Portal socjalizm.org to lewicowe spojrzenie na dzisiejszą rzeczywistość. Wbrew powszechnie lansowanemu poglądowi uważamy, że lewicowa myśl polityczna nie tylko ma rację bytu, ale znajduje jeszcze większe zastosowanie niż kiedykolwiek wcześniej.


najnowsze teksty

Czerwone sztandary wracają na ulice Paryża Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
20.10.2007.
 
W 1995 roku rząd Alaina Juppego we Francji zasugerował projekt zmian w zasadach przechodzenia na wcześniejszą emeryturę osób pracujących w szczególnych warunkach. Projekt ten, klasyczny przykład zamachu na podstawowe prawa pracownicze w imię tzw. uelastycznienia rynku pracy, przepadł wobec masowych protestów społecznych. Przez osiem tygodni transport publiczny - którego pracownicy należeli do głównych poszkodowanych przez proponowane regulacje - faktycznie stanął, a rząd musiał się wycofać. Wydarzenia te należały do modelowych przykładów skutecznego działania solidarnego ruchu pracowniczego, jednak były również jednym z ostatnich przypadków tak sprawnej kooperacji francuskich central związkowych, które od tego czasu niemal przez cały czas konkurowały ze sobą i rzucały na siebie różnorakie oskarżenia. Dopiero niedawno ruch związkowy nad Sekwaną jakby przypomniał sobie o swojej wielkiej tradycji i znowu mówi NIE neoliberalizmowi.  
 
    Czas był ku temu najwyższy. Rozmontowywanie francuskiego modelu socjalnego wywołało u ogromnej większości społeczeństwa wielkie niezadowolenie, czego wyrazem była najwyższa od lat frekwencja w wyborach parlamentarnych i prezydenckich. Tu jednak na całej linii zawiodły lewicowe formacje polityczne. Kierownictwo Partii Socjalistycznej dokonało ostentacyjnego zwrotu w kierunku centrum, a kandydatka na fotel prezydencki Segolene Royal zafundowała lewicowemu elektoratowi wielce niesmaczny spektakl politycznego wdzięczenia się do liberała Francoisa Bayrou. Z kolei Partia Komunistyczna i rozmaite małe trockistowskie organizacje jak zawsze były zbyt zajęte sporami we własnym gronie, by zaoferować coś wyborcom. W rezultacie zwycięstwo przypadło Nicolasowi Sarkozy'emu, liderowi Unii na rzecz Ruchu Ludowego (UMP). Jego sukces przypomina pod wieloma względami wiktorię braci Kaczyńskich w Polsce - za główne źródła miał wykorzystanie społecznego niezadowolenia, na które nie umiały zareagować partie lewicowe oraz sprawną socjotechnikę dzielenia społeczeństwa. Dalszy rozwój sytuacji we Francji też niezmiernie przypominał obrót spraw na polskim podwórku - dużo gadania o zmianach, za to mało realnych osiągnięć, niesłabnące poparcie dla rządu z powodu słabej opozycji, czy też mnogość populistycznych gestów władzy. Pewną różnicę można dostrzeb jedynie w głównych tezach propagandy UMP i PiS. O ile polska prawica chętnie odwołuje się do "solidarności społecznej" i deklaruje chęć walki z oligarchią, o tyle Sarkozy uparcie stara się przekonać Francuzów, że właśnie ten społeczny solidaryzm jest główną przyczyną wszelkich niepowodzeń Francji i pozbycie się go otworzy drogę do świetlanej przyszłości. Cel jest prosty - budowa ideowego gruntu pod ostateczne obalenie resztek modelu socjalnego.  
 
    Nie jest jednak łatwo walczyć z ruchem pracowniczym w kraju o tak długiej tradycji masowej partycypacji społeczeństwa w polityce i ruchu związkowym. Sarkozy przekonał się o tym po raz kolejny w czwartek 18 października, kiedy pięć największych central związkowych we Francji zorganizowało masowy protest przeciw ponownie zaprezentowanemu przez prezydenta projektowi zmian, który niegdyś lansował rząd Juppego. Można powiedzieć, że propozycja ta przelała czarę goryczy. Już wcześniej prawicowy prezydent głosił potrzebę "nowej umowy społecznej" (jego zdaniem we Francji powszechne są w tej kwestii przestarzałe przekonania), ograniczenia praw do strajku (podobno pracownicy lubią go nadużywać) i obniżenia podatków ("aby ciężej pracujący mogli więcej zarobić"). Wtedy wyrazy niezadowolenia głównie ze strony Generalnej Konfederacji Pracy raczej nie wykraczały poza łamy lewicowych gazet. Teraz - nareszcie! - było inaczej.  
 
    18 października protestowało co najmniej 60% pracowników podparyskich lotnisk Orly i Roissy, głównych węzłów lotniczych stolicy Francji oraz zatrudnionych w powiązanym z nimi transporcie publicznym (tu ponad 3/4 protestujących). Jedyną całkowicie normalnie jeżdzącą linią metra była eksperymentalna linia nr 14 całkowicie obsługiwana automatycznie. Stanęły autobusy oraz kolej w Basenie Paryskim. Po południu wg dyrekcji francuskich linii lotniczych "sytuacja wróciła do normy", nie były też konieczne żadne odwoływania lub opóźnienia lotów. Wiadomo jednak, że DGAC (Dyrekcja Generalna Lotnictwa Cywilnego) już wcześniej, znając planowany termin protestów, skasowała wiele połączeń lotniczych w celu uniknięcia dodatkowych komplikacji. Wystąpienia pracowników lotnisk były najlepiej zaplanowane i rozległy się największym echem, warto jednak nadmienić, iż protestowało też wiele innych zakładów, mniej lub bardziej zagrożonych utratą emerytalnych uprawnień lub po prostu manifestujących poparcie z zagrożonymi współobywatelami. Ostrzegawczy strajk został zakończony po przewidywanych 24 godzinach, tylko niektóre zakłady pracy podjęły decyzję o jego przedłużeniu. To jednak dopiero pierwsza z planowanych tego typu akcji. Jeżeli Nicolas Sarkozy nie wycofa się z pomysłu zmian w systemie emerytalnym, lotniska i transport publiczny na nowo przestaną działać. Już teraz termin kolejnych strajków jest dyskutowany w organizacjach pracowników kolei w Paryżu, Marsylii i Lyonie, a swój protest rozpoczęli kolejarze w regionie Prowansji.
 
    Nieodłączną częścią protestów są we Francji masowe demonstracje uliczne. We wszystkich większych miastach odbywały się pochody protestacyjne, liczące ogółem od 150 000 (jak oceniła policja) do 300 000 uczestników (wg szacowań CGT). W Paryżu przez centrum miasta zgromadziło się 25 000 osób. Nie jest to jak na francuskie warunki rekord, należy jednak wziąć pod uwagę, iż jest to pierwsza od dłuższego czasu wspólna manifestacja kilku organizacji związkowych. Wielu aktywistów odnosiło się do takiej inicjatywy z rezerwą, w wygłaszanych przemówieniach przewijał się motyw "popieramy wspólną walkę w tej konkretnej sprawie, lecz nie popieramy danej centrali w większości jej innnych działań". Bardziej radykalnie było na dziesięciotysięcznej manifestacji w Tuluzie. Jej uczestnicy, głównie pracownicy zrzeszeni w CGT i studenci, protestowali nie tylko odebraniu uprawnień emerytalnych, ale i przeciw ciągłemu niedofinansowywaniu szkół przez prawicowe gabinety oraz pomysłom obniżenia podatków przedsiębiorcom. "Pieniądze na emerytury, ubezpieczenia i szkoły są  - w kieszeniach pracodawców!" - skandowali pod czerwonymi sztandarami manifestanci. Wyróżniające się swoją liczebnością przemarsze miały miejsce również w Bordeaux, Marsylii, Tulonie,  
 
    W czasie pochodów zabrakło również przedstawicieli lewicy parlamentarnej. O ile jednak Francuska Partia Komunistyczna wypowiadała się przynajmniej w prasie przeciwko zmianom w systemie emerytalnym, o tyle niektórzy członkowie kierownictwa Partii Socjalistycznej razili niezdecydowaniem, z jednej strony deklarując zrozumienie dla pracowniczej złości, z drugiej - sugerując, że jakichś zmian trzeba dokonać, a Nicolas Sarkozy dobrze wie, co robi. Kierownictwo PS powtarza zatem błąd, który kosztował tę partię przegraną w ostatnich dwóch wyborach parlamentarnych i prezydenckich - zamiast przedstawić konsekwentną lewicową alternatywę dla obecnej sytuacji we Francji, usiłuje znaleźć dla siebie wygodne miejsce w systemie kapitalistycznym. Nie odpowiada na oczekiwania potencjalnego elektoratu, ale stara się przypodobać prawicowemu establishmentowi. Niezwykle przykro jest obserwować tę ideową degenerację PS, partii o tak chlubnej lewicowej przeszłości, która obecnie uparcie zmierza w kierunku centrowym, i to mimo faktu, że bynajmniej nie przedkłada się to dla niej na wzrost poparcia.  
 
    Tymczasem rząd zdaje się na razie udawać, że żadnego poważnego problemu w kraju nie dostrzega. Minister pracy Xavier Bertrand niechętnie przystał na spotkanie z przedstawicielami central związkowych, jednak już teraz deklaruje, że żadnych ustępstw nie będzie, choć rząd dołoży starań, by reforma została wprowadzona możliwie bezboleśnie. Również Sarkozy publicznie oznajmił, że został wybrany na urząd prezydencki, by dokonać w kraju gruntownych zmian społeczno - gospodarczych i to, że jego pomysły nie zawsze są popularne, nie zatrzyma go na drodze transformacji. Dają tym samym ostateczny dowód, iż w systemie kapitalistycznym jedyną drogą do prospołecznych zmian jest masowy protest. Ci, którzy śledzili przebieg protestów z 1995 czy też tych przeciwko kontraktowi pierwszej pracy (CPE), pamiętają doskonale, jak buńczuczne było stanowisko rządu na początku walki, jak zmieniało się ono w trakcie jej intensyfikacji, jak wreszcie kapitalistyczny establishment musiał wycofywać się ze swoich pomysłów. Teraz może być tak samo, jeśli tylko ruch związkowy będzie nadal działał wspólnie, w sposób skoordynowany i z determinacją. Już teraz strajki w transporcie publicznym zdarzają się, choć na o wiele mniejszą skalę, także na francuskiej prowincji. Pierwsze oznaki poparcia widać również wśród zatrudnionych w innych sektorach usługowych. Swoją solidarność z protestującymi pracownikami transportu pokazali nauczyciele kilku paryskich szkół, 1/5 urzędników ministerstwa finansów, pracownicy France Telekom, zatrudnieni w energetyce, na poczcie, a także aktorzy teatrów w całej Francji. Jest to o wiele ostrzejszy początek protestów niż w przypadku CPE czy nawet w 1995 r.  
 
    Francuzi pokazali 18 października siłę pracowniczego buntu. Jeżeli ta mobilizacja zostanie utrzymana, rząd będzie musiał po raz kolejny ustąpić. Jedyne, co może niepokoić, to postawa kierownictwa partii lewicowych. Ich działacze nie są zbytnio zaangażowani w ruch związkowy, ulegając jakby fałszywemu przekonaniu, iż walka polityczna i walka ekonomiczna to dwie odrębne płaszczyzny. Tymczasem te dwa aspekty ruchów lewicowych są ze sobą nierozerwalnie związane. Jeżeli kierownictwo polityczne nie wskaże ruchowi związkowemu, że jedyną trwałą receptą na jego bolączki jest obalenie systemu kapitalistycznego, walki pomiędzy kapitałem a pracą mogą właściwie toczyć się, nierozstrzygnięte, w nieskończoność. Na przemian rząd będzie odbierał pracownikom należne im prawa, a następnie ustępował pod naporem nowych protestów. Tymczasem pracownicy francuscy mogliby, ze swoją imponującą świadomością klasową i solidarnością, dokonać przemian o wiele trwalszych i głębszych, gdyby na czele ich protestów stanęło równie świadome politycznie kierownictwo. To jest w tej chwili Francji najbardziej potrzebne.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing