Francja: kapitał w ofensywie, związki w kryzysie Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
10.09.2008.
 
Nicolas Sarkozy z właściwym sobie tupetem oznajmił nie tak dawno w wywiadzie, iż za najważniejsze osiągnięcie swojej prezydentury uważa dokonanie poważnej zmiany w świadomości społecznej Francuzów, polegającej na tym, że inicjowane przez centrale związkowe protesty nie spotykają się już ze spontanicznym, wielotysięcznym odzewem. Prezydent Francji przesadził wprawdzie, uznając brak masowego udziału w ostatnich protestach pracowniczych za trwałą zmianę mentalności, jak również przypisując sobie wszystkie zasługi za jej spowodowanie. Faktem pozostaje jednak to, że we francuskich związkach – jak i na całej lewicy – dzieje się źle.

Francuska lewica i ruch związkowy (bardzo blisko z nią zresztą związany) mają długą i wspaniałą historię. Dzieje ich walk, odnoszonych zwycięstw i porażek to materiał na grubą książkę. Niestety, w II połowie XX wieku o wiele więcej jest tych ostatnich. Degeneracja zarówno Partii Socjalistycznej, która najpierw zeszła na pozycje socjaldemokratyzmu, by skończyć jako „reformiści bez reform”, jak i Francuskiej Partii Komunistycznej, ślepo zapatrzonej w Związek Radziecki, a następnie głoszącej mętne tzw. hasła „eurokomunistyczne”, sprawiła, iż w minionym stuleciu francuscy pracownicy stracili co najmniej kilka dobrych szans na przeprowadzenie poważnych zmian systemowych. W miarę upływu lat jest zresztą w tej materii coraz gorzej. Walka we Francji toczy się bowiem już nie o to, kto przejmie władzę – jak bezpośrednio po II wojnie światowej czy w 1968 r. - ale o to, czy uda się uratować przed neoliberalną ofensywą najbardziej podstawowe uprawnienia pracownicze. Nie zaczęła się ona bynajmniej za czasów Sarkozy'ego. Za czasów obecnego prezydenta nabrała jedynie tempa.

Pierwszy sygnał wskazujący, jak Nicolas Sarkozy, zostawszy głową państwa ma zamiar traktować zorganizowany ruch pracowniczy, został wysłany jeszcze przed jego wyborem na prezydenta V Republiki Francuskiej. 1 maja 2007, na kilka dni przed drugą turą wyborów prezydenckich, po tradycyjnym pochodzie pracowniczym delegacja związkowców wyraziła chęć spotkania z dwójką kandydatów na najwyższy urząd w państwie. Przyjęła ją jednak tylko kandydatka socjalistów Segolene Royal. Sarkozy delegację zignorował, a całą sytuację okrasił typowym dla siebie komentarzem o konieczności demontażu francuskiego modelu socjalnego. Już w tym momencie w CGT, CFDT, FO i innych organizacjach powinna zapalić się lampka ostrzegawcza. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby poszedł za tym wyraźny sygnał protestu, gdy tylko „Sarko” wprowadził się do Pałacu Elizejskiego. Sygnału nie było; mimo ożywienia w ruchu związkowym, świadczącym o poprawnym rozpoznaniu sytuacji przez pracowników, zbiurokratyzowane kierownictwo spokojnie czekało na pierwsze uderzenie.

Czekać trzeba było zaledwie pół roku. Przy akompaniamencie groźnych pokrzykiwań prorządowych mediów i MEDEFu, francuskiego odpowiednika PKPP Lewiatan, Sarkozy zarządził odebranie prawa do wcześniejszych emerytur pracownikom transportu. Było to swoiste rozpoznanie terenu – już wtedy prezydent miał gotowy projekt dalszego ograniczania prawa do wcześniejszego zakończenia pracy zawodowej. I transport miejski aglomeracji paryskiej stanął. Kilka innych sektorów rozpoczęło protesty solidarnościowe. Francuska klasa posiadająca wyciągnęła jednak wnioski z kilku innych wcześniejszych nieudanych ataków na pracowników. Niemal natychmiast rozpoczęła się medialna nagonka, minimalizowanie protestów przy równoczesnym nagłaśnianiu o wiele mniej licznych pochodów przeciw strajkowi (ich spontaniczność jest zresztą kwestią mocno dyskusyjną). Minister pracy Xavier Bertrand oznajmił w ślad za Sarkozym, że o żadnych negocjacjach nie ma mowy, gdyż Francja dostatecznie wiele już straciła przez „rozdmuchane świadczenia socjalne”. Mimo tego metro i kolejka miejska stały dalej. Krok decydujący należał do central związkowych. Gdyby CGT lub którakolwiek inna centrala wezwała wtedy do strajku generalnego, powtórzyłaby się wiele razy znana już we Francji historia, a pracodawcy musieliby znowu się wycofać. Tymczasem kierownictwo central najpierw zaangażowało się w żenujące prośby o podjęcie rozmów z ministerstwem (cały czas atakującym pracowników), a następnie wystąpiło w samej komedii rozmów, w wyniku których strona rządowa dostała wszystko co chciała. Między innymi dlatego, że centrale cały czas nawoływały do zwinięcia strajku, gdyż podobno nie w ten sposób należy walczyć o swoje prawa. Gdyby słowa takie padły takie w kraju bez tradycji lewicowej, można by jeszcze łudzić się, że doszło do potężnej ideologicznej konfuzji. Kiedy jednak wypowiada je szefostwo związków we Francji, na usta samo ciśnie się jedno słowo – zdrada!

Konsekwencje jednego przegranego strajku mogą być dramatyczne dla całego ruchu. Nie inaczej było w tym wypadku. Transportowcy zrobili w czasie swojego protestu wszystko, co ze swojej strony mogli.  Nic dziwnego, że poniesiona w takich okolicznościach porażka podziałała na szeregowych pracowników różnych sektorów fatalnie. Odbieranie kolejnych praw związanych z odchodzeniem na wcześniejszą emeryturę odbywało się już bez tak wyraźnych mobilizacji. Równocześnie spadały słupki poparcia dla prezydenta i rządu. Pracownicy oczekiwali alternatywy – a tej znikąd nie było. Partia Socjalistyczna zajęta była nadal omawianiem przyczyn porażki w wyborach parlamentarnych, nie wnosząc do dyskusji w Zgromadzeniu Narodowym żadnych lewicowych akcentów. Podobne nastroje panowały w partii komunistycznej. Tam wprawdzie ktoś od czasu do czasu coś wspomniał o budowaniu alternatywy, ale na słowach się – po raz kolejny – kończyło. Mimo tego wybory samorządowe z marca 2008 Sarkozy i jego Unia na rzecz Ruchu Ludowego (UMP) przegrali z kretesem. 48% dla socjalistów i 9% dla komunistów to wyniki, które w omówionych wyżej okolicznościach potwierdzają jedynie to, jak bardzo pracownicy znad Sekwany, Loary i Garonny mają dość prawicowego rządu. Czy te partie wyciągnęły z tego wnioski? Skądże. Podobnie związki zawodowe.

Sarkozy zupełnie otwarcie deklarował, że po udanej walce z wcześniejszymi emeryturami jest już o krok od kolejnego celu – likwidacji 35-godzinnego tygodnia pracy. Ustawa o skróceniu czasu pracy była dumą i symbolem francuskiego ruchu pracowniczego. Tymczasem centrale, chociaż widziały, z jaką zaciekłością od wielu lat pracodawcy usiłują tę ustawę podważać lub obchodzić, znowu bezczynnie oczekiwały na atak. Wśród pracowników zapanowała dezorientacja. Można nawet zaryzykować tezę, że wobec niemal zupełnego braku odpowiedzi na propagandę rządową część z nich uwierzyła nawet, że przedłużenie czasu pracy pozwoli na wyższe zarobki, przyśpieszenie francuskiej gospodarki i ogólną poprawę dla wszystkich... W końcu hasło „pracować dłużej, by zarobić więcej” Sarkozy niestrudzenie powtarza od czasu, gdy stał się liczącą się figurą we francuskiej polityce. Tymczasem powrót do 39 godzin jest niczym innym, jak tylko wzrostem wyzysku – obniżenie liczby godzin pracy do 35 nie obniżyło we Francji poziomu produkcji! - oraz sygnałem, że francuski model socjalny, chwiejący się od wielu lat, za chwilę zostanie ostatecznie zniszczony. Do szybszego „ostatecznego rozwiązania” Sarkozy jest w końcu ustawicznie popychany przez MEDEF i inne stowarzyszenia przedsiębiorców.

24 lipca 2008 parlament francuski oficjalnie „zreformował prawo pracy”, pozwalając na wydłużanie czasu pracy w poszczególnych zakładach po konsultacji ze związkami. Konsultacje nie oznaczają przy tym wyrażenia zgody przez związek. Ustawa przeszła jedynie głosami deputowanych UMP. Lewica parlamentarna ogłosiła prawo „regresem socjalnym”, związki zawodowe zapowiadają zjednoczenie sił, by powiedzieć prezydentowi „nie”. Najwyraźniej oddolna presja zaczęła robić swoje i nawet część biurokracji pojęła, że ustawiczne ignorowanie oczekiwań dołów partyjnych nikomu jeszcze na dobre nie wyszło. Bo w to, że oto nastąpił konieczny i z dawna oczekiwany skręt w lewo, ciężko uwierzyć. Szef CGT w niedawnym wywiadzie dla „Le Monde” wyraził wprawdzie chęć współpracy z kolegami z innych organizacji związkowych w celu przeciwdziałania pomysłom prezydenta i pracodawców, ale zaledwie chwilę później oznajmił, że główną jego bolączką jest to, że strona rządowa nie chce ze związkami negocjować. Źle dzieje się ze związkami francuskimi, jeżeli do wyciągnięcia tego wniosku potrzebny był ponad rok urzędowania Sarkozy'ego. Jeszcze gorzej, jeśli organizacje te po tylu atakach na osiągnięcia wielu lat walki lewicy francuskiej zdają się po prostu kapitulować przed neoliberałami.
    
Sprawa nie jest jeszcze stracona. Ustawa parlamentarna nie przekreśla całkowicie 35-godzinnego tygodnia pracy, a potencjał francuskich pracowników w bojach o godne życie pozostaje ogromny. By jednak odpowiedzieć na kolejny atak – który przyjdzie jak wszystkie poprzednie – trzeba mobilizacji, determinacji i konsekwentnego lewicowego kierownictwa. O to ostatnie we Francji będzie chyba najtrudniej. Walczyć jednak trzeba, gdyż we Francji wiedzą dobrze, że bez walki praca nigdy nie pokona kapitału.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing