|
W Wenezueli trwa od kilku lat ludowe, antykapitalistyczne powstanie, które zdołało przezwyciężyć kilka bardzo ciężkich ataków organizowanych przez CIA. |
| Którędy droga? O politycznej dezorientacji na lewicy |
|
|
| Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org] | |
| 10.02.2008. | |
Poza ruchem pracowniczym, nie ma dziś zupełnie nic!„The Unbroken Thread” Ted Grant Nowa fala pracowniczych protestów, której jesteśmy obecnie świadkami, ujawnia tożsamościowy kryzys polskiej lewicy bardzo dobitnie. Jej rozproszone cząstki, pogrążone we wzajemnych swarach, wyalienowały się od rzeczywistości co najmniej w tym samym stopniu, co polskie elity rządzące. Jedyne, co w porównaniu z nimi można zapisać im in-plus, to fakt, iż deklaratywnie zawsze plasowały swój minimalny potencjał po stronie uciskanych. To jednak za mało. Neoliberalna rewolucja i rozproszenie lewicy Ciężkostrawna i siermiężna atmosfera, jaką pozostawiła po sobie neoliberalna rewolucja nad Wisłą, wyrugowała lewicę z przestrzeni publicznej, dopuszczając jej przedstawicieli do głosu wyłącznie w charakterze egzotycznych roślin, które jako ciekawostkę może scharakteryzować – na łamach lub w eterze – tylko właściwy ekspert. Symbolicznym przejściem do nowego etapu organizowania życia społecznego pod jarzmem wszechogarniającej prawicowej hegemonii była ofensywa katolickich fundamentalistów spod znaku PiS i LPR w wyborach parlamentarnych sprzed dwóch lat. Szybki i skuteczny podbój codzienności prowadzony przez polską prawicę na wszystkich frontach – od intelektualnego, przez medialny, po organiczno-społeczny – miał na celu m. in. właśnie zepchnięcie lewicy na margines. Tragedią jest, iż ta poddała się temu procesowi, a swą polityczną postawą ułatwiła swym wrogom zadanie. Jej główni rozgrywający – wiedzeni ślepym aktywizmem zrodzonym z frustracji – usłużnie, acz z pewnością nie z premedytacją, pomagali w swojej własnej izolacji. Leninowskie pytanie „Co robić?” nie wydawało się zaprzątać ich serc i umysłów. Radykalny aktywizm poparty bardzo okazjonalną polityczną refleksją nie miał szans. Brak krytycznego myślenia nieodzownie przeszkodził w ukształtowaniu zrębów jakiejś strategii czy choćby tymczasowej politycznej taktyki. Koniec końców – lewica obraziła się na społeczeństwo, które nie chce słuchać jej słusznych haseł i zawierzyć skłonne jest bardziej Matce Boskiej niźli jej pięknookim liderom. Stała się zbiorem ekskluzywnych gron, do których przepustką mogło być wszystko, poza rzetelną analizą rzeczywistości czy propozycjami konsekwentnego budowania, opartego na teorii i praktyce ostatnich 150 lat ruchu pracowniczego. W takich okolicznościach nie może dziwić, iż Matka Boska, za którą stoi niezły PR i dobrze wytrenowana biurokracja o jasno zdefiniowanych celach, okazała się być politycznym i filozoficznym zjawiskiem o wiele bardziej atrakcyjnym, odpowiadającym na zapotrzebowanie, jakie w społeczeństwie generuje stale neoliberalna rzeczywistość. Po równi pochyłej Totalny bałagan przeszedł jakościowy skok ku absolutnej dezorganizacji około roku 2000. Wówczas lewicowym ugrupowaniom zaczęły drastycznie mylić się cele ze środkami, a fakty dostarczane przez rzeczywistość wtłaczane były w eklektyczne schematy jej rozumienia bliższe metafizycznym rojeniom niźli jakiemukolwiek realnemu zjawisku. Od tego momentu większość bolesnych klęsk chętnie ogłaszano zwycięstwami i vice versa. Naturalnie, towarzyszyło temu masowe piętnowanie grup i jednostek, które chciały z tej matni uciec. Ten mechanizm wciąż się umacnia. Fundamentem lewicowej myśli politycznej jest orientacja na ruch pracowniczy, bez względu na to, jaka jest jego polityczna czy organizacyjna kondycja. Jest ona jednak możliwa tylko wówczas, gdy stanowi część przemyślanej całości działań. Tymczasem, skupiona na zaspakajaniu własnych potrzeb i przejściowych ekscytacji, polska lewica radykalna oczekiwała momentu, w którym to polscy pracownicy przebudzą się i poznają na jej wybornym czarze. Maszerowała zatem na demonstracje, a gdy ze swą butą przestała być tam mile widziana, poczęła organizować własne mityngi. Rok ubiegły obrodził w tej materii w absurdy, których niewątpliwą kulminacją był Międzynarodowy Dzień Pracy. Wówczas w Warszawie różne odłamy (czy raczej odłamki) tzw. radykalnej lewicy zwołały cztery różne manifestacje. Jak monstrualne są rozmiary zapaści w zakresie politycznego rozeznania w otaczających realiach niech świadczy jedna nich, która zarejestrowana została na 500 osób. Przybyło na nią pięć. Naiwnych – którym wydaje się, iż organizatorzy tego „pochodu” wyciągnęli z tego jakieś wnioski – należy przestrzec. Nic takiego się nie stanie, bowiem lewicowi liderzy (zarówno lewicy tzw. radykalnej jak i tej establishmentowej) żyją w absolutnym przekonaniu o swojej wyjątkowej i jedynej słusznej lewicowości. Aby przekonanie to potwierdzać porażki interpretują jako sukcesy. Zdecydowanie najbardziej symptomatyczne jest jednak to, iż żadne z ugrupowań zaliczających siebie do owej radykalnej lewicy nie pojawiło się na manifestacji zorganizowanej przez związki zawodowe, konkretnie Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych. Notabene – największej, bo zgromadziła ona ponad 2500 osób, co w Polsce nie jest normą. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że związki zawodowe i ruch pracowniczy nie spełniają oczekiwań tych gentlemanów. Zgromadzeni tam pracownicy nie gardłują o walce klas, nie wołają o obalenie kapitalizmu, nie wznoszą okrzyków uwielbienia ku czci Marksa, Engelsa czy Róży Luksemburg. Mało tego – niewiele mówią o wojnie w Iraku czy Afganistanie, są ogólnie zmęczeni i pełni żalu; a na nastolatków z naciągniętą na twarz pończochą szukających sposobności do wywołania przemocy, spoglądają z politowaniem. Nie rozumieją okrzyków w obcych językach, które przecież są nieodłącznym elementem radykalno-lewicowego folkloru. Nie wiedzą co znaczy skrót CNT-FAI czy HLVS i nie interesuje ich to… Ergo: są nudni; a przecież zmęczony lewicowy, radykalny działacz, który na co dzień mierzy się z jakże trudną polską rzeczywistością zasługuje na minimum rozrywki. Musi racjonalizować swoje istnienie i uprawomocniać stanowisko, które sytuuje go poza ruchem pracowniczym, ale za to w gronie przyjaciół. W takiej sytuacji banalny argument, iż pierwszy maja jest świętem pracowników, a nie radykalnej lewicy, nie mógł znaleźć zrozumienia. Słabe założenia – fatalne wnioski Stałym elementem owej racjonalizacji jest przekonanie o tym, iż główne centrale związkowe są zbiurokratyzowane, skorumpowane i ślamazarne. To prawda. Szkoda tylko, że wynikająca z niego konkluzja jest dokładnie tak bezmyślna, jak słuszne jest owo twierdzenie. Na kanwie tego spostrzeżenia i niepohamowanego wzrostu przeświadczenia o słuszności i niepokalanej czystości swych idei sformułowano kompletnie kontrproduktywny, rozbijacki pomysł. Nienowy dodajmy. Jest on mizerną kopią największych błędów lewicy na przestrzeni całej jej historii. Podstawą tegoż jest nieustanne figlowanie na marginesie ruchu pracowniczego w oczekiwaniu na pojawienie się równie sfrustrowanych outsiderów, którzy – podobnie jak nasi bohaterowie – dobrymi intencjami, nie wspartymi konkretną polityczną strategią, zdziałali niewiele i „do świata nic nie mają oprócz żalu dziecięcego” jak śpiewał ongiś Kaczmarski. Wspólnota niedoli łączy stosunkowo łatwo, zwłaszcza gdy ktoś się już do niej przyzwyczai. Tzw. radykalna lewica otacza zatem takie indywidua szczególną czcią, a przewodzone przez nich organizacje urastają w jej odbiorze do rangi masowych robotniczych przymierzy, zdolnych ruszyć z posad bryłę świata. Nie bez przyczyny pewien – nieżyjący już – brytyjski marksista powtarzał, że najważniejszą cechą socjalisty powinno być poczucie proporcji. Patologiczne strategie Niejednokrotnie opisane wyżej sojusze przynoszą sukcesy, czasem nawet spektakularne. Problem jednak polega na tym, iż wygrana bitwa wcale nie musi być zwiastunem zwycięstwa w wojnie. Zwłaszcza wówczas, gdy naczelną taktyką jest izolowanie awangardowych jednostek i grup od reszty, wobec której regularnie podsyca się pogardę. Opiera się to na osobliwym wnioskowaniu, jakoby dokonanie rozłamu nie naruszającego zasadniczo większych struktur mogło doprowadzić do drastycznego zwrotu sytuacji. Jednocześnie umacnia się swoją jedność maksymalnym lżeniem instytucji zrzeszających zdecydowaną większość, co jest sytuacją doprawdy schizofreniczną. Stale postponowanemu związkowcowi nie pozostawia się tym sposobem żadnej szansy na wewnętrzny imperatyw, który skłonił by go wpisania się w poczet owej awangardy. Mało tego, zniechęca się go często do rozwiązań politycznych, które byłyby dla niego absolutnie korzystne. Lewicowe koncepcje, którymi takie awangardowo-rozbijackie sojusze chętnie szafują, kojarzyły się będą bazom związkowym z politycznym i organizacyjnym chuligaństwem, które jeszcze bardziej osłabia i tak bardzo słaby ruch pracowniczy. Tymczasem do trzeźwej oceny sytuacji wystarczy stosunkowo nieskomplikowana arytmetyka. Jeśli założyć, że OPZZ i „Solidarność” mają razem około 1,5 miliona członków (jest to o tyle realistyczne, że obie organizacje przyznają się oficjalnie do 900 tys.), to są niewątpliwie masowymi organizacjami polskiego świata pracy. Intensywny flirt, z najbardziej bojowymi w ich ramach grupami zawodowymi, nakierowany na rozłam może, w ekstremalnie sprzyjających warunkach, doprowadzić do wyprowadzenia z tych struktur 200 tys „najlepszych”. Najbardziej zorientowanych klasowo i politycznie pracowników i liderów. Naturalnie, w optyce statystycznego polskiego radykalnego lewicowca byłoby to gigantycznym zwycięstwem. Zadowolenie przybrałoby u niego wówczas rozmiary nieskończone, podobnie jak fantazje o zbliżającej się za przyczyną jego sukcesów globalnej rewolucji, a fiesta trwałaby miesiącami. Gdy radykalni lewicowcy, niepokalani kontaktem ze zbiurokratyzowanymi, skorumpowanymi, sprzedajnymi itd. związkami, będą obmywali z nieczystości swych nowych towarzyszy i ujawniali im, iż największym wrogiem jest ich instytucjonalna macierz, ci, którzy w niej pozostali – grupa osiem razy większa – będzie gniła wydana na pastwę najgorszych z najgorszych. W końcu rozpłynie się w bezkresie beznadziei i dołączy do grona wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Kondycja ruchu i ultralewicowy infantylizm Bezsprzecznie prawdziwymi są pejoratywne twierdzenia dotyczące największych polskich central związkowych. Nie uprawnia to jednak żadnego odpowiedzialnego lewicowca do infantylnych zachowań i obrażalstwa, a już na pewno nie zwalnia z politycznej orientacji na klasę pracowniczą. Ruch pracowniczy należy brać takim, jaki jest i prowadzić w nim zorganizowaną polityczną pracę obliczoną na długofalowe cele, a nie doraźne zadowolenie. Korupcja, polityczna demoralizacja i klasowa kolaboracja jest udziałem związkowej biurokracji, a nie pracowników, którzy zrzeszyli się celem obrony swoich praw przed ciągłymi atakami. Obecnie nawet samo zapisanie się do organizacji związkowej jest aktem cywilnej odwagi. Interesy zarządzających centralami i federacjami są zgoła odmienne od tych, które bliskie są szeregowym związkowcom. Sytuowanie obu grup po stronie kapitału jest błędem tak elementarnym, iż konieczność tłumaczenia tego wzbudza odczucie przykrego zażenowania. Setki tysięcy pracowników zrzeszonych w OPZZ i „Solidarności” to nie „zdrajcy” czy „sprzedawczyki”, jak próbują napiętnować ich awangardowi radykałowie, lecz zmęczeni rzeczywistością ludzie oczekujący na konkretną polityczną ofertę inną niż „OPZZ do wora, a wór do jeziora” czy „związki na Powązki”. Politycznego bankructwa rozawangardyzowanego, ultralewicowego rozbijactwa dowodzi sytuacja obecna. Fala protestów pracowniczych, jaka objęła kraj jest zjawiskiem zasługującym na szczególną uwagę ze strony lewicy. Pielęgniarki, celnicy, kierowcy autobusów, górnicy, piloci cywilni, pracownicy lotnisk, urzędnicy administracyjni, pracownicy wymiaru sprawiedliwości, nauczyciele, kolejarze, listonosze… Wszystkie te grupy zawodowe już ogłosiły protest lub strajk albo przygotowania do tychże. W niemałe osłupienie wprawia zatem fakt, iż jedynym punktem, na który nakierowana była uwaga przeplatająca się z podnieceniem radykalnych lewicowców były Ornontowice. Radykalne środki strajkowe jakie przedsięwzięli – skądinąd zasługujący bezwzględnie na respekt i wsparcie – pracownicy KWK „Budryk” i ich organizator – związek zawodowy Sierpień80, którego kierownictwo otwarcie i chętnie (równie słusznie, co bez sensu) smaga publicznie OPZZ i „S” – zupełnie przesłoniły niektórym kontekst. A jest nim raczkująca ofensywa pracownicza w dużo większej skali. Tymczasem do protestów i żądań płacowych innych grup i związków nasi lokalni radykałowie przyłączają się nader niechętnie. Na ich czele stoją takie organizacje jak Związek Nauczycielstwa Polskiego – najstarszy i największy związek zawodowy w Polce – blisko 400 tys. członków. Niestety – należy do OPZZ. Albo celnicy – Ci z kolei chcą się do OPZZ zapisać. Na poczcie niepokoje prowokuje zarówno „S”, podobnie zresztą jak wśród obsługi naziemnej lotnisk. Piloci i cały personel pokładowy PLL LOT zrzeszony jest w organizacji należącej do OPZZ… Okazuje się, że jest to dostatecznie ważnym powodem, by od tego ruchu się odwrócić. A potem – gdy przywództwo tychże zrejteruje w ostatniej chwili z pola walki – miast walczyć, by tak się nie stało, polski niepokalany radykał wypnie dumnie pierś myśląc sobie „a nie mówiłem?”. Wspólne działanie jedynym wyjściem Jedynym sensownym rozwiązaniem jest połączenie sił. Awangardowa myśl i działanie miałby wówczas szanse odbić się szerokim echem i skutecznie przekształcać polski ruch pracowniczy. Demokratyczna debata polityczna i spory dotyczące strategii tym bardziej pobudzałyby do myślenia i działania. Muszą się one jednak toczyć w ramach ruchu – nie poza nim, gdzie naprawdę nie ma nic. Naturalnie, sytuacja ta jest zrozumiała i nietrudno zdefiniować jej przyczyny. Okoliczności jakie wywiązały się obecnie w Polsce nie są w rzeczywistości niczym nowym. W sytuacji, gdy codzienny porządek moralny, polityczny, ekonomiczny, społeczny i w ogóle wszelki dyktuje prawica, która nie napotyka na opór masowych partii czy organizacji pracowniczych, rodzi to frustrację w zaangażowanych politycznie gronach. Brak politycznego kręgosłupa i edukacji jest wówczas wynikiem ciągłego poszukiwania dróg na skróty, które nie istnieją. Ciężkie warunki polityczne i społeczna apatia prowokują do myślenia w kategoriach spektakularnych akcji, które przyniosą natychmiast wymierny, dostrzegalny efekt. Oczywiście, nie narusza to w żaden sposób nawet wierzchniej skorupy systemu, co dopiero jego fundamentów. Spełnia się w ten sposób jedynie pęd performera ku samozadowoleniu. Podobnie sytuacja wyglądała w końcu XIX w. w Rosji. Młodzi ludzie, którzy byli zmuszeni na co dzień funkcjonować w warunkach represji i reakcji poszukiwali dróg na skróty oznaczonych różnymi – fałszywymi dodajmy – kierunkowskazami: „Pójść w lud” (Narodnicy) czy „Polityka czynu” (terrorystyczny odłam „Ziemi i Wolności”). Polityczny flirt całego tego pokolenia doprowadził, w ostatecznym rozrachunku, do zwiększenia represji. Tymczasem, gdy spiskowcy układali w tajemnicy swoje plany, w fabrykach zaczynała organizować się klasa robotnicza. Fakt ten zupełnie umykał zradykalizowanej młodzieży, która żądała szybkich, sprawnych działań i natychmiastowych rezultatów. Dziś w Polsce, ruch pracowniczy również odradza się poza płaszczyzną, której tzw. radykalna lewica skłonna jest poświęcić swoją uwagę. Najbardziej fundamentalną bodaj właściwością marksizmu jest kształtowanie w jednostce umiejętności plasowania danych zjawisk w szerszym kontekście i postrzegania ich jako element procesu. Procesy zaś mają to do siebie, że przebiegają zgodnie z materialistycznymi bodźcami, które wpływają na świadomość społeczną. Nie oglądają się zupełnie na wolę nawet najbardziej radykalnych z radykalnych – toteż często tym ostatnim umykają niezauważone. |
| następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |