dyplomatyczne może dać Unii Europejskiej solidnego prztyczka w nos, odgrywając się przy tym za jej wcześniejsze poparcie rozbicia terytorialnego Serbii, która wszak nie od dziś jest jego sojusznikiem; a ponadto zyskać nową, wasalną republikę.

I tutaj powoli dochodzimy do sedna konfliktu – po raz kolejny w imię imperialnych interesów Stanów Zjednoczonych i Rosji została wywołana sztuczna i niepotrzebna wojna, w której już zginęły tysiące cywilów, a może zginąć znacznie więcej. Dlatego właśnie konflikty zbrojne są zabawą bogatych, za którą płacą i w której giną ubodzy. Dopóki jednak w Osetyńcach nie obudzi się nacjonalizm w jego najbardziej skrajnej i krwiożerczej postaci, dopóty będą szanse na rychłe jego zażegnanie; jeśli jednak to się stanie, możemy być świadkami wielotysięcznych rzezi, podobnych do tych z Wołynia z lat 1942 - 44.

Marksistowscy, dialektycznie myślący działacze w swej analizie rzeczywistości nie powinni opierać się na panujących aktualnie politycznych trendach czy podziałach narodowych. Mimo, iż nie wiadomo w jaki sposób ani kiedy zakończy się owa wojna należy zrozumieć, że w obecnej sytuacji nie można wpadać ani w skrajny antyamerykanizm, ani absurdalną rusofilię. Właśnie ten konkretny konflikt pokazuje, że wróg mojego wroga wcale nie musi być moim przyjacielem. Dlatego nie należy kibicować żadnemu z wiecznie żądnych nowych zdobyczy i krwi imperializmów. Należy natomiast kibicować zwykłym ludziom, aby ci zorganizowali się i sami – wbrew prawicowym rządom i politykom zakończyli ten bezsensowny konflikt i zaczęli stanowić o sobie. Tak jak w historii wiele razy masowe demonstracje związków zawodowych doprowadzały do zakończenia wojen, tak i teraz należy mieć nadzieję na obudzenie się ruchu pracowniczego zarówno w Gruzji, jak i Rosji, i zawalczenie przez niego o pokój oraz lepsze jutro.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing