|
W/g danych GUS z końca roku 2005, ponad 60% społeczeństwa polskiego żyje poniżej tzw. minimum socjalnego, tzn. nie mają pieniędzy na odzież ani wydatki związane z kulturą lub edukacją. |
| Energetyka pod młotek "niewidzialnej ręki"? |
|
|
| Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org] | |
| 20.02.2009. | |
|
Odgadnięcie, że w warunkach zapaści światowej gospodarki rynkowej jej orędownicy zasiadający obecnie w polskim rządzie będą bronili w pierwszym rzędzie interesu przedsiębiorców, nie wymagało szczególnie długiej analizy politycznej. Wystarczyło wyciągnięcie wniosków z wcześniejszego zachowania ekipy Tuska, pełnej arogancji wobec pracowników i związków zawodowych. Ostatnie pomysły antykryzysowe polskiego rządu mogą już jednak wywoływać szczere zdumienie. W czasach, gdy praktyka wykazała pełnię absurdu haseł „niewidzialnej ręki rynku”, receptą na łatanie państwowego budżetu ma być... prywatyzacja, czyli rozszerzanie wpływów owej ręki, czy też raczej – zupełnie realnych jej przedstawicieli zwanych pracodawcami. Czy raczej – sprzedaż za marne grosze. Kwestia struktury własnościowej polskiej energetyki zaczęła kilka lat temu budzić wyjątkowo ostre kontrowersje. Stało się to w momencie, kiedy sprawdzający się od wielu lat (nie tylko zresztą w Polsce) system państwowych zakładów energetycznych zaczął być kwestionowany z punktu widzenia „jedynej słusznej” neoliberalnej opcji. W optyce jej głosicieli – jedynych dopuszczanych na szerszą skalę do głosu ekonomistów – własność państwowa oznacza jedynie straty, marnotrawstwo pieniędzy podatników i słabą jakość obsługi klienta. Do tego dochodziły argumenty czysto pragmatyczne. Prywatna firma trudniąca się dostarczaniem prądu to jeden z pewniejszych interesów na niestabilnym z natury wolnym rynku. Retorycznym jest bowiem pytanie, czy współczesne społeczeństwa mogą się bez energii elektrycznej obyć, a zatem – czy produkujący ją i przesyłający zakład może zbankrutować. Na argumenty o „podniesieniu jakości zarządzania” i inne hasła wyciągnięte ze słownika neoliberalnego propagandysty powoływał się w 1999 „lewicowy” rząd SLD. Tamta próba prywatyzacji została jednak udaremniona dzięki ujawnieniu związanego z nią gigantycznego przekrętu. Rozpisany przez rząd przetarg był tylko zasłoną dymną. Negocjacje z jego zwycięzcą, Iberdrolą z Hiszpanii, zostały storpedowane, a nowym właścicielem energetyki miał być Jan Kulczyk, oczywiście nie za darmo. Kiedy jednak światło dzienne ujrzały fakty o podobnych machinacjach związanych z wcześniejszą sprzedaży Telekomunikacji Polskiej, rządzący musieli szybko się wycofać. Cała ta historia, bardzo zresztą typowa (niemal analogiczny scenariusz rozegrał się, tym razem do końca, przy prywatyzacji energetyki w Meksyku), świetnie pokazywała motywacje ludzi, którzy bili się o prywatyzację mając usta pełne wolnorynkowych sloganów i zapewnień o ogromnych korzyściach dla wszystkich. Rząd Prawa i Sprawiedliwości wiele dobrego dla polskich pracowników nie zdziałał, za to o prywatyzowaniu energetyki mówić przestał. Wystarczyło jednak, by władza trafiła w ręce jawnych neoliberałów z PO, by to zaniedbanie zostało nadrobione. Początkowo w energetyce forsowano jedynie przekształcenia w strukturze zakładu, dzielące koncerny energetyczne na spółki, tworząc tym samym więcej stanowisk kierowniczych dla wiernych ludzi Platformy. Działania te spotkały się z ostrym protestem związkowców. Ich argumenty były jednak ośmieszane lub zupełnie ignorowane. Komunały o rzekomym lepszym zarządzaniu skutecznie wypierały z przestrzeni publicznej logiczne wskazywanie na konieczność większych nakładów na wypłaty dla zarządów dodatkowych spółek, jakie planowano utworzyć, a tym samym ryzyko utraty pieniędzy niezbędnych na konserwację potężnej energetycznej infrastruktury. Teraz jednak o tworzeniu spółek nikt już nie mówi. Platforma przestała traktować energetykę jako poligon doświadczalny, by uznać ją z kolei jako znakomity towar. Nie wysilając się tym razem na szczególnie wysublimowane uzasadnienia, minister skarbu Aleksander Grad otwarcie przyznał, że wyprzedaż polskich koncernów energetycznych – Energi, Enei i Tauronu – ma załatać dziurę budżetową. Podobno inaczej się nie da. Żeby Polska wyszła z kryzysu, musi pozbyć się za darmo – chodzi o kwotę 12 mld złotych, i to w najlepszym razie – kontroli nad ostatnim poważnym sektorem gospodarki. W tym momencie związkowcy powinni wziąć przykład z brutalnej szczerości ministra Grada i na tak sformułowany atak na energetykę odpowiedzieć równie zdecydowanie. Rządowi nie chodzi o żadne zapychanie budżetu ani tym bardziej o dobrobyt Polaków. Siłowe przepychanie prywatyzacji w momencie globalnej gospodarczej katastrofy jest najlepszym wyrazem cynizmu polskich neoliberałów i bezwzględnej chęci wzbogacenia się kosztem pracowników. Polska metoda walki z kryzysem jest bowiem bezprecedensowa w skali światowej – rządy, które próbowały podejmować kroki zapobiegające jego dramatycznym skutkom stawiały bez wyjątku na rozwijanie sektora państwowego, zmniejszanie bezrobocia poprzez angażowanie ludzi do prac publicznych i niedopuszczanie do narastania gniewu społecznego. Miało to swoją niezaprzeczalną logikę – z jednej strony utrzymywało przy życiu padającą kapitalistyczną ekonomikę, z drugiej – kanalizowało niezadowolenie pracowników z istniejącej sytuacji zanim ci zdążyli na dobre zacząć zastanawiać się nad ewentualną gospodarczą alternatywą. Polska „elita” wielokrotnie już jednak pokazywała, że nie stać jej na tego rodzaju rozwiązania. Polscy właściciele pragną bogacić się za wszelką cenę i bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Dlatego najpierw realizująca ich interesy partia Kaczyńskich zdecydowała o obniżce podatków dla najbardziej zamożnych, a następnie jeszcze bardziej oddana kapitałowi PO cynicznie wykorzystuje dramatyczne wydarzenia na świecie, by zrealizować resztę uwłaszczeniowego planu. 12 mld dochodu z wyprzedaży nie załata budżetu w sytuacji, kiedy kolejne rządy lekką ręką wyrzuciły kilka razy większe sumy znosząc opodatkowanie najbogatszych i przedsiębiorstw, sprzedając dobrze działające zakłady pracy lub rujnując całe gałęzie przemysłu. Resztki ewentualnych wątpliwości odbiera fakt, że w czasie, kiedy kryzys zaczął już szaleć, polscy parlamentarzyści z PO przegłosowali… podwyżkę swoich uposażeń. Co stanie się w energetyce po prywatyzacji? Na podstawie losu innych sprzedanych zakładów można z dużym prawdopodobieństwem prognozować program tzw. dobrowolnych odejść, następnie zwolnienia grupowe, ostre cięcia wydatków, a co za tym idzie – obniżkę płac i spadek nakładów na konserwację infrastruktury. Będzie drożej i gorzej, Skarb Państwa straci kolejne poważne źródło dochodów, a pracownicy energetyki, do tej pory będący w zupełnie przyzwoitej na tle innych firm sytuacji mają wszelkie szanse dołączyć do grona stałych gości Urzędów Pracy lub też szukających szczęścia za granicą. O ile kraje unijne nadal będą tak chętnie przyjmować polskich emigrantów. Co z tymi, którzy pracy nie stracą? Dla nich nowy pracodawca też zapewne ma ofertę nie do odrzucenia w postaci bardziej elastycznych godzin pracy lub też innych „środków antykryzysowych”, jakie do tego czasu zdążą jeszcze, oczywiście w trosce o cały kraj, przepchnąć pracodawcy. Jest na to jedna odpowiedź – zorganizowany, zdeterminowany, aktywny ruch pracowniczy i jego tradycyjne metody walki: zrzeszanie się w związkach zawodowych, tworzenie mediów pracowniczych, protesty, a jeśli to nie wystarczy - strajki. Jeśli zatrudnieni nie przyjdą do pracy, żadna niewidzialna ręka rynku nie poruszy porzuconych maszyn ani nie stworzy z niczego oczekiwanych usług. Bez dobrze opłacanych, żyjących w godnych warunkach pracowników żadna gospodarka nie da rady. Warto przypomnieć polskim liberałom o tym fakcie i z jego świadomością walczyć o swoje! Jeśli teraz nie powstrzyma się przedsiębiorców, wyzysk na dobre stanie w Polsce na porządku dziennym. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |