Portal socjalizm.org to lewicowe spojrzenie na dzisiejszą rzeczywistość. Wbrew powszechnie lansowanemu poglądowi uważamy, że lewicowa myśl polityczna nie tylko ma rację bytu, ale znajduje jeszcze większe zastosowanie niż kiedykolwiek wcześniej.


najnowsze teksty

Los Ekwadoru w rękach pracowników! Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
06.05.2007.

15 kwietnia społeczeństwo Ekwadoru w ogólnokrajowym referendum na rzecz zwołania Zgromadzenia Konstytucyjnego udzieliło swojego jednoznacznego poparcia działaniu prezydenta Rafaela Correi, kolejnego przywódcy latynoamerykańskiemu, który opowiedział się przeciwko opartemu na wyzysku systemowi społecznemu. 81% głosów za zwołaniem Zgromadzenia to istotny krok w procesie przemian politycznych, których areną Ekwador jest od ponad dziesięciu lat.

Od 1996 r. żaden z tamtejszych prezydentów nie dokończył swojej kadencji. Losy kolejnych czterech głów państwa są do siebie bliźniaczo podobne. Każdy z nich wybierany był głosami pracowników dzięki głoszeniu wybitnie prospołecznego programu. Każdy z nich porzucał następnie swoich wyborców i realizował dokładne przeciwieństwo obietnic z kampanii. W rezultacie każdy z nich obalany był przez powszechną mobilizację - strajk generalny czy nawet ogólnonarodowe powstanie. Zorganizowani w związkach zawodowych pracownicy nie wahali się upomnieć o swoje prawa. Uderzającą cechą wydarzeń w Ekwadorze jest również determinacja mas ludowych. Chociaż trzech kolejnych prezydentów kraju - Abdalah Buccaram, Jamil Mahuad, a przede wszystkim Lucio Gutierrez, obrany na swój urząd w glorii pracowniczego bohatera za swój udział w poprzedniej fali protestów - zawiodło pokładane w nich nadzieje, Ekwadorczyków nie ogarniało zniechęcenie. Ich wiara, że wspólne zdecydowane działanie może coś zmienić, nie słabła. Nadal byli zdolni do zmobilizowania się, choć codziennie słyszeli w oficjalnej prasie, że nic lepszego od kapitalizmu i tak nie można zbudować. Niemały wpływ na taką pewność miał przykład niedalekiej Wenezueli, gdzie kierunek zmian społecznych jest w ogromnej mierze wskazywany przez samych pracowników, a odwrócenie się od gospodarki na modłę amerykańską przyczyniło się do spadku bezrobocia, podwyższenia się jakości opieki medycznej i edukacji oraz pozwoliło spożytkować bogactwa naturalne kraju na potrzeby jego samego, a nie dla zysku zagranicznych koncernów.

W 2006 r. kolejny wybuch społecznego niezadowolenia uczynił prezydentem Rafaela Correę, dawnego ministra finansów w proliberalnym rządzie Alfreda Palaciosa. Correa, który opuścił swoje stanowisko na znak protestu wobec polityki ekonomicznej gabinetu, pokonał Alvaro Noboę, potężnego plantatora bananów i najbogatszego Ekwadorczyka (notabene, startującego nie po raz pierwszy i po raz kolejny bez cienia zażenowania posługującego się pseudolewicową retoryką). Ich starcie w drugiej turze wymownie symbolizowało prawdziwe znaczenie tych wyborów. Szło o więcej, niż kilkuletnią kadencję - stawką głosowania był kierunek dalszych przemian w Ekwadorze. Correa jasno deklarował, że nie ma zamiaru - w odróżnieniu od swoich poprzedników - podpisywać z USA traktatu o wolnym handlu ani wyrazić zgody na budowę amerykańskiej bazy wojskowej na terenie kraju. Od początku mówił też o zwołaniu Zgromadzenia Konstytucyjnego i przygotowaniu projektu nowej ustawy zasadniczej, która miałaby podłożyć podwaliny pod gruntowną zmianę sytuacji społecznej Ekwadoru. O tym, jak bardzo jest ona niesprawiedliwa, świadczy chociażby kilka statystyk: 3 miliony hektarów ziemi jest w rękach 173 posiadaczy, którzy kontrolują również większość krajowych zasobów wody. Równocześnie 17 największych spółek ekonomicznych jest w posiadaniu 563 zakładów pracy, co przynosi im roczny zysk w wysokości pięciu bilionów dolarów. Natomiast udział tej grupy w ogólnej sumie podatków wynosi ... 6%. Tymczasem blisko 70% Ekwadorczyków żyje poniżej granicy ubóstwa, a ponad dwa miliony były w ostatnich latach faktycznie zmuszone do emigracji zarobkowej, gdyż w kraju dosłownie nie mieli za co żyć.

Program prezydenta Ekwadoru jest daleki od radykalizmu, o jaki się go posądza, nie jest też tak daleko posunięty jak plany wenezuelskiego przywódcy Hugo Chaveza. Jednak nawet to konieczne minimum społecznych przemian, jakie głosi Correa, wywołało ostry sprzeciw w kręgach kapitalistycznych. Oczywiście prezydent dołączył - po Fidelu Castro, Hugo Chavezie i Evo Moralesie - do neoliberalnego katalogu kandydatów na krwawych dyktatorów. Przez ekwadorskie media powiązane z miejscową oligarchią jest przedstawiany jako fanatyk dążący do zamiany swojego kraju w totalitarne państwo terroru. Każdy, kto pamięta próbę zamachu stanu w Wenezueli, może podejrzewać, że i w tym przypadku na werbalnej propagandzie się nie skończy. Dwie setki posiadaczy ziemskich, bankierów i plantatorów bananów zbyt dobrze zdają sobie sprawę z tego, jak wiele mogą stracić, jeśli postulaty mas ludowych zostaną zrealizowane. Ich respekt dla demokracji nie jest tak wielki, by nie torpedować prospołecznych reform Correi, nawet jeśli nie planuje on (jeszcze?) bezpośredniego wywłaszczenia posiadaczy i przekazania zakładów pracy pod pracowniczą kontrolę.
 
Zwołanie Zgromadzenia Konstytucyjnego nie jest celem, ale środkiem na drodze do zniesienia systemu opartego na eksploatacji i ślepym dążeniu do zysku. W tej chwili od pracowników Ekwadoru zależy, czy uda się ten niełatwy cel zrealizować. Równocześnie ich dotychczasowa postawa może być - mimo wszystkich czekających trudności - powodem do optymizmu i wzorem dla pracowników innych krajów, w tym Polski. Ekwadorczycy pokazali w czasie poprzednich powstań i niedawnego referendum, że wiedzą, co jest ich krajowi potrzebne i będą o to walczyli, choć zdają sobie również sprawę z gigantycznego oporu, jaki najprawdopodobniej napotkają. Zdradzani przez kolejnych prezydentów, nie tracą wiary we własne siły. Taka postawa powinna pojawić się również wśród pracowników polskich. Rezygnacja z udziału w wyborach, czy też ogólne wycofanie z życia społecznego, choć w pewnym sensie zrozumiałe, niczego nie zmienią. O każde ustępstwo ze strony panującego systemu trzeba walczyć. Trzeba - i warto. Przykład Ameryki Łacińskiej dobitnie o tym zaświadcza.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing