Portal socjalizm.org to lewicowe spojrzenie na dzisiejszą rzeczywistość. Wbrew powszechnie lansowanemu poglądowi uważamy, że lewicowa myśl polityczna nie tylko ma rację bytu, ale znajduje jeszcze większe zastosowanie niż kiedykolwiek wcześniej.


najnowsze teksty
Dobry zły patriotyzm Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg i Piotr Kuligowski [socjalizm.org]   
16.11.2007.

Obecnie w Polsce pojęcie patriotyzmu zostało mocno zniekształcone. Patriota kojarzony jest z człowiekiem konserwatywnym, przywiązanym do historii, autorytetów i tradycji, wierzącym w boga oraz negującym wszelkie przejawy postępowości. „Lewak” jako nie posiadający tych przymiotów utożsamiany jest z uosobieniem wszelkiego zła. Czy takie rozumienie miłości do ojczyzny jest słuszne? Jeśli nie, to jaki powinien być nowoczesny patriota, który faktycznie chce dobra swojego kraju?

Głupota prawicy


W naszym kraju prawicowy, konserwatywny patriota jest przede wszystkim nieczuły na różnice klasowe. Nie ma się co dziwić, w końcu ONI są w linii prostej spadkobiercami myśli politycznej przedwojennej endecji, która promowała w II RP krwiożerczy kapitalizm w czystej postaci. W imię jakichś dziwnych zasad zapominają o najuboższej, a jednocześnie najliczniejszej części naszego społeczeństwa. Nie myślą też o konieczności budowania wspólnego dobrobytu, opartego na zasadach sprawiedliwego podziału dóbr. Panowie patrioci z prawicy wykazują się w kwestii najbiedniejszych daleko posuniętą ignorancją. Swoją głupotę pokazują też w sprawie integracji europejskiej. Co chwila słychać, jak jakiś „Polak z krwi i kości” (czytaj – wszechpolak) podnosi bezmyślny wrzask, że Polska w Unii Europejskiej „straci suwerenność”. Dla takiego jegomościa miałbym jedną radę – wziąć środek na uspokojenie i… pomyśleć.

Patriota z prawicy musi oczywiście czuć przywiązanie do historii i autorytetów. Niechby tylko ktoś ważył się skrytykować któryś z obrazów Matejki czy którąś z powieści Sienkiewicza – od razu zaczną krzyczeć, wyzywać od Niemców czy bezbożników. O tym, że Matejko nie był Polakiem, tylko Czechem, a „Krzyżacy” czy „Potop” to książki przedstawiające prawdę w krzywym zwierciadle, oczywiście nikt im nie powiedział. A raczej ktoś mówił, ale nie posłuchali…? Postacie takie, jak Jan Paweł II, Roman Dmowski czy Józef Piłsudski, który przecież obronił Polskę przed „czerwoną zarazą ze wschodu” są jakby poza jakąkolwiek krytyką. Bezmyślnie postawiono ich na piedestał, zapominając o kilku ważnych kwestiach. Nie ma sensu pisać szczegółowo o dokonaniach każdej z tych postaci. Proszę tyko zauważyć, że modne jest dziś mówienie „moim autorytetem jest Karol Wojtyła”. Jednocześnie, gdyby zadać takiej osobie pytanie, dlaczego właściwie jest to jej autorytet, najczęstszą odpowiedzią będzie milczenie i dziwny rumieniec na twarzy. Roman Dmowski też raczej nie mieści się w kanonach patrioty kreowanych przez prawicę – był to wszak ateista i gorący zwolennik teorii Darwina… Józef Piłsudski, który za młodu działał aktywnie w PPS, jest dziś czczony przez prawicę. Niewiedza i ignorancja pseudopatriotów jest po prostu porażająca.   

Fetyszyzacja kościoła

Na ziemiach polskich ponad stulecie zaborów stworzyło zupełnie szczególne warunki do rozwoju patriotyzmu i trwałego związania patriotyzmu i religii katolickiej. W Polsce racjonalistyczna kultura oświeceniowa nie zdążyła się poważniej rozwinąć, gdy ideowy horyzont kraju został zdominowany przez problem odzyskania niepodległości. Dla kościoła katolickiego rozbiory stanowiły bardzo niewygodny obrót sprawy, gdyż odbierały tej instytucji możliwość tak jawnego wywierania wpływu na życie publiczne, jak to miało miejsce w I Rzeczypospolitej. Staje się zatem jasne, dlaczego kościół na tyle, na ile było to możliwe popierał ruch niepodległościowy – walczył po prostu o własny interes, a nie kierował się szlachetnymi, prospołecznymi pobudkami. W II połowie XIX wieku stało się to jeszcze bardziej wyraźne. Kościół katolicki, stale akcentując konieczność odzyskania własnej państwowości, odwracał uwagę Polaków od nowo narastających problemów społecznych o charakterze klasowym, propagując coraz bardziej utopijne koncepcje „narodowej solidarności” i „wspólnego interesu wszystkich Polaków”, zupełnie jakby w warunkach kapitalistycznych dawało się pogodzić interesy kapitału i pracy.
    
W okresie walki o niepodległość symbolika kościelna była nieustannie łączona z typowo narodową. Zaakceptowanie tego zestawienia państwa i ołtarza nie jest żadnym specjalnym zaskoczeniem wobec polityki prowadzonej przez zaborców w odniesieniu od Polaków. Prusy i Rosja (w Cesarstwie Austriackim, a potem Austro - Węgierskim było pod tym względem zdecydowanie lepiej) zdecydowały się na bezpardonową i niezważającą na konsekwencje walkę ze wszystkim, co polskie, nie zwracając przy tym uwagi na to, że nieustanne zakazy i represje mogą odnieść skutek wręcz przeciwny. Na tym tle kościół katolicki mógł znakomicie budować swój wizerunek ostoi polskości i obrońcy uciśnionych. Ponownie to brak racjonalistycznej tradycji nie pozwolił na upadek mitu o metafizycznym pochodzeniu instytucji państwowych. W zmienionej rzeczywistości nie było specjalną trudnością przekształcenie tego zakłamania w przekonanie o boskim wymiarze polskiej walki o niepodległość. I tak to, co było w rzeczywistości naturalną i całkowicie uzasadnioną w rozumowych kategorią walką o samostanowienie narodowe, nagle urastało do rangi misji szczególnej. Kreowane przez romantyczną kulturę mity o Polsce – Chrystusie Narodów były całkowicie niekompatybilne z nauką katolicką, niemniej nie były bynajmniej przez polski kościół ścigane i dementowane. Dlaczego? Bo były po prostu na rękę.
    
Pozycja Kościoła zdołała zatem utrwalić się na tyle mocno, że po odzyskaniu niepodległości wrócił on do swojej ulubionej roli – współtwórcy życia politycznego kraju. Tej sytuacji nie dało się zmienić faktycznie do dzisiaj. W autorytarnej Polsce lat 20. i 30. religia katolicka stanowiła niezbędny element wizerunku prawdziwego Polaka. Z kolei w epoce PRL Kościół ponownie znalazł się w opozycji do władzy, oficjalnie po to, by bronić demokracji, nieoficjalnie – by znowu zyskać poparcie społeczne któregoś dnia powrócić do dawnej roli. Plan ten powiódł się, gdyż PRL, będąc – najoptymistyczniej mówiąc – krajem realizującym tylko wybiórcze postulaty socjalistyczne, nie zdołała zaspokoić podstawowych potrzeb Polaków. Natomiast w III RP Kościół katolicki paradoksalnie okazał się jedyną instytucją, która oferowała masom pracującym jakiekolwiek wsparcie. Wystarczy wprawdzie głębiej zastanowić się nad jego charakterem, by stwierdzić, iż było i jest ono iluzoryczne, niemniej od polskich ofiar transformacji zaiste ciężko byłoby wymagać przeprowadzenia dialektycznej analizy społecznej w sytuacji, gdy ludzi ci niejednokrotnie z dnia na dzień tracili wszystko.
    
Sytuację obecną daje się zatem streścić następująco: Kościół stoi na czele realnego ruchu społecznego, mając za sobą istotne poparcie. Wielu Polaków widzi w instytucji religijnej jedyną szansę jeśli nie na działanie dla poprawy ich bytu, to przynajmniej na dawanie nadziei na lepszą przyszłość. Jednak jakiekolwiek zmiany społeczne nie są w interesie Kościoła w Polsce (i instytucji religijnych w ogóle), dlatego wykorzystuje on swoją pozycję do krzewienia ultraprawicowego światopoglądu, w którym jedną z kluczowych wartości jest przywiązanie do stereotypowej wizji narodu. Wizji, z której wykluczeni są wszyscy przedstawiciele narodowości polskiej, którzy śmieli zakwestionować któryś dogmat kościelnego nauczania. W ten sposób wyznacznikiem polskości nie jest już fakt urodzenia się w Polsce, przywiązania do Polski, uczestnictwa w życiu politycznym tego kraju czy też chęć działania na jego rzecz. Najważniejsza jest ślepa akceptacji kościelnej wizji świata.

Z powodu takiego stanu rzeczy coraz więcej Polaków zaczyna odczuwać niechęć do słowa patriotyzm. Doszło nawet do tego, że nawet przeciętny Polak jest kojarzony za granicą jako pełen uprzedzeń katolicki konserwatysta. Nie ma zresztą co się dziwić – po dwuletnich rządach pisowskiej katoprawicy nasz kraj pokazał się na arenie międzynarodowej jako najbardziej pieniaczy i napuszony fałszywą „dumą narodową”. Jak widać prawica i kler najchętniej zrobiliby z Polski wroga Europy, a może i całego świata. Dopóki konserwatyści będą wciskać ludziom hasła typu „tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem” (szczególnie popularnego wśród szeroko pojętego moheru) dopóty będziemy krajem zaściankowym. Europa zachodnia już dawno wyszła z ciemnoty jaką  zgotowało jej chrześcijańskie średniowiecze. Katoprawica najwyraźniej chce nas w tej ciemnocie zatrzymać za wszelką cenę.

Między narodami

Jedną z kluczowych cech lewicy antykapitalistycznej jest internacjonalizm. Odrzucenie tradycyjnego myślenia w kategoriach podziałów narodowych na rzecz klasowego spojrzenia na świat wynika z podstawowych mechanizmów systemu kapitalistycznego. Trudno bowiem dopatrywać się jakichkolwiek wspólnych interesów pomiędzy Janem Kulczykiem a szeregowym pracownikiem jednego z posiadanych przez niego zakładów czy też meksykańskim najbogatszym człowiekiem świata i zwykłym mieszkańcem Mexico City zarabiającym poniżej średniej krajowej. Dla lewicy pojęcie patriotyzmu ma zatem odmienne znaczenie niż w dyskursie konserwatywnym, czy też w wydaniu neoliberałów, którzy kategorią miłości ojczyzny bardzo chętnie się posługują dla realizacji własnych celów.
    
W Polsce ustosunkowanie się do pojęcia patriotyzmu stanowiło dla lewicy kłopotliwą konieczność. Fetyszyzacja narodowej niezależności, której źródła zostały już opisane, i wykreowanie mitu wspólnoty interesów wszystkich Polaków musiały zaowocować powstaniem wrogości wobec każdego, kto w jakiś sposób kontestował dwa wskazane wyżej stereotypy. Ilekroć lewicowcy usiłowali wskazywać, że mówienie o wspólnocie interesów narodowych w świecie kapitalistycznym jest nieporozumieniem, byli histerycznie okrzykiwani „zdrajcami narodu”. W tym miejscu, zamiast logicznie wykazać, że każdy naród jest wewnętrznie podzielony ekonomicznie i dlatego nie może mieć jednolitego interesu, lewica polska ustępowała przed prawicowym dyskursem i omijała temat patriotyzmu jako zbyt delikatny. Co niektóre grupy decydowały się nawet na jeszcze większy oportunizm i tworzyły skomplikowane figury logiczne wykazujące, że człowiek lewicy może równocześnie bezwarunkowo kochać ziemię, na której się urodził. Jest to jedno z powszechniejszych i niebezpieczniejszych ustępstw na rzecz prawicowej aksjologii. Wezwanie do darzenia miłością całego narodu oznacza w praktyce zamknięcie oczu na wszelkie konflikty w obrębie społeczeństwa jednego kraju i wymuszenie postawy przyzwolenia na wyzysk pracowników. Bo w końcu pracodawców, nawet najbardziej niesprawiedliwych, też trzeba kochać.

Lewica marksistowska zawsze była internacjonalistyczna. Klasycy socjalizmu naukowego regularnie podkreślali iluzoryczność barier narodowych i konieczność współpracy międzynarodowej. Dziś chyba lepiej niż kiedykolwiek widać, jak niewiele łączy np. meksykańskich pracowników z najbogatszym człowiekiem świata (też Meksykaninem) czy, bliżej patrząc, polskich pracowników i polskich pracodawców. System kapitalistyczny z samej swojej istoty również opiera się na swego rodzaju internacjonalizmie. Posiadaczy nie obchodzi, gdzie sprzedadzą swoje produkty, a przy wyborze lokalizacji zakładu pracy kierują się tylko i wyłącznie niskimi kosztami, a zatem własnym zyskiem. Również większość wielkich konfliktów zbrojnych XIX i XX stulecia toczyło się nie w imię oficjalnie eksponowanych problemów narodowych, a z powodów ekonomicznych. Oczywiście nie mówiło się o tych ostatnich głośno, a zwykli żołnierze zachęcani byli do udziału w walce poprzez hasła odwołujące się do „jedności narodowej”. Cóż, narażanie własnego życia w imię zarobku wąskiej grupy kapitalistów nie brzmi zbyt zachęcająco, ale już w imię „obrony interesów kraju” czy też „dla obrony narodu” - wcale nieźle, zwłaszcza, jeśli ma się do czynienia z ludźmi o niskim stopniu politycznego doświadczenia. Walka z kapitalizmem może odbywać się zatem tylko na skalę ponadnarodową. Choć nie można powiedzieć, by sytuacja pracowników najemnych była taka sama w każdym miejscu na ziemi, to pewne jest jedno – wszyscy oni są w jakimś stopniu dotknięci systemem kapitalistycznym i jest w interesie ich wszystkich, by zastąpić go sprawiedliwszym systemem podziału dóbr.

Społeczny patriotyzm

Zasada internacjonalizmu nie może jednak oznaczać całkowitego odżegnania się lewicy od problemów swojego kraju. Wręcz przeciwnie. Każda partia lewicowa powinna wykazywać szczególną wrażliwość na to, co dzieje się właśnie w jej kraju i na sytuację pracowników. Jeżeli w ogóle można posługiwać się pojęciem lewicowego patriotyzmu, to będzie on oznaczał właśnie aktywny udział w walce o poprawę sytuacji pracowników swojego państwa, ich obronę w ciągłym konflikcie z pracodawcami, dbanie o demokrację na własnym podwórku, odkłamywanie narodowej historii... A przy tym wszystkim nie tracenie z oczu globalnego kontekstu wszystkich pojawiających się problemów. W końcu kapitalizm dokonał tak gruntownych procesów integracji światowej polityki i gospodarki, że dziś każde wydarzenie ma swoje miejsce w światowym łańcuchu przyczynowo – skutkowym.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing