Portal socjalizm.org to lewicowe spojrzenie na dzisiejszą rzeczywistość. Wbrew powszechnie lansowanemu poglądowi uważamy, że lewicowa myśl polityczna nie tylko ma rację bytu, ale znajduje jeszcze większe zastosowanie niż kiedykolwiek wcześniej.


najnowsze teksty

Problemy francuskiej lewicy Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozebnerg [socjalizm.org]   
07.03.2007.
 
Francja to kraj, który w Polsce stał się ostatnio przedmiotem nader sprzecznych sądów. Nic zresztą dziwnego. W końcu jest to jedno z państw tradycyjnie kojarzonych z lewicowością, w dodatku przeprowadzające z zupełnym powodzeniem rozdział Kościoła od państwa i zdecydowanie laickie. Nawiasem mówiąc, polska krytyka niemalże każdego zjawiska w polityce francuskiej przybiera niekiedy formy groteskowe. Polscy komentatorzy tonem wszechwiedzących ekspertów postawili już dawno krzyżyk na francuskim modelu socjalnym, ostentacyjnie podkreślają przy każdej okazji "francuskie lewactwo", wieszczą temu krajowi rychły upadek (a niekiedy i karę boską!), zaś wysoką świadomość społeczeństwa i solidarność pracowniczą nazywają zwykłym lenistwem. Swoją drogą, warto zapytać jak to możliwe, iż Francja stała się jednym ze światowych mocarstw gospodarczych skoro ma tak leniwych pracowników?

W związku z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi we Francji pojawiła się ostatnio nowa okazja do krytyki. Zwłaszcza że - ku świętemu oburzeniu polskich oficjalnych mediów - jednym z dwóch najpoważniejszych kandydatów do fotela prezydenckiego jest reprezentantka Partii Socjalistycznej, Segolene Royal.

Kim jest ta pani, którą „Gazeta Wyborcza” obdarzyła ostatnio epitetem populistki, a jej program określiła jako obiecanki-cacanki oderwane od rzeczywistości? Francuskie gazety, zwłaszcza te skłaniające się ku lewej stronie sceny politycznej, napisały o niej już chyba wszystko, od czasu, gdy wyraziła swoją chęć kandydowania w wyborach i momentalnie zdobyła ogromny zasób społecznej sympatii. Zachwytom nad Segolene nie było końca. Pisano o prawdziwie nowoczesnej działaczce lewicowej, dla której chęć współdziałania z ludźmi dla ludzi jest ważniejsza niż niekończące się dyskusje doktrynalne. Taki wizerunek kreowała zresztą od lat, od momentu, gdy zdobyła w 1988 r. swój pierwszy mandat poselski w departamencie Deux-Sevres. Zasiadała w socjalistycznych rządach jako minister oświaty, środowiska i rodziny, stawiając sobie za cel zajmowanie się problemami codzienności - tanimi podręcznikami, zwiększeniem dotacji na szkolnictwo, upowszechnieniem urlopów dla ojców czy walką z narkotykami i alkoholizmem wśród młodzieży. Miała równocześnie wnosić istotne doświadczenie (w końcu jest w partii od kilkudziesięciu lat) i zupełnie nowy styl uprawiania polityki, bliski wyborcy i otwarty na jego problemy. Stale podkreślała otwarcie na ludzi. Opuściła wewnątrzpartyjne obchody rocznicy śmierci Francois Mitterranda (choć to on wprowadził ją niegdyś do wielkiej polityki), by udać się do Chile na spotkanie z prezydent Michelle Bachelet. Zapowiedziała też, że swój program w wyborach przedstawi po wielomiesięcznych konsultacjach z samymi wyborcami. W głosowaniu nad oficjalną kandydaturą Partii Socjalistycznej zdobyła ponad 80% głosów, bijąc konkurentów na głowę. Była też faworytką sondaży, gdzie niemało wygrywała swoją medialnością, jak również tym, że w odróżnieniu od drugiego najpoważniejszego kandydata, Nicolasa Sarkozy'ego, była przeciwna propozycji tzw. kontrakt pierwszej pracy (przepis dyskryminujący osoby poniżej 26-ego roku życia mające podjąć pierwszą pracę). Również nie ona wysyłała wojsko i policję przeciw zbuntowanej młodzieży z francuskich przedmieść.

Rychle jednak na horyzoncie zaczęły pojawiać się chmury. Konsultacje nad programem trwały długo i prowadzone były w sposób biurokratyczny i nieudolny, co wywołało poczucie – nie bezpodstawne dodajmy – że Royal jest tak naprawdę kandydatką bez żadnych postulatów, która pragnie wygrać wybory pozorując dyskusję ze społeczeństwem i głosząc ogólniki. W dodatku zawiodła - niewielka wprawdzie - nadzieja na wspólnego kandydata całej lewicy, o czym nieśmiało napomykano w kwietniu i maju 2005 r. Co gorsza, kandydatce PS zdarzały się zupełnie nieprzemyślane wypowiedzi, jak ta o wspieraniu niepodległościowych aspiracji Quebecu. Niektóre natomiast postulaty, jak ten o przymusowym poborze trudnej młodzieży do wojska, sprawiały raczej wrażenie kokietowania wyborców prawicowych. Tłumaczenia Royal, nazywającej je przejawami swojego "nowoczesnego" stylu uprawiania polityki, dla którego tradycyjne podziały ideologiczne mają niewielkie znaczenie, nie brzmiały zbyt przekonująco. Słupki sondażowe zaczęły wskazywać przewagę Sarkozy'ego.

Wówczas kandydatka Partii Socjalistycznej zrobiła jedyną właściwie słuszną taktycznie rzecz - w końcu zaprezentowała swój program (zwany paktem prezydenckim) i zawarła w nim akcenty wyraźnie lewicowe, które zaskoczyły (żeby nie powiedzieć przeraziły) nawet niektórych członków jej własnego sztabu wyborczego, a przy okazji również gros polskich dziennikarzy. Padły między innymi takie obietnice jak podniesienie płacy minimalnej do 1500 euro, utworzenia nowych miejsc pracy dla młodzieży czy wreszcie zlikwidowania przepisów ułatwiających przedsiębiorstwom prywatnym łatwiejsze zwalnianie pracowników. Gdy sondaże powoli zaczęły znowu zmieniać się na jej korzyść, poszła za ciosem, deklarując, iż podniesie podatki wielkim koncernom i postara się, by władza miała dostatecznie wiele siły, by wpływać na sprawiedliwy podział dóbr. Wreszcie odwiedziła paryskie przedmieścia i zapowiedziała, że wydźwignięcie ich z nędzy będzie wielkim zadaniem jej prezydentury. Niejako mimochodem zdobyła kolejne sondażowe punkty brawurowym występem w telewizyjnej debacie.

Obecny program Royal z lewicowego punktu widzenia nie wygląda źle, choć na pewno mógłby wyglądać dużo lepiej. Zaś doświadczenia poprzedniego francuskiego rządu tworzonego przez Partię Socjalistyczną każą zachowywać ostrożność wobec obietnic wyborczych jej polityków. Zwłaszcza, że w telewizyjnej debacie Royal już zaczęła powoli wycofywać się z niektórych obietnic, które jeszcze kilka dni wcześniej były sztandarowymi. Chociażby postulat o podwyżce płacy minimalnej, do niedawna stawiany jako priorytet, teraz został odłożony do stopniowej realizacji w ciągu pięciu kolejnych lat. Również okoliczności, w jakich przedstawiony został ten program, każą podejrzewać, iż został wykreowany jedynie po to, by wygrać wybory traktując lewicowy elektorat instrumentalnie. By przekonać go, by zagłosował na kandydatkę PS zamiast na któregoś z przedstawicieli mniejszych organizacji lewicowych.

Rozmaite kanapy, tradycyjnie już, idą do wyborów skłócone. A szkoda, gdyż bodaj po raz pierwszy Francuska Partia Komunistyczna (PCF), pragnąca odzyskać swoją dawną pozycję, zaproponowała środowiskom alterglobalistycznym i dwóm partiom przedstawiającym się jako marksistowskie (LO i LCR) wystawienie wspólnego kandydata. Pomysł jednak upadł z powodów – jak zwykle – czysto sekciarskich, zaś PCF jeszcze dostało się za zbyt aktywną współpracę z PS. Zdaniem radykałów ta partia jeszcze za prezydentury Mitterranda zdradziła francuskich pracowników. W rezultacie na lewo od PS mamy aż czwórkę kandydatów: komunistkę Marie-George Buffet, Olivera Besancenota z LCR, Arlette Laguiller z LO i Jose Bove, który prezentuje się jako przedstawiciel alterglobalistów. Dla trzech ostatnich to kolejny już start w wyborach.

Program kandydatki komunistycznej, choć przedstawiany jako alternatywa dla "bezideowej reformistki" Royal, rozczarowuje. Jej "Siedem Punktów" to obietnice mętne i łatwe do niekoniecznie lewicowej interpretacji. Buffet obiecuje "wolne i bezpieczne życie" i "solidarny rozwój kraju". Slogany Kaczyńskich są cokolwiek podobne. Zapewnia wprawdzie, że za jej prezydentury praca będzie jedną z podstawowych wartości, a kraj zawalczy z bezrobociem, jednak praktycznie nie wyjaśnia, skąd weźmie na to środki. Twierdzi tylko, iż "trzeba je zdobyć inaczej niż do tej pory". W tym miejscu "reformistka" Royal okazała się odważniejsza, nawet jeśli na deklaracjach miałoby się zakończyć. Francuska Partia Komunistyczna i jej kandydatka w niczym nie przypominają dziś dawnej, prawdziwie ideowej PCF. Partia ta już od kilku dziesięcioleci usiłuje znaleźć wyjście pośrednie pomiędzy "przestarzałym" według jej kadr marksizmem (twierdzenie o dezaktualizacji marksizmu należy od ponad piętnastu lat do oficjalnej doktryny PCF, która do 1990 roku popierała ZSRR i panujący tam porządek) i zupełnym porzuceniem idei lewicowych, czego podobno chcą w tej partii uniknąć. Wyjście jednak jakoś się nie znajduje i komuniści odczuwają stały odpływ elektoratu, który przechodzi albo do obozu Partii Socjalistycznej, albo też do jednej z pozostających w stałej niezgodzie organizacji zwących siebie trockistowskimi - Walki Robotniczej (LO) lub Ligi Rewolucyjnych Komunistów (LCR). Było to szczególnie zauważalne w ostatnich wyborach prezydenckich, gdy kandydat komunistów Robert Hue nie osiągnął nawet 2% poparcia, gdyż jego głosy przejęli Oliver Besancenot i Arlette Laguiller.

Co zaś się tyczy kandydatów lewicy antykapitalistycznej, zwanej przez polskie media ultralewicą... Na stronach internetowych całej trójki wiele jest charakterystycznej retoryki, sporo skądinąd logicznej krytyki obecnego prawicowego rządu i Nicolasa Sarkozy'ego, zaś zamiast zestawionego w jednym miejscu programu wyborczego możemy sobie poczytać wypowiedzi kandydatów na tematy bieżące, co ma praktycznie zaprezentować proponowane przez nich rozwiązania. Lektura doprowadza do wniosku, że faktycznie jest to lewica antykapitalistyczna, tyle że organizacje te nie mają większej bazy społecznej, uzyskują żywiołowe poparcie jedynie w określonych okręgach (tzw. "czerwone bastiony") i to na przemian z PCF. Być może porównanie ich do licznych mikroorganizacji polskiej lewicy byłoby mimo wszystko krzywdzące, jednak mamy do czynienia z istotnymi cechami wspólnymi: niewielkie otwarcie na ludzi, koncentrowanie się całej organizacji wokół jednej osoby i jej dokonań, wreszcie sekciarstwo i niezwykle silne działanie interesów personalnych. Zarówno partia Laguiller, jak i ta, której przewodzi Besancenot uważają się za trockistów, jedynych, którzy we Francji naprawdę reprezentują klasę robotniczą. Mimo maksymalnie uważnej lektury witryn internetowych obydwu ugrupowań, nie trafiłam na żadne poważniejsze różnice ideologiczne. Wniosek wydaje się być prosty - jeśli obydwu ugrupowaniom naprawdę zależy na interesie robotników, powinny już dawno się zjednoczyć. Jednak o tym nie może być mowy. Tego obrazu dopełniają występujące w obydwu grupach sekciarskie praktyki, z których znana jest we Francji zwłaszcza Lutte Ouvriere, gdzie obowiązuje utrudniony, wielostopniowy proces przyjmowania do organizacji, skrajna hierarchizacja i posługiwanie się w wewnętrznej komunikacji szyframi (sic!). Natomiast Jose Bove, oprócz zerwania rozmów o wspólnym kandydacie lewicy i wygłoszenia oświadczenia, iż pragnie reprezentować francuskich alterglobalistów, nie dokonał na razie w ramach kampanii – jak i w ramach swojej działalności – niczego szczególnie interesującego. Kilka lat temu rozmontował restaurację McDonald's w małym francuskim miasteczku w ramach protestu przeciw globalizacji. Do pewnego stopnia ożywiło to francuski ruch alterglobalistyczny, którego Bove od tego czasu jest ikoną... jednak na tym poprzestał.

Ta pozorna obfitość lewicowych kandydatów różnych odcieni prowadzi jednak do niepokojącego wniosku. Oto społeczeństwo francuskie, na ogół przywiązane do idei sprawiedliwości społecznej i traktujące serio zasady wolności i równości znowu nie posiada kandydata, któremu naprawdę może w tych wyborach zaufać. Elektorat lewicowy staje bowiem przed alternatywą - sekciarstwo i brak bazy społecznej lub lewicowe obietnice, które w każdej chwili mogą zostać zawieszone lub odwołane na czas nieokreślony. Czy te wybory miałyby stać się kolejnym krokiem do zaprzepaszczenia zdobyczy wielkiej francuskiej tradycji rewolucyjnej i niemałego zasobu doświadczeń tamtejszego ruchu pracowniczego? Można na szczęście mieć uzasadnioną nadzieję, że nie. Wprawdzie ostatnie rządy - obojętnie, którą stronę sceny politycznej oficjalnie reprezentowały - podkopywały mniej lub bardziej jawnie francuski socjalny model państwa, jednak społeczeństwo udowodniło, że pewnej granicy już we Francji nie da się przekroczyć. I oby tak pozostało.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing