Czym jest marksizm? Drukuj Email
Napisał(a): socjalizm.org   
29.10.2006.

Minęły ponad cztery lata od uruchomienia serwisu socjalizm.org. W tym czasie jego redakcja nie tylko powiększyła się, ale także sami redaktorzy nauczyli się bardzo wiele. Jedną z podstawowych dróg, dzięki których osiągnęliśmy to wszystko, z czym możecie się zapoznać teraz była i nadal pozostaje korespondencja z czytelnikami. Od samego początku istnienia serwisu odegrała ona, rzec by można, kluczową rolę w naszym rozwoju ideowym. To bowiem Wy, nasi Czytelnicy, zadajecie nam konkretne pytania, które wymagają jasnych i rzeczowych odpowiedzi. Dyskusja z Wami jest równie pouczająca, jak lektura mądrych i grubych książek czy dyskusja w samej redakcji. Bez Was nie bylibyśmy takim zespołem redakcyjnym, jakim jesteśmy teraz.

Jednym z pierwszych listów, jakie otrzymaliśmy, był e-mail od Łukasza, podpisującego się wdzięcznym pseudonimem „Kot Behemot”. W mailu tym przedstawiał on nam swoją ewolucję polityczną, prosząc o wyjaśnienie podstawowych pojęć, związanych z ideami socjalizmu. To ten właśnie list stał się dla nas bodźcem do skonstruowania wyczerpującej odpowiedzi na różne zagadnienia poruszane przez Łukasza. To właśnie dzięki niemu nauczyliśmy się bodajże najwięcej. Zmobilizował on nas do dyskusji, do sięgnięcia po literaturę i do jeszcze lepszego zrozumienia tego, o co walczymy.

Oczywiście świat nie stoi w miejscu, tak też jest i z naszymi poglądami. Patrząc z perspektywy ponad czterech lat dostrzegamy, iż w tym czy w tamtym miejscu naszej odpowiedzi pojawiają się pewne nieścisłości, bądź też pewne kwestie, które można było wytłumaczyć lepiej i przystępniej. Niemniej całość analizy i toku rozumowania pozostaje dalej aktualna, może nawet bardziej niż kiedykolwiek.


Redakcja, sierpień 2006

Odpowiedź na list czytelnika serwisu socjalizm.org

Rozpoczynasz swój list od prośby o wyjaśnienie podstawowych pojęć, związanych z zagadnieniem marksizmu i komunizmu. Otóż wydaje nam się, że najbardziej rozsądna byłaby próba zdefiniowania tych właśnie dwóch pojęć na samym początku. Masz racje: stawiamy na cierpliwe wyjaśnianie i dyskusje – tym różnimy się od wszelkiej maści pieniaczy, dogmatyków i innych wariatów, którzy widząc Twój list zaczęliby cytować wielkie dzieła bądź wzywać Cię do natychmiastowego przyłączenia się do "robotniczej partii antykapitalistycznej", w której nie ma żadnego robotnika, a jedynym zajęciem jej członków jest rozprawianie nad filozoficznymi dylematami, albo natrętna sprzedaż nędznych broszurek, które oni nazywają "rewolucyjną prasą". Zacznijmy zatem od terminu "marksizm". Marksizm (bądź też socjalizm naukowy – to synonimy) to szeroki zbiór: z jednej strony myśli społeczno-politycznej, nauki ekonomicznej, a z drugiej strony trendu filozoficznego.

CZĘŚĆ 1 - PODSTAWOWE POJĘCIA LEWICOWEJ MYŚLI POLITYCZNEJ

Swoistym kluczem do zrozumienia aspektu społeczno-politycznego marksizmu jest teoria podziału klasowego i walki klas. Wiemy, że brzmi to w tej chwili nieco górnolotnie, ale Marksizm jako taki jest w końcu swego rodzaju dyscypliną naukową i posiada swoje własne zasoby leksykalne i terminologiczne. Sęk w tym, by używać ich w sposób rozsądny i zrozumiały. Sytuacja bowiem wygląda tak, że każde społeczeństwo - zarówno w skali krajowej, jak i globalnej - charakteryzuje się podziałem. Podział ten jest dostrzegalny i zauważalny praktycznie przez każdego. Przyznasz, że nie trzeba być szczególnie wnikliwym obserwatorem, aby dostrzec ogromne rozwarstwienie. Na pewno czytałeś już o tym trochę, wertując wspomniany przez Ciebie artykuł Zbyszka Kowalewskiego (naszego dobrego kolegi). Jeżeli jednak odczuwasz pewien niedosyt statystyk, to zachęcamy do odwiedzin stroniczki http://www.newyouth.com/interestingstats.asp (zresztą też nasi dobrzy koledzy, hehe :)). Wróćmy jednak do tematu. Tenże istniejący podział na wąską grupę ludzi nabijających sobie kabzę, okradając całą resztę z wypracowanych przez tenże resztę dóbr i usług, a co za tym idzie - pieniędzy (pieniądze obok ziemi i pracy są podstawowymi dobrami kapitałowymi). Zobrazujmy to w możliwie najprostszy sposób. Jest sobie przedsiębiorstwo, ma ono szefa i tenże jest jego właścicielem. Szef - nazwijmy go Władysław Smród - zatrudnia 50 pracowników. Jednym z nich niech będzie nasz bohater - Stanisław Stachanowiec. Stasiek pracuje zgodnie z umową 8 godzin dziennie. Załóżmy, ze dzięki 8-godzinnej pracy Staśka wytworzone zostaje 10 jednostek jakiegoś dobra (niech to będą torby naramienne), wartych każda po 10 ugrików mongolskich. Po miesiącu (uwzględniwszy weekendy) Stasiek wyprodukował 200 toreb naramiennych. Przy minimalnej znajomości matematyki ewidentnie widać, że Stasiek wyharował 2000 ugrików mongolskich. Za wykonaną pracę należą mu się takie właśnie pieniądze (oczywiście należy uwzględnić koszty inwestycji, koszty amortyzacji etc. ale na razie bazujemy na uproszczonym schemacie). Tu jednak wkracza Smród i mówi tak: "Słuchaj, to ja zabieram Ci te 2000 ugrików mongolskich, bo to moja firma, a za to że u mnie pracowałeś dam Ci 100, no może 150". Tym sposobem Stach został zrobiony w balona. Wyprodukował toreb naramiennych za 2000 ugrików, a dostał tylko 100 (bo szef nie był w dobrym nastroju...). Władzio Smród za to nie wyprodukował w zasadzie niczego, a zgarnął do kieszeni $zmal, który wpłynął do przedsiębiorstwa dzięki pracy Stacha. Najprościej, najogólniej i najbardziej generalnie mówiąc na tym mniej więcej polega cała zabawa w ekonomię kapitalistyczną. Otóż Stach jest tu reprezentantem tych, dzięki pracy których Władysław jest bogaty. W teorii lewicowej myśli politycznej Stach będzie reprezentantem klasy pracowniczej (jak kto woli - robotniczej). Władysław Smród jest natomiast personifikacją kolesi, których zysk opiera się na czyjejś innej pracy. Marksiści takich jak Władek nazywają w dwojaki sposób (ze względu na dwojakość ich natury). Z jednej strony Smród będzie przedstawicielem klasy rządzącej (no bo kto ma kasę, ten rządzi), a z drugiej strony - ze względu na jego stan majątkowy i status społeczny - nazwiemy go odpowiednio kapitalistą i burżujem. Powyższy schemat jest zapewne bardzo plastyczny, acz niezwykle uproszczony i zawiera sporo istotnych pominięć, których waga ujawni się gdy analizować będziemy mechanizmy ekonomiczne, które stwarzają podział klasowy. Głównym terminem ekonomicznym najczęściej przewijającym się przez dzieła klasyków Marksizmu to pojęcie wartości dodatkowej. Aby jego znaczenie Ci przybliżyć, użyjemy tego samego schematu, wzbogacając go o nowe elementy.

I tak oto Stach produkuje swoje torby naramienne, ale przecież w nowoczesnym przedsiębiorstwie to nie jest tak, że ma Stasiek swój stół, swoją igłę, nitkę i kawał materiału i szyje torbę za torbą. Stasiek jest jednym z elementów całego łańcucha produkcji. Powiedzmy, że Stasiek wszywa torbom jedynie zamki. Jeżeli każda wyprodukowana torba warta jest 10 UM to przyjmijmy, ze proces produkcyjny jednej takiej torby rozkłada się na 5 osób. W całym smrodowym przedsiębiorstwie pracuje zatem 10 zespołów (bo zatrudnia 50 robotników), które wspólnie wyszykowują produkt. Dajmy na to, że Stach pracuje w jednym zespole z Heńkiem, Mietkiem, Zdzichem i Krychą. Dopiero oni w piątkę dają gotowy produkt, wart 10 ugrików. Zatem w ciągu 1 miesiąca to oni w piątkę wypracowują de facto te 2000 UM przypisywanych wcześniej tylko Staśkowi. Każdy z nich wypracował zatem po 400UM. Jednakże funkcjonowanie przedsiębiorstwa pochłania pewne koszty. Inwestycje, amortyzacja (zużycie sprzętu), reklama i ewentualne inne, nadzwyczajne wydatki. Tak wiec część wypracowanych pieniędzy trzeba przeznaczyć na takie cele. Załóżmy, że firma chce być nowoczesna i przeznacza aż 20% wypracowanego kapitału na tego typu wydatki. Od tych 400 ugrików należałoby odjąć 80UM, zostaje więc 320 ugrików dla każdego pracownika w zespole. Tymczasem, jak już powiedzieliśmy, Stachu dostał tylko 100UM, podobnie jak i jego koledzy i przemiła koleżanka Krycha. Resztę zakasował szef-Smród. Jeśli szef-Smród na każdym z robotników zarobił 220UM, to na 50 zarobił 11000UM. Całkiem sporo kasy! Właśnie te 11000 ukradzione w zasadzie robotnikom (bo przecież do jasnej cholery to oni wypracowali te pieniądze!) przez nicnierobiącego Smroda nazywane są "wartością dodatkową". Za pomocą tego właśnie instrumentu i tego mechanizmu klasa rządząca rządzi i zbija kasę, a klasa pracownicza jest okradana z wyprodukowanych przez siebie dóbr.

Realia w firmie Stacha nie są jednak szczególnie przyjazne. Często bywa, że region w którym umiejscowiona jest firma Smroda nawiedza kryzys. Kryzys jest nieodłącznym i nieodzownym elementem wolnorynkowej gospodarki i jest wyrazem braku koniunktury, który zawsze następuje po okresie ogólnego wzrostu gospodarczego. Ale o tym może kiedy indziej. W obliczu kryzysu Smród zaczyna się denerwować. Myśli sobie tak: "cholera, nie zarobię tyle ile bym chciał, bo mi zdewaluowali ugrika, a poza tym i tak nikt nie ma pieniędzy, żeby kupować torby. Skoro tak, to muszę zmniejszyć koszty produkcji, aby torby mogły potanieć. Na maszynach obciąć nie mogę, materiał też muszę kupić, ale zaraz, zaraz - przecież mogę zwolnić Mietka, a niech reszta sobie trochę więcej popracuje, płacić im będę przecież tyle samo bo muszę koszty produkcji jakoś zmniejszyć. Poza tym i tak niech nie podskakują bo bezrobocie duże." Smród wylał Mietka, Mietek nie znalazł pracy bo bezrobocie szaleje, żona od dawna na zasiłku, a dzieciom jedzenie kupić trzeba. I tak oto pewnego dnia do drzwi Mietka zapukał komornik. Mietek dostaje szału i ledwo wiąże koniec z końcem. Niewiele lepiej mają jego koledzy z fabryki. Przypomnijmy, że w umowie wszyscy mają po 8 godzin, a teraz żeby się narobić za Mietka muszą pracować co najmniej 10, bo zakłócony jest cały proces produkcyjny. Poza tym ceny idą w górę (wiadomo, kryzys), a płace jakoś nie... Krycha, Stachu, Heniek i Zdzicho zaczynają mieć powoli tego wszystkiego dosyć, bo to zwyczajnie męczy człowieka. Chodzili do szefa, prosili żeby coś zrobił, ale ten najwyraźniej ma ich gdzieś. Mówi, że nie ma pieniędzy i czasy trudne, ale jemu na cygarka i drogie koniaki zawsze starcza. To jeszcze bardziej bulwersuje naszą czwórkę. Pewnego dnia okazuje się, że nie tylko ta czwórka, ale i pozostali pracownicy zakładu są cholernie niezadowoleni i nie dają już sobie rady. Dochodzą powoli do wniosku, że samodzielnie niewiele zdziałają (chodzili przecież do szefa i nic z tego nie było). łączą się wtedy. Organizacje, które łączą pracowników w walce o ich prawa to związki zawodowe. I tak oto Stach z Krychą, Heńkiem i Zdzichem przywędrowali kiedyś na ulicę Kopernika, weszli do budynku OPZZ, wjechali windą na 2 piętro, odnaleźli pokój 212, a w nim kilku etatowych pracowników związku zawodowego Konfederacja Pracy, oraz kilku działaczy związkowych - między innymi nas. :) Nasza czwórka zostaje natychmiast obsłużona i w ten oto sposób powstaje organizacja związkowa w zakładzie Smroda. Przyłączają się do niej szybko prawie wszyscy pracownicy. Smród dostaje szału bo wie, że organizacja związkowa może dużo więcej niż samotny robotnik. Smrodowi zwaliły się zaraz na głowę Państwowa Inspekcja Pracy i inne tego typu instytucje, a w kilka tygodni później w wydziale III Warszawskiego Sądu Rejonowego (Sąd Pracy), wylądował pozew przeciwko Smrodowi. Najważniejszy jego element dotyczył łamania przez pracodawcę warunków umowy, zawartej z pracownikiem. I tak się pracownicy wożą ze swoim szefem: raz wygrają, raz przegrają, raz na wozie, raz pod wozem.... i tak w kółko. To zjawisko Marksiści nazywają walką klas. I nie chodzi tutaj wcale o to, że Stach rzuca się na Smroda z nożem, a ten ripostuje z basebolla. Walka klas oznacza ścieranie się sprzecznych interesów dwóch klas: pracowniczej i kapitalistycznej. Można też pojęcie to zredukować do walki o wartość dodatkową między robotnikami a kapitalistami.

Po latach takiej przepychanki impulsem dla robotników staje się często jakaś sytuacja kryzysowa. Może acz nie musi, poza tym historia pełna jest przykładów wystąpień robotniczych w czasach prosperity. Znowu zwolnienia, podwyżki cen, obniżki płac i w ogóle syf. Wtedy zaczynają z wolna dochodzić do wniosku, że nawet mimo uzwiązkowienia taką zabawą w kotka i myszkę wiele się nie zdziała; tym bardziej, że opezetzetowska biurokracja w postaci Manickiego, Kaczmarka i Łepika blokuje co radykalniejsze działania związkowe. Wtedy pracownicy Smroda dochodzą powoli do wniosku, że sami muszą coś zrobić w tej sprawie. Okazuje się oto, że szef jest w zasadzie niezbyt potrzebny – nie dość, że obsmycza ich z pieniędzy to jeszcze sam rozbija się najnowszym Volvo. W końcu świat się nie zawali jak nie będzie szefa, a pracownicy sami mogą zarządzać zakładem w sposób demokratyczny i uczciwy. Ten proces przeobrażeń wewnętrznych w robotnikach nazywa się wzrostem świadomości klasowej. Nie jest on oczywiście tak prosty, jak w przedstawionym tutaj przykładzie, ale z konieczności musimy ograniczyć się do pewnych schematów. Ci ludzie powoli zaczynają zdawać sobie sprawę o co chodzi w tym biznesie i w kogo trzeba nawalać, żeby było lepiej. Takie swoiste świadomościowe wyzwolenie jest pierwszym krokiem w kierunku rewolucji, która - przy odpowiednich okolicznościach (o których zaraz) - może przekształcić się w rewolucję socjalistyczną. Z takim właśnie stanem mamy do czynienia w Argentynie. Wielu robotników już uświadomiło sobie, że sami mogą kontrolować fabryki poprzez tzw. "comités de fábrica" (Komitety Zakładowe). żeby nie być gołosłownym, powiedzmy że np. robotnicy z fabryki Brukman w Buenos Aires i Zamona w Nequem już w tej chwili kontrolują ich miejsca pracy w sposób demokratyczny. Rozwój procesów rewolucyjnych będziemy wyjaśniać na przykładzie Argentyny, gdyż jest to przykład nieomalże modelowy. Ludzie zrobili pierwszy krok - wyszli na ulicę i zaczęli domagać się zmian. Jednak nikt do końca nie wie jakich zmian potrzeba Argentynie. Instynktownie w tzw. Asambleas Populares (Zgromadzenia Ludowe) wysuwa się takie żądania jak nacjonalizacja fabryk pod kontrolą robotniczą, czy obalenia rządu Duhalde i przekazanie władzy w ręce Asambleas Populares - najbardziej reprezentatywnych i demokratycznych organów władzy. Te zadania, aczkolwiek słuszne w 100%, same się nie zrealizują. Poza tym nie wszyscy Argentyńczycy na tym etapie rozwoju wypadków są przekonani o ich słuszności. Na przykład wielu związkowców z dwóch największych central związkowych jeszcze takich wniosków z zaistniałych wypadków nie wyciągnęło i wciąż ufają peronistowskiej wierchuszce, która oczywiście nie ma zamiaru (jak każda biurokracja związkowa) zrobić czegoś naprawdę pożytecznego dla pracowników.

I w tym momencie dochodzimy do roli partii marksistowskiej. Co w takim wypadku robią Marksiści? Po pierwsze - powiedzmy szczerze - zbudować partię nie jest łatwo. Nie można pstryknąć palcami i w czasie trwania rewolucji w pięć minut stworzyć masowej organizacji. Pracę zaczyna się na wiele lat wcześniej, gdy - pozornie - nic nie wskazuje na to, aby system chwiał się w posadach. Partia taka musi przede wszystkim rozumieć realia, w których przyszło jej pracować. To jest podstawa! Dalej. Organizacja taka musi mieć spójny plan i taktyki działania oraz pewne perspektywy rozwoju sytuacji zarówno w skali krajowej/regionalnej, jak i światowej. Cóż skrywa się pod słowami "plan i taktyki działania"? Patrząc z punktu widzenia członków partii można powiedzieć w ten sposób: "my już wiemy, że kapitalizm jest zły, że chcielibyśmy socjalizmu itd. itp. Ale miliony robotników jeszcze o tym nie wiedzą. A to przecież oni mają ten system obalić. Dlatego też musimy za wszelką cenę dotrzeć z naszymi ideami do robotników". Jak to zrobić? To bardzo trudne pytanie, szczególnie w polskich realiach! Jednak podstawową zasadą powinno być to, że rewolucjoniści są tam, gdzie są pracownicy. Związki zawodowe to główne pole do popisu dla marksistów. Tam bowiem (oprócz biurokratów) siedzą kolesie, którzy zrozumieli już pewne podstawowe sprawy w stylu - "system nas kopie, dlatego trzeba wspólnie w niego nawalać". Marksiści muszą spróbować tych robotników przekonać o słuszności swoich poglądów. Jednak żaden związkowiec nie będzie słuchał kolesi, którzy przyjdą z sierpem i młotem i wcisną mu ulotkę, oraz karzą kupić gazetkę. Będzie natomiast słuchał takich, którzy przyjdą do jego związku, pomogą mu jak będzie z szefem się spierać i poradzą mu jak to robić, żeby wygrać. Wtedy są szanse, że taki Stasiek-związkowiec pomyśli sobie: "cholera, skoro mieli rację i dobrze mi doradzili, jak miałem na pieńku ze Smrodem, to czemu mają nie mieć racji, jak mówią o socjalistycznych przekształceniach w społeczeństwie. A właściwie to dlaczegóżby nie ponawalać w system razem z nimi?" I w ten oto sposób partia marksistowska wzbogaca się o Staśka i rośnie w siłę. Oczywiście jest to bardzo uproszczony schemat.

Wróćmy jednak do Argentyny. Tragedią tego kraju jest fakt, iż partii takiej tam nie ma. Marksizm znajduje bardzo słabe echo w ruchu związkowym i w ogóle wśród pracowników. Tzn. inaczej - ludzie chcą rozwiązań czysto marksistowskich ich problemów (to pokazują demokratyczne głosowania w Asambleas Populares), ale nie wiedzą o tym, że to czego chcą się nazywa socjalizm. Niestety nie ma w Argentynie żadnej organizacji, która miałaby korzenie w związkach zawodowych i jakikolwiek wpływ na robotników, która zdołałaby swoim autorytetem i cierpliwym wyjaśnianiem (dlatego właśnie jest ono takie ważne!) przekonać większość społeczeństwa o słuszności wprowadzenia socjalistycznej transformacji. Gdyby taka siła istniała w Argentynie, to stałby ten kraj w przededniu rewolucji socjalistycznej. Natomiast sukces takiej rewolucji w Argentynie, spowodowałby natychmiastową reakcję robotników w Brazylii, Wenezueli, Kolumbii, Urugwaju, Peru, Paragwaju i innych państwa Ameryki Łacińskiej. Interwencja USA byłaby także niemożliwa, ponieważ uniemożliwiliby ją amerykańscy pracownicy (vide Wietnam), którzy – prędzej czy później – też muszą wkroczyć na drogę rewolucyjną. Nawet gdyby Amerykanie poważyli się zorganizować jakiś zamach stanu, to – przy ogromnym poparciu ludności, jakim niewątpliwie cieszyłby się Rząd Robotniczy – poniósłby on sromotną klęskę tak, jak stało się to w Wenezueli.

Ufff, napracowaliśmy się trochę, ale chyba trochę rozjaśniliśmy Ci parę pojęć. Załatwiliśmy oto takie terminy jak: klasy i ich walka, wartość dodatkowa, rewolucja, partia itd. itp. Przyznajemy, że przedstawiliśmy wszystko to w sposób nieco uproszczony, ale nie mieliśmy wyjścia... W końcu książki całe na ten temat napisano. W tej chwili dochodzimy tak naprawdę do sedna całej sprawy. Jak bowiem sobie przypominasz, chcieliśmy na samym początku listu, zdefiniować socjalizm. Oto po tych wszystkich wyjaśnieniach spróbujemy to zrobić w sposób przejrzysty i zrozumiały.

CZĘŚĆ 2 - EKONOMICZNE PODSTAWY SOCJALIZMU

Załóżmy, że robotnicy w Argentynie jakimś cudem rozpoczną "socjalistyczne przekształcenia społeczeństwa". Cóż to będzie oznaczało w praktyce? Po pierwsze: znikną wałki typu Smroda i jemu podobnych. Oczywiście nie oznacza to, że wpędzimy ich wszystkich do komór gazowych! Oznacza to tylko tyle, że będą musieli oddać nam fabryki i maszyny (czyli - używając terminologii marksistowskiej - "środki produkcji"). Zależy to tylko i wyłącznie od nich samych czy zrobią to dobrowolnie, czy też nie. Jeśli nie, trzeba będzie ich niestety do tego w ten czy inny sposób skłonić... Przejdźmy jednak etap wstępnych trudności i załóżmy, że już Smrody fabrykami nie rządzą. Rządzą nimi natomiast Komitety Zakładowe. Spośród nich z kolei wybiera się Rady Pracownicze jakiegoś regionu. Spośród tych rad wybiera się rady jakieś tam i jakieś tam, aż do poziomu ogólnoświatowego. Te organy działają w sposób demokratyczny, inaczej nic z tego nie wyjdzie! Zgromadzeni w nich robotnicy i nie tylko (albowiem w Radach są nie tylko robotnicy, ale i inne zainteresowane grupy społeczne, takie jak drobni sklepikarze, gospodynie domowe, właściciele knajpek oraz zwolniony Mietek itd. itp.) decydują na przykład co, jak i gdzie będzie produkowane (ale nie tylko, bo będą one na przykład sprawować patronat nad kulturą, czy ochraniać środowisko). W ten sposób wszystkie zasoby świata znajdują się nie pod kontrolą kilku Gatesów, Smrodów i im podobnych z korporacji międzynarodowych, ale pod demokratycznym zarządem większości społeczeństw. Można wtedy skończyć z wyniszczającą konkurencją i innymi idiotyzmami wolnego rynku. Wprowadzamy wtedy przedyskutowany demokratycznie plan ekonomiczny, który ma służyć nie powiększeniu zysków szefów multinacjonałów, ale polepszeniu standardów życiowych większości społeczeństwa. To jest ekonomiczna baza socjalizmu.

Demokratyczny plan gospodarczy nie polega - jak to się wydaje liberałom i kapitalistom - na tym, że Komitet Centralny PZPR mówi na którym metrze drogi w Zgorzale Śląskiej ustawiony zostanie znak zakazu zatrzymywania się. Demokratyczny Plan Gospodarczy dotyczy kwestii ekonomicznych, a tym samym społecznych. Najwygodniej będzie nam to wytłumaczyć na jakimś przykładzie. Skoro eksploatujemy już Stacha, Mietka (bo oczywiście znowu jest on w robocie) i resztę, to może niech i teraz nam posłużą za pewien uproszczony schemat. .Oto bowiem pojawia się w pewnym momencie określone zapotrzebowanie na torby naramienne. Oczywiście to zapotrzebowanie wyznaczane jest poprzez podstawowy czynnik ekonomiczny - czynnik popytu. Wbrew pozorom tenże czynnik nie odgrywa w kapitalizmie aż takiej roli, jaką mu się przypisuje, ale do tego za chwilę wrócimy. Oczywiście podobnych zakładów pracy, jak ten Mietkowo-Staśkowy jest wiele, a torby naramienne nie są najbardziej istotnym produktem, decydującym o dobrobycie rodzaju ludzkiego, w związku z czym plan odnośnie produkcji tego zakładu będzie miał charakter regionalny. Załóżmy zatem, że fabryka ta mieści się w okolicach Warszawy. W tychże okolicach znajduje się dużo osób, które wyrażają zapotrzebowanie na tego typu akcesoria. Przyjmijmy także, że w promieniu 200 kilometrów nie ma drugiego takiego zakładu. Przez pewne Komitety Zakładowe, ewentualnie jakieś inne organy, zgłoszone zostanie zapotrzebowanie na daną ilość toreb naramiennych, dajmy na to że wiadomo iż w przyszłym roku potrzebne będzie 10,000 torebek. Wiadomo, że zbyt na te 10,000 jest gwarantowany, gdyż w drodze demokratycznego planu powstało swoiste zamówienie. Niemniej uwzględnić należy również fakt, iż każdy musi mieć możliwość (przynajmniej potencjalną) zaopatrzenia się w torebeczki produkowane przez Staśka i Miecia. Wtedy Komitet Zakładowy zbiera się i szuka rozwiązań. Musi wypracować plan produkcji. Ponieważ robotnicy znajdujący się w Komitecie Zakładowym nie mają większego pojęcia o dostosowaniu produkcji do potrzeb, to zatrudniają w tym celu analityków i specjalistów, którzy tym razem jednak nie są już personami trzęsącymi całym zakładem. Przystępują oni do pracy na takich samych zasadach i takich samych warunkach jak każdy pracownik. I przychodzi taki analityk i specjalista - nazwijmy go Arturek - który zna się trochę na rzeczy. Robi, robi, robi i przynosi efekty swej pracy na posiedzenie Komitetu Zakładowego. Z efektów pracy Arturka wynika, że należy wyprodukować co najmniej 15,000 toreb, ponieważ 5,000 w tym regionie spokojnie zejdzie w sklepach. Plan zostaje przegłosowany i robotnicy zabierają się do pracy. Po trzech miesiącach zaplanowanego roczku, na marcowej sesji Komitetu Zakładowego okazuje się jednak, że wyprodukowano 4,000 toreb, ale w tym samym czasie wzrósł popyt i okazało się, że w sklepach brakuje torebek. Cóż więc robią nasi pracownicy? Doraźnie oczywiście można poprosić fabrykę toreb z Łodzi, aby rzuciła co nieco ze swych magazynów na warszawski rynek (w ten sposób zapewniamy ciągłość zaopatrzenia sklepów w nasze naramienne torebeczki). Ale głównym środkiem zaradczym, jakim dysponują Mietek, Stasiu, Krycha & Co. jest zmiana planu tak, aby mogli zarówno oddać pożyczone od kolegów z Łodzi torebeczki, jak i spełnić rosnące zapotrzebowanie na nie w Warszawie. Plan bowiem to nie sacrum, do którego cała załoga ma się modlić i uważać, by go nie pokalać. Plan jest środkiem, a nie celem. Plan ma służyć pewnym celom, czyli w całości spełnieniu zapotrzebowania na dany produkt, w tym wypadku – torby.

Oczywiście przykład staśkomietkowej fabryki nie pokazuje wszystkich zalet planowania w gospodarce na skalę światową. Tylko bowiem poprzez demokratyczny podział pracy i planowanie gospodarcze na skalę światową można rozwiązać główne problemy borykające współczesny świat, takie jak głód, śmiertelność dzieci, brak lub niski poziom opieki zdrowotnej i edukacji, wysoką umieralność na wyleczalne choroby itd. itp. Jak to będzie się odbywać? Otóż załóżmy, że koledzy po klasie (robotniczej :-) Mietka i Staśka pracują w fabryce butów w Toruniu. W planie założyli sobie, że wyprodukują 50,000 par butów na potrzeby własnego rynku i dodatkowo 10,000 na eksport do krajów potrzebujących - załóżmy, że do Kambodży. Powstanie tutaj pytanie: a skąd oni wiedzieli, że akurat w Kambodży są potrzebne buty? Odpowiedź na nie jest bardzo prosta: otóż w systemie socjalistycznym właśnie do tego celu służy globalizacja - robotnicy z Torunia zasiadają bowiem (dajmy na to) w Radzie na całą Polskę, a tam z kolei dowiadują się o braku obuwia w Kambodży i z tejże informacji robią pozytywny użytek. Jest to oczywiście bardzo uproszczony schemat i cała sprawa wyglądać będzie znacznie bardziej skomplikowanie, ale mamy nadzieję, iż da on Ci pewne pojęcie na temat ekonomicznego funkcjonowania systemu socjalistycznego.

Chcielibyśmy jeszcze tutaj przytoczyć pewną bardzo interesującą historię, która doskonale pokazuje sprzeczności wolnorynkowej gospodarki i potrzebę zaprowadzenia planu. Jest taka szwedzka firma produkująca samochody osobowe, co się nazywa SAAB. Otóż w tejże firmie w latach osiemdziesiątych postanowiono odejść od tradycyjnego systemu planowania wewnątrz przedsiębiorstwa i zastąpić go typowo wolnorynkową utopią. Firmę podzielono na parę oddziałów (jeden produkował opony, inny silniki, trzeci siedzenia itd.), które sobie nawzajem sprzedawały wyprodukowane przez siebie podzespoły i między sobą konkurowały. Miało to służyć uzyskaniu ponadprzeciętnej wydajności. Osiągnięto jednak przeciwne skutki - po paru latach firma znalazła się na skraju bankructwa i ostatecznie została po prostu sprzedana General Motors. To jednak była taka mała dygresja, która miała pokazać Ci bezsensowność mechanizmów wolnego rynku.

CZĘŚĆ 3 - ZWIĄZEK RADZIECKI I STALINIZM

W tym momencie może jednak przyjść Ci do głowy jedno, małe pytanko: "ale zaraz, zaraz! plan już przecież gdzieś był! już wiem! w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich!" Otóż zaraz postaramy Ci się wykazać cóż takiego było w ZSRR, a raczej czego nie było... W 1917 i 1918 roku stworzona została baza do rozwoju systemu planowania demokratycznego w Związku Radzieckim, poprzez nacjonalizację głównych gałęzi przemysłu. WTEDY istniały tam wszystkie organy, o których poprzednio żeśmy się rozpisywali. Jednak podstawową sprawą, która ma umożliwić działanie całego tego systemu jest aktywna w nim partycypacja robotników. Będą oni to robić z dwóch powodów: 1) sami ten system sobie wywalczą, a jak coś się wywalczy to ciężko pogodzić się z utratą tego czegoś; 2) ci sami robotnicy są przecież konsumentami i jako tacy są zainteresowani w produkowaniu towarów o dobrej jakości i w odpowiedniej ilości. Jednak aby pracownicy mogli uczestniczyć w tej całej zabawie, po prostu muszą mieć na to czas. Dlatego też niezbędnym warunkiem działania systemu demokratycznego planowania jest konsekwentne skracanie czasu pracy. Krótszy dzień pracy (oczywiście bez redukcji płac) oprócz tego między innymi pozwoli na zatrudnienie większej ilości pracowników. Tymczasem w Rosji Radzieckiej lat 1917-1921 dzień pracy - zamiast być skracanym - był wydłużany i to na życzenie samych robotników. Trwała tam bowiem wtedy wojna domowa, w kraju szalały także zagraniczne armie 21 państw, między innymi i polska. Taka wojna wymagała ogromnego wysiłku gospodarczego ze strony państwa i - przede wszystkim! - poparcia dla władzy ze strony pracowników i chłopów. Gdyby nie został spełniony ten drugi warunek, to mielibyśmy do czynienia z kolejną rewolucją, której nie byłby w stanie zdusić nawet najbardziej wydajny aparat policyjny i która doprowadziłaby do usunięcia partii bolszewickiej od steru władzy i – najprawdopodobniej – do tryumfu białych. Tak jednak się nie stało i nie było to zasługą Czerjezwyczajki, ale raczej wynikiem poparcia jakim cieszyli się Bolszewicy wśród ludności Rosji. Wojnę domową udało się wygrać, armie interwentów też po pewnym czasie dały sobie spokój (bo w kraju też rewolucje wybuchały, marynarze sabotowali dostawy broni dla białogwardyjskiej Rosji, a żołnierze często przechodzili na stronę Rewolucji [chociażby 30,000 Francuzów na Krymie w 1919 roku]). Gdzieś tak około roku 1921 Rosja Radziecka wolna była już od wszelkich zagrożeń zewnętrznych, przynajmniej na pewien czas. Tu jednak rozpoczęła się prawdziwa tragedia tego państwa.

Wojna domowa i pierwsza wojna światowa spowodowały niesamowitą zapaść gospodarczą w i tak już ubogiej Rosji. Poza tym większość rewolucyjnie nastawionych robotników zaraz zgłosiła się do Armii Czerwonej i znalazła śmierć na polach bitewnych wojny domowej. Zastąpili ich chłopi, którzy nie mieli do czynienia z Rewolucją i w ogóle ich poziom świadomości był bardzo niski (nie przeszli przez szkołę demokracji, jaką były w 1917 roku Sowiety). Wkrótce do Partii wstępować zaczęli nie tacy, co to chcieli socjalizmu i rozwoju całego społeczeństwa, ale tacy co to widzieli że tam będzie można zrobić karierę i trzaskać niezłą kasę. Już w 1917 roku Lenin w swej słynnej książce "Państwo a rewolucja" przestrzegał przed takim niebezpieczeństwem. Niestety nawet największy mocarz i geniusz nie potrafi zatrzymać żywych sił i procesów zachodzących w społeczeństwie. W 1919 roku, gdy członkostwo w Partii wiązało się z ryzykiem utraty życia, było 200,000 Bolszewików. Ale już w dwa lata później, gdy sytuacja trochę się polepszyła, było aż 600,000 członków! Jaki z tego wniosek? Do Partii masowo wstępować zaczęli karierowicze, których za wszelką cenę trzeba było się pozbyć. W tym też celu dokonano "czystki" w Partii. "Czystka" ta jednak nie miała nic wspólnego z potwornymi rzeziami stalinowskimi z lat 1935-1939. Po prostu 200,000 ludzi powiedziano, "dziękujemy, nie będziecie sobie tutaj stołków zaklepywać" i wydalono ich z partii. I nic poza tym! Dalej żyli, pracowali, bawili się, kochali. Chodziło tylko o czystość ideową partii, a nie o fizyczną eliminację kogokolwiek. Środki takie jednak nie zdołały zapobiec postępującym z nieubłaganą siłą procesom społecznym, które powstrzymać mogła tylko i wyłącznie rewolucja w bardziej zaawansowanym technicznie i cywilizacyjnie kraju. Stopniowo - pomimo walki z tą patologią zarówno Lenina, jak i później Trockiego - młode państwo robotnicze dusić zaczęła biurokracja. Jej najlepszym reprezentantem stał się małoznaczący wówczas i przez nikogo nie ceniony człowiek - Josyf Wisarionowicz Dżugaszwili, bardziej znany jako Stalin. Jednak nie był on sam w sobie osią i mózgiem całej tyranii. Był on tylko (z resztą podobnie jak jego następcy: Chruszczow, Breżniew, czy Gorbaczow) jedynie wyrazicielem dążeń i "ambicji politycznych" warstwy, którą reprezentował - sowieckiej biurokracji. Niebezpieczeństwo Stalina (jako uosobienia dążeń biurokracji) zostało dostrzeżone przez Lenina tuż przed śmiercią. Dlatego też w swoim "Testamencie" domagał się on tak bardzo usunięcia tego człowieka ze stanowiska Sekretarza Generalnego. Oczywiście potem dokument ten został cynicznie wykorzystany przez Chruszczowa, który rzekomo „nawrócił się” na Marksizm i prostą drogą zmierzał ku socjalizmowi. W rzeczywistości był on jednak reprezentantem tej samej grupy i zasadniczo w państwie radzieckim nic się nie zmieniło, może poza lekkim złagodzeniem dyktatury biurokracji (czyli dyktatury nad proletariatem, a nie dyktatury proletariatu, taka mała gierka słów). Z resztą tak na marginesie: pojęcie "dyktatura proletariatu" jest bardzo źle kojarzone, gdyż przeważnie utożsamiane jest albo ze stalinizmem, albo z hitleryzmem czy faszyzmem, czy też z dyktaturami wojskowymi. Niemniej znaczy ono ni mniej ni więcej jak "pracownicza demokracja", czyli system oparty na demokratycznych radach pracowniczych i całkowitej swobodzie wymiany poglądów. Ale wracając do ZSRR. Widzisz, mamy tutaj do czynienia z paradoksem. Warstwa, którą reprezentował Stalin i jego następcy, miała już wszystko co było jej potrzebne: samochody, własne sklepy, wyjazdy zagraniczne… Z ich punktu widzenia najważniejsze było pilnowanie tego, co już osiągnęli (typowy syndrom biurokracji - kogo nie boli temu powoli :)). Dlatego też wkrótce okazało się, iż hamowali każde ruchy rewolucyjne, jakie miały miejsce na świecie w taki sposób, aby w ostatecznym rozrachunku przegrały. Oto przykłady: Chiny 1925-1927; Wielka Brytania 1926; Niemcy aż do 1933; Hiszpania 1931-1937; Francja 1936; Włochy, Francja 1945; Grecja 1944-1949; Indie-Pakistan 1946; Francja 1968; Chile 1971; Iran 1979 itd. itp. etc.... Przykładów można mnożyć i mnożyć. Dlaczego tak się działo? Po prostu biurokracji sowieckiej nie zależało na tym, aby rewolucja zwyciężyła gdziekolwiek, gdyż sprowokowałoby to natychmiastową reakcje robotników ZSRR. Zwróć uwagę np. na fakt, iż czystki stalinowskie z lat 1935-1939 niemal idealnie korespondują z datami rewolucji hiszpańskiej. Na wieść o wydarzeniach w Hiszpanii robotnicy zaczęli się burzyć w samym ZSRR, gdyż powoli dostrzegali to, iż to nie oni rządzą w "kraju rad", ale tak naprawdę rządzi tam wąska elita biurokratów. Dlatego też Stalin musiał pozbyć się wszystkich ludzi, którzy mieli swój udział w Rewolucji 1917 roku tak, aby żaden z nich już nigdy nie odważył się podnieść ręki na niego i na warstwę, którą reprezentował. Tyle jeśli chodzi o polityczną stronę medalu pod tytułem CCCP. Tzn. na razie, bo jeżeli będziesz chciał więcej informacji, to oczywiście postaramy się temat zgłębić albo przynajmniej podać Ci w miarę zjadliwą literaturę niego tyczącą. Ale może literaturę zostawimy na koniec naszej przeogromnej przypowieści.

Teraz troszkę o ekonomicznej (czyli z marksistowskiego punktu widzenia najważniejszej) stronie ZSRR. Jak już żeśmy to podkreślali, w 1917 roku stworzone zostały wszystkie niezbędne do rozpoczęcia demokratycznego planowania organy. Powstały one - jak zwykle - nie z woli Lenina, Trockiego czy jakiegoś tam innego czerwonego, ale spontanicznie zostały powołane przez wchodzący właśnie z hukiem na arenę dziejów rosyjski proletariat (zupełnie jak Międzyzakładowe Komitety Strajkowe w Polsce w 1980 roku). Z resztą tak samo jest i dzisiaj - np. w Argentynie Asambleas Populares nie są wymysłem agitatorów, podżegaczy i trockistów (których tam ze świecą szukać...), ale także powstały spontanicznie. Ale to także jest taka mała dygresja. Przyczyny deformacji tego systemu pokrótce już opisaliśmy Tobie. Jak one odbiły się na demokratycznych organach? Wszystkie przemiany polityczne związane ze wzrostem siły i znaczenia biurokracji w ZSRR jednocześnie osłabiały takie demokratyczne organy jak Sowiety czy Komitety Zakładowe. W końcu doszło do tego, że instytucje te były w całości zdominowane przez partyjnych aparatczyków, którzy posłusznie wykonywali instrukcje kierownictwa. Wszelkie odstępstwo od "jedynie słusznej linii partii" było karane bardzo surowo. Nagle okazywało się, że jesteś sabotażystą, wywrotowcem, burżujem, bądź - co najgorsze ze wszystkiego i najstraszniejsze w konsekwencjach dla delikwenta - Trockistą. W przeciągu paru lat (mniej więcej od śmierci Lenina [1924] do pierwszego planu 5-letniego [1929]) Sowiety z najbardziej demokratycznych instytucji, jakie kiedykolwiek oglądała nasza planeta, przekształciły się w biurokratyczną farsę. Przeciwko temu wszystkiemu walczyła Lewicowa (potem Zjednoczona) Opozycja.

Jednak była to walka z wiatrakami. Działo się tak dlatego, iż w owym czasie ludzie stopniowo zaczęli popadać w apatię - wojny, głód, choroby, zarazy i nade wszystko porażki rewolucji na arenie światowej (w których palce maczał Stalin i jego klika) sprawiły, iż ludzie byli coraz bardziej zdemoralizowani i coraz mniej skorzy do podejmowania jakichkolwiek działań "pod prąd". To, a nie jakaś "niezdolność" czy "nieporadność" Trockiego przeszkodziło Lewicowej Opozycji w uzyskaniu szerszego poparcia. Ludzie wprawdzie sympatyzowali z ich postulatami, ale nie mieli już siły i ochoty aktywnie ich popierać. To umożliwiło klice Stalina dalszą degenerację systemu radzieckiego i uczynienie z niego karykatury demokracji, wolności i nade wszystko socjalizmu. Planowanie stało się arbitralne i przez nikogo nie kontrolowane. Robotnicy - którzy do tej pory pilnowali, żeby wszystko było ładnie wykonane - teraz dostawali plan i normę, którą z założenia trzeba było przekroczyć. No a jak trzeba było przekroczyć, to logiczną konsekwencją była szybsza (i o gorszej jakości) produkcja. Było dużo produktów, ale z powodu braku demokratycznego reżimu, nie było żadnych innowacji i przede wszystkim nie było robotniczej i konsumenckiej kontroli jakości. Spróbowałbyś tylko powiedzieć, że coś jest nie tak w Twojej "Socjalistycznej Ojczyźnie" - Syberia wciąż była mało zaludniona...

Niemniej do pewnego czasu taki system - pomimo swoich wad - mógł działać i to z dość dużym powodzeniem. Gdy rozpoczynano pierwszą pięciolatkę, świat kapitalistyczny przeżywał właśnie największy w swej historii kryzys. Tymczasem w ZSRR wzrosty PKB sięgały niejednokrotnie 15-20% rocznie, co potwierdzone zostało przez wielu specjalistów zachodnich. Inna sprawa, że - "dzięki" odgórnemu planowaniu biurokratycznemu - postępy te były okupione kosztami trzy razy większymi, niż w kapitalizmie, ale póki co nie miało to większego znaczenia. Rzeczywiście rozwój i przyrost bogactwa były niesamowite. Suche statystyki pokazywały przyrost różnych dóbr konsumpcyjnych na jednego mieszkańca. Nie było niestety tak różowo, gdyż warstwa rządząca zabierała dość duży procent z wypracowanych przez robotników dóbr (w ten sposób powstały właśnie sklepy „za żółtymi firankami”), ale to już zupełnie inna historia. Tylko dzięki planowaniu udało się ZSRR przetrwać zbrodnicze poczynania Stalina i stojącej za nim biurokracji, takie jak: przymusowa kolektywizacja, czy wielkie czystki. Te ostatnie były etapem zamykającym stworzenie stalinowskiego reżimu totalitarnego – wtedy to właśnie zostali wybici prawie wszyscy Starzy Bolszewicy, co efektywnie uniemożliwiło kultywowanie idei marksistowskich w ZSRR, oraz organizację jakiejkolwiek opozycji przeciwko Stalinowi. Ekonomiczna podstawa ZSRR - póki co - była bardzo stabilna i silna. Pomimo zagłodzenia i wybicia szerokich rzesz chłopstwa i rzezi całego nieomalże korpusu oficerskiego (jeśli jesteś zainteresowany, to możemy Ci podać konkretne dane, są przerażające!) - Armia Czerwona (pomimo początkowych porażek) zdołała pokonać Niemcy. Znamienny jest fakt, iż poziomy wskaźników gospodarczych z 1940 roku udało się osiągnąć już w 1948 roku i to pomimo zniszczenia dużej części fabryk, śmierci 27 milionów ludzi i braku wsparcia ze strony państw zachodnich! Oczywiście po części była to "zasługa" wywożenia całych fabryk z terenów okupowanych, niemniej jednak bez planu takie spektakularne postępy nie byłyby nigdy możliwe. Całe lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte to dalszy okres "prosperity" w ZSRR. Znowu wzrosty PKB sięgały 10-15%. Niestety coraz mniej pozytywnie odbijało się to na standardach życiowych ludności, gdyż coraz większą część wypracowanych dóbr "przeżerała" biurokracja. W końcu lat sześćdziesiątych zaczęło się jednak dziać coś dziwnego. Pomimo desperackich ruchów elit rządzących w ZSRR z roku na rok nieubłaganie spadać zaczął przyrost PKB. Jednym z głównych założeń ekonomicznych Marksizmu jest natomiast fakt, iż dany system będzie trwał dopóki wszystkie jego możliwości ekonomiczne nie zostaną wyczerpane. Ted Grant (wieloletni działacz brytyjskiego i międzynarodowego ruchu robotniczego, nasz dobry znajomy) właśnie wtedy (tzn. około 1975 roku), wychodząc z przedstawionego przeze mnie powyżej założenia, prognozował, iż w przeciągu następnych 10-15 lat losy ZSRR zostaną rozstrzygnięte. Więcej szczegółów znaleźć możesz chociażby pod adresem http://www.marxist.com/TUT/TUT5-5.html (po angielsku). Wprawdzie Ted przeliczył troszkę siły robotników w ZSRR, gdyż uważał że powrót do wolnego rynku jest niemożliwy, bo do tego nie dopuszczą proletariusze. Tak się jednak nie stało, gdyż ogólny poziom świadomości robotników w ZSRR przez dekady stalinowskiego totalitaryzmu bardzo się obniżył. Ten błąd popełniony został z braku wiedzy i dogłębnego wglądu w rzeczywistość ZSRR z tamtych lat – nie należy zapominać, że Ted Grant pisał swe prognozy nie z Moskwy, a z Londynu. Niemniej teza o upadku biurokracji w przeciągu 10-15 lat była tak bardzo odważna, że niewielu ludzi ją podzielało, nawet wśród Trockistów. Oczywiście w ruchu marksistowskim przewidywano, że ZSRR albo zmieni się w kraj prawdziwie socjalistyczny (na skutek obalenia elity rządzącej), albo upadnie, ale chyba tylko Ted Grant zdołał wychwycić zachodzące procesy ekonomiczne i przewidzieć, że czas na manewry dla radzieckiej biurokracji już się zakończył. I rzeczywiście. W 1980 roku przyrost PKB w ZSRR wyniósł niewiele ponad 0%. System znalazł się w głębokim kryzysie, którego manifestacją między innymi była polska rewolta robotnicza pod sztandarami Solidarności z lat 1980-1981. Powstały wtedy w Polsce nawet swego rodzaju Rady Robotnicze, tak zwane Międzyzakładowe Komitety Strajkowe, ale – zdławione wspólnymi siłami władzy i przywództwa Solidarności (które w gruncie rzeczy obawiało się przejęcia władzy przez robotników) – szybko zanikły. Gdyby wtedy w Polsce znajdowali się ludzie tacy jak chociażby Ted Grant czy Alan Woods, to w 1981 roku – zamiast stanu wojennego – mielibyśmy prawdziwie socjalistyczną Polskę - i żaden atak ze strony ZSRR takiego rozwoju wypadków by nie powstrzymał. Wkrótce okazałoby się, że i w samym Związku Radzieckim elity rządzące znalazłyby się pod presją własnych robotników i niewykluczone byłoby ich całkowite obalenie. Tak jednak się nie stało, a przywództwo Solidarności zdominowały elity kościelno-prokapitalistyczne, co było jednym z głównych powodów klęski tego ruchu. W 1989 roku natomiast nastąpiło to, co 60 lat wcześniej przewidział Trocki. Biurokracja państwowa uznała, że czas już skończyć z systemem gospodarki planowanej, gdyż nie mają oni z tego wszystkiego już żadnego pożytku, a kto wie, może jeszcze jakaś rewolta im się pojawi (tak jak to się w Rumunii zdarzyło) i wtedy to niewiadomo czy z głowami na karku z całej tej awantury wyjdą. Z drugiej strony przywództwo Solidarności też było żywotnie zainteresowane w "nachapaniu się" ile wlezie. Tak wiec obie strony uznały, że najlepiej będzie po prostu przywrócić kapitalizm. Oczywiście, dla nich było to świetne rozwiązanie. A dla nas - sam widzisz: bezrobocie, nędza, głód, smród i ubóstwo. Zresztą, chyba akurat Tobie tego tłumaczyć nie trzeba...


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing