|
Unia Europejska uchwaliła dyrektywę, na mocy której legalny jest 65 - godzinny tydzień roboczy. |
| Gwinejskie przebudzenie? |
|
|
| Napisał(a): Tomasz Rafał Wiśniewski ["Nowy Tygodnik Popularny"] | |
| 14.01.2009. | |
|
Obserwując zachodnie reakcje na objęcie władzy w Gwinei przez Narodowa Radę Demokracji i Rozwoju nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż cynizm i hipokryzja stanowią dwa główne filary „atlantyckiej filozofii politycznej”. Kiedy w kilka godzin po śmierci skorumpowanego dyktatora Lansany Contégo, grupa młodszych oficerów postanowiła przejąć odpowiedzialność za rozsypujący się kraj stojący na skraju wojny domowej i zapowiedziała stworzenie tymczasowego ośrodka władzy, mającego na celu przygotowanie demokratycznej transformacji, Unia Europejska nie omieszkała pospieszyć z natychmiastowym potępieniem „wojskowego zamachu stanu”, a Waszyngton zażądał natychmiastowego „przywrócenia porządku konstytucyjnego”. Na pierwszy rzut oka trudno zrozumieć tak błyskawiczne reakcje pogrążonych w finansowym kryzysie i świątecznych przygotowaniach władców „wolnego świata”, jednak rzut oka na geologiczną mapę Gwinei bardzo szybko rozwiewa wszelkie wątpliwości. Niezwykle bogaty w boksyty (połowa światowych zasobów), złoto, diamenty, uran i rudę żelaza kraj nie może wszak zbyt długo pozostawać poza kontrolą najważniejszych stolic współczesnego imperializmu, których wspólne wysiłki w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku doprowadziły do radykalnej zmiany strategii ekonomicznej i rozpoczęcia przez reżim Contégo forsownej prywatyzacji majątku narodowego, której beneficjentami, poza lokalnymi kacykami, okazały się przeróżne mniej i bardziej podejrzane „joint ventures”, doskonale radzące sobie z błyskawicznym transferowaniem za granicę zysków z rabunkowej eksploatacji miejscowych minerałów. Eksploatacja dotyczyła w tym przypadku w równym stopniu bogactw naturalnych, co lokalnej ludności, która począwszy od roku 2006 coraz usilniej domagała się strukturalnych reform i kolejnymi, za każdym razem potężniejszymi, strajkami dawała władzy do zrozumienia, iż kontynuacja dotychczasowej polityki musi doprowadzić do społecznego przesilenia. Starzejący się i stopniowo tracący kontrolę nad aparatem władzy Conté potrafił w tej sytuacji jedynie wysyłać wojsko przeciwko bezbronnym demonstrantom, co w samym lutym 2007 roku przyniosło ze sobą prawie 200 śmiertelnych ofiar i wprowadzenie stanu wojennego na terytorium całego kraju. Kolejne kosmetyczne zmiany w centralnym aparacie władzy nie przynosiły żadnej realnej zmiany w sytuacji zwykłych Gwinejczyków i w tym kontekście trudno się dziwić, że przejęcie władzy przez Moussę Dadisa Camarę zostało przyjęte z powszechnym entuzjazmem. Śmierć gwinejskiego prezydenta wytwarzała bowiem tak poważną próżnię polityczną, iż próba jej zapełnienia przez urzędników wywodzących się z dotychczasowego reżimu mogłaby jedynie zwiększyć poziom destabilizacji kraju i w jeszcze poważniejszym stopniu wydać jego obywateli na pastwę skorumpowanych elit i ich metropolitalnych zleceniodawców. Wywodzący się z grona młodszych oficerów członkowie Narodowej Rady Demokracji i Rozwoju wydają się Gwinejczykom z jednej strony wystarczająco poważni i godni zaufania by stanowić realną siłę polityczną, z drugiej zaś, na tyle mało związani z poprzednim reżimem, iż ich zapowiedzi radykalnych reform można potraktować jako rzeczywistą próbę zerwania z dotychczasowymi praktykami. Jednocześnie, na co warto zwrócić uwagę, sam kapitan Camara nie ma w sobie nic z typowego afrykańskiego watażki i jako absolwent prawa i ekonomii na Uniwersytecie Nasera, może okazać się całkiem skutecznym przywódcą umiejętnie łączącym poparcie armii z rozsądną polityką społeczną. Mając na uwadze, z jednej strony, wyzwania stojące dziś przed Afryką oraz ciągle żywą w Gwinei tradycję Ahmeda Sékou Tourégo, z drugiej zaś, poważne zasoby bogactw naturalnych ukryte pod powierzchnią kraju – reżim wywodzący się z ekipy kapitana Camary może w przyszłości okazać się bardzo poważnym graczem przynajmniej na kontynencie afrykańskim. Utrata kontroli nad Conakry byłaby w tej sytuacji bardzo nie na rękę zachodnim przywódcom, którzy znacznie bardziej, niż światowej demokracji, pragną światowego panowania. To panowanie zawsze łatwiej zapewnić sobie korumpując stare zbiurokratyzowane elity, niż próbując wkraść się w łaski reżimów wywodzących się z kręgów młodych oficerów. I właśnie ta ostatnia przyczyna jest bezpośrednim tłem dzisiejszych lamentów nad „wojskowym zamachem stanu” w Gwinei. Nie ma, rzecz jasna, wątpliwości, że w chwili obecnej, wojskowa ekipa Camary niczym nie różni się od dziesiątek podobnych reżimów, które na przestrzeni ostatniego półwiecza przejmowały rządy na terenie różnych afrykańskich republik. Nie jest również tajemnicą, iż zbiorczy bilans wojskowym rządów na terenie Afryki postkolonialnej wygląda fatalnie. Korupcja, kumoterstwo, mentalność plemienna i wiele innych plag potrafiły w ciągu ostatnich dziesięcioleci stoczyć niejeden wojskowy reżim afrykański przejmujący władzę w atmosferze aplauzu tłumów. Z drugiej strony, wszelkie próby instaurowania na Czarnym Lądzie systemów pseudodemokratycznych kończyły się podobnymi rezultatami. Postkolonialne granice, niespójna infrastruktura oraz gigantyczne napięcia społeczne wynikające nie tylko z klasycznych podziałów klasowych, ale w równej mierze z historycznych różnic między ludnością zamieszkującą wybrzeża i interior, zaprowadziły już niejedną afrykańską „demokrację” w otchłań krwawych wojen domowych, bardzo często wspomaganych przez pozostających zawsze do dyspozycji rozlicznych bladolicych „ekspertów”, „doradców” i „konsultantów”. W tej sytuacji, wydaje się rzeczą najmniej istotną, w jaki sposób dana ekipa rządząca przejmuje władzę w afrykańskim kraju i konia z rzędem temu, kto potrafi wykazać istnienie na Czarnym Lądzie jakiegokolwiek związku między „procesem demokratycznym”, a społeczną skutecznością konkretnego reżimu. W obliczu potrzeb afrykańskiego społeczeństwa, rzeczą dziś najistotniejszą jest to, aby na całym kontynencie władza ostatecznie przeszła w ręce reżimów, które zamierzają sprawować władzę w interesie wszystkich zamieszkujących Afrykę populacji. Ze swymi zasobami naturalnymi, ze swoją unikatową biosferą oraz ze swoimi mieszkańcami, Afryka już w bieżącym stuleciu może i powinna wywalczyć sobie stosowne do jej potencjału miejsce wśród globalnej społeczności. Osiągnięcie tego celu wymaga nie tylko wysiłku, determinacji i odrzucenia wielu szkodliwych nawyków, ale nade wszystko wymaga suwerennej decyzji wzięcia odpowiedzialności we własne ręce. Jeśli reżim kapitana Camary i sam jego przywódca, zdają sobie z tego sprawę – Gwinea ma dziś ogromną szansę stać się jednym z elementów Nowej Afryki, kontynentu, którego czas świetności mamy dopiero przed sobą. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |