|
Kancelaria prezydenta Kaczyńskiego wydała od stycznia do kwietnia 2007 76609 zł na alkohol. Biorąc pod uwagę wysokość płacy minimalnej w Polsce są to pieniądze, które ubodzy robotnicy zarobią w ciągu 5 lat. |
Portal socjalizm.org to lewicowe spojrzenie na dzisiejszą rzeczywistość. Wbrew powszechnie lansowanemu poglądowi uważamy, że lewicowa myśl polityczna nie tylko ma rację bytu, ale znajduje jeszcze większe zastosowanie niż kiedykolwiek wcześniej |
| Barbarzyńcy na horyzoncie |
|
|
| Napisał(a): Paweł Michał Bartolik [Viva Palestyna] | |
| 01.02.2007. | |
|
W bejruckim dzienniku "The Daily Star" z 31 stycznia 2007 r. znajdujemy w ostatnim czasie aż dwie ważne analizy. Pierwsza, przedstawiona przez Jossi Alphera ("Israel never liked Bush's democratization scheme"), dotyczy częściowego rozdźwięku między interesami amerykańskimi i izraelskimi, odzwierciedlonymi różnicami w koncepcjach taktyczno-strategicznych, którym hołdują amerykańskie i izraelskie klasy panujące. Autorem drugiej jest Rami G. Khouri, rozpatrujący odbiór przez różne segmenty społeczeństwa amerykańskiego bliskowschodnich i światowych wydarzeń politycznych po zamachach 11 września 2001 r.
Alpher przyznaje, że istnieją żywotne z punktu widzenia Izraela wspólne interesy z USA. Nie ma jednak mowy o pełnym ich zharmonizowaniu. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w wypowiedziach izraelskich liderów, czy to Rabina wchodzącego w publiczny spór z Kissingerem, czy Menachema Begina, podkreślającego, że Izrael nie jest "republiką bananową", czy Szamira i Netanjahu. "Rozdźwięk z pryncypiami amerykańskiej polityki bliskowschodniej nie zawsze był z punktu widzenia przywódców izraelskich politycznie doniosły. Nieraz jednak rzecz okazywała się pouczająca. Tajna inicjatywa Begina i Mosze Dajana, którzy sprowadzili do Jerozolimy prezydenta Egiptu Anwara Sadata, oraz potajemne rozmowy Rabina i Szimona Peresa z Organizacją Wyzwolenia Palestyny w Oslo zyskały wsparcie Waszyngtonu, gdy ten stał się świadom, że Izrael przyjął z powodzeniem radykalnie odmienną strategię" - pisze Alpher. Równocześnie Izrael wykazuje nieraz dalece idącą niesamodzielność w polityce zagranicznej. Alpher wspomina o Olmercie, odmawiających rozmów z Syrią, gdyż wywołałoby to zbyt wielki rozdźwięk z Waszyngtonem. "Nie ma znaczenia, że demokratyczna większość w Kongresie byłaby skłonna uznać dialog z Syrią, że wypowiedziała się tu przychylnie Grupa Studiów Irackich, ani to, że Bush to zwykła kukiełka, wobec której Izrael mógłby sobie pozwolić na różnicę zdań" - konkluduje. Polityka Olmerta okazuje się - jeśli rozważyć ją z punktu widzenia interesów syjonistycznych - o wiele bardziej nieudolna od polityki jego poprzednika. Wyraźnie widać to, jeśli weźmie się pod uwagę reakcje Szarona na plany inwazji amerykańskiej na Irak. "Szaron odgrywał na zewnątrz rolę cichego sojusznika, nigdy nie krytykując ani nie wspierając awantury irackiej. Jednym z powodów tej względnej ciszy było jasne żądanie Waszyngtonu, by Izrael nie wspierał otwarcie jego inwazji na którykolwiek z krajów arabskich, czy jakiejkolwiek formy interwencji, gdyż oznaczałoby to przekleństwo w świecie arabskim. Lecz nim nadszedł marzec 2003 r., Szaron w niejasnych okolicznościach powiedział prywatnie Bushowi, że rozważał plan iracki. Słowa Szarona - przedstawione tu po raz pierwszy - oznaczały przyjacielskie, niemniej wyraźne ostrzeżenie dla prezydenta Busha. Szaron przyznał, że Saddam Husajn stanowi »poważne zagrożenie« dla Bliskiego Wschodu, oraz, że wedle niego Saddam posiada broń masowego rażenia. Wiarygodne źródła utrzymują jednak, że Szaron odradzał Bushowi okupację Iraku. Wedle innego źródła - Danny'ego Ayalona, ambasadora Izraela w USA podczas inwazji na Irak, obecnego na spotkaniach Busha z Szaronem, Szaron powiedział Bushowi, że Izrael w kwestii planu irackiego »nie ruszy się w tę ani we w tę«" - kontynuuje Alpher. Przytacza następnie Szarona, odradzającego Bushowi przynajmniej demokratyzację Iraku, odwołującego się przy tym do rasistowskiego stereotypu Arabów jako masy niezdolnej do rządzenia się na zasadach demokratycznych. "W sensie kultury i tradycji, świat arabski nie jest zbudowany dla demokratyzacji" - bełkotał Szaron. "Szaron dodał, że trzeba upewnić się, że nie wkroczy się do Iraku bez mającej ręce i nogi strategii odwrotu; bez gotowości do wdrożenia strategii walki z partyzantką, jeśli zamierza się panować nad Irakiem, który w końcu zostanie rozdrobniony na swe części składowe" - przedstawia rzecz Alpher. Mowa tu o scenariuszu, który miałby ogromne znaczenie nie tylko dla Bliskiego Wschodu czy świata arabsko-muzułmańskiego. Prawnomiędzynarodowa zasada uti possidetis (dosł. "jak posiadacie") istniała już w prawie rzymskim, i miała zastosowanie dla legalizacji podboju. W trakcie procesu dekolonizacji odżyła w XIX w. w Ameryce Łacińskiej, mając zapobiec konfliktom granicznym między nowopowstałymi państwami, których obszar odpowiadał zazwyczaj obszarom dawnych kolonii. Weźmy Afrykę Subsaharyjska, w tym samym stopniu chrześcijańskie, muzułmańskie czy animistyczne jej regiony. Granice państwowe do dziś pozostają tam zgodne czy w zasadzie zgodne z podziałami odpowiadającymi dawnym strefom wpływów mocarstw imperialistycznych. Często mają się one jak pięść do nosa do rzeczywistych podziałów etnicznych, przy czym trudno dostrzec w światowym mainstreamie politycznym jakikolwiek koherentny plan załagodzenia wynikających stąd napięć, nie mówiąc już o przełamaniu istniejących sprzeczności. Wiele obecnych wydarzeń w Afryce może okazać się perlistym preludium dla radykalnego zerwania z zasadą uti possidetis na tym kontynencie. Rozpad Iraku może przyspieszyć ten proces. Rzecz jasna taki scenariusz nie pozostanie bez wpływu na resztę świata, przy czym w przypadku Bliskiego Wschodu, jak też Ameryki Łacińskiej, może nie oznaczać to efektu dezintegracji, lecz wręcz przeciwnie, ożywienie tendencji panarabskich oraz - już dziś żywych za sprawą przywódców takich jak Hugo Chávez czy, może w mniejszym stopniu, Evo Morales - panamerykańskich, boliwariańskich. Oczywiście, równie dobrze rozpad Iraku może uruchomić bądź wzmóc zupełnie inne, równie potężne czy nawet potężniejsze od zarysowanych dynamiki. Kwestii palestyńskiej nie sposób rozpatrywać w oderwaniu od tego - choćby ze względu na złożoność i wielowątkowość jej samej, gdzie ucisk ze strony mocarstwa imperialistycznego, wspieranego przez niemal omnipotentnego alianta, splata się z głębokimi podziałami i antagonizmami klasowymi, a także np. płciowymi, w samym społeczeństwie palestyńskim. Podobnie zresztą, jak położenia społeczeństwa izraelskiego. Szaron domagał się od Busha, by ten pamiętał, że Ameryka "dokona podboju, okupacji, po czym pójdzie sobie", dla Izraela nie będzie natomiast ucieczki z nowoukształtowanej konstelacji. Dziś jest już właściwie truizmem, że Amerykanie wkroczyli do Iraku bez jakiegokolwiek całościowego i wewnętrznie spójnego planu panowania nad sytuacją. Noam Chomsky wyraził kiedyś opinię, że zaskoczyła go bezradność potężnego mocarstwa w wykonaniu w gruncie rzeczy prostego zadania pacyfikacji. Tymczasem kilka lat po tym, jak "poczęto nieść wolność Irakowi", można było usłyszeć o konieczności ponownego wyzwolenia Bagdadu. Szaron - z czysto wojskowego punktu widzenia - niewiele się mylił, był po prostu i tak nazbyt optymistyczny. Kto powie, że były premier Izraela nie wziął pod uwagę głupoty Busha, chyba nie będzie mylić się wiele bardziej niż on. Bądź co bądź, amerykańska agresja na Irak, zgodnie z przewidywaniami Szarona, "skutkowała wzmocnieniem Iranu, wroga Izraela numer jeden", konkluduje Alpher. Postrzega on przywódców izraelskich jako moralnie zobligowanych do wskazania sojusznikowi, że "wiele bliskowschodnich inicjatyw politycznych USA było de facto szkodliwych dla izraelskich interesów". Postuluje wszczęcie przez Olmerta negocjacji z Syrią oraz nacisk ze strony Izraela na "pilne" zainstalowanie "mocnego i przyjaznego reżimu w Bagdadzie", by powstałe w wyniku rozpadu Iraku teokratyczne, szyickie i sunnickie, twory państwowe nie szkodziły interesom państwa syjonistycznego. Alpher zdołał przeprowadzić spójną i bardzo cenną analizę niedawnej przeszłości. Równocześnie jednak pozostaje więźniem przesądów orientalistycznych, choć zapewne w mniejszym stopniu niż Szaron, mówiący o immanentnej niezdolności Arabów do osiągnięcia demokratycznej formy społeczeństwa (sam, jak chyba wszyscy podobni mu rasiści, nie potrafił sobie przy tym wyobrazić demokracji innej niż demokracja burżuazyjna). Arab ex definitione nie może się sam reprezentować, musi być reprezentowany. Stąd w analizie Alphera postulaty są oczywiste: choć Izrael ma zachowywać się bardziej elastycznie, w ostatecznym rozrachunku kształt Bliskiego Wschodu zależny ma być przede wszystkim od interesów izraelskich, nie od interesów ościennych. De facto sprowadza się to - jeśli nie wyłącznie, to w znacznej mierze - do postulatu zwiększenia autonomii izraelskich ośrodków decyzyjnych wobec Waszyngtonu. Izrael niczym bliskowschodnia Zosia-samosia prędzej sam będzie wiedział, co zrobić, by barbarzyńcy nie zjawili się na horyzoncie. Arabowie jako samodzielny czynnik zdają się nie odgrywać tu prawie żadnej roli, poza rzecz jasna tym, że stanowią aktualne bądź potencjalne zagrożenie. Tego rodzaju dyskursy orientalistyczne podtrzymuje prawica w praktycznie wszystkich metropoliach systemu kapitalistycznego, wspierana przez koncesjonowanych bojowników o prawa człowieka, koncesjonowanych antymilitarystów, koncesjonowanych działaczy lewicy i radykalnej lewicy, nieraz aż po anarchistów i trockistów. Na każdej prawicy znajdą się względnie skuteczni neutralizatorzy alternatywnych dyskursów - nie czas tu jednak na rozwijanie tych kwestii. Ograniczę się do prześledzenia, co ma do powiedzenia Khouri o percepcji bezpośrednio związanych z Bliskim Wschodem procesów politycznych przez Amerykanów. Wskazuje on - co oczywiście absolutnie nie jest oryginalne - na głębokie podziały wewnątrz "Stanów Zjednoczonych jako całości - obywateli, rządu, mediów i uniwersytetów", które ujawniły się po 11 września. Jak można się spodziewać, biorąc pod uwagę to, że "The Daily Star" zalicza się w poczet prasy burżuazyjnej, nie ma tu mowy o tym, że zjawiska te stanowią jedynie zaostrzony przejaw sprzeczności w łonie amerykańskiego społeczeństwa, wynikających z jego klasowego charakteru. Background klasowy "The Daily Star" ujawnia się zresztą dobitnie w artykule Michaela Younga "Beirut and the sad autumn of the Arabs", datowanym na 1 lutego, w którym znajdujemy ni mniej ni więcej wyłożoną explicite afirmację "zbękarconego arabskiego liberalizmu (lecz niemniej liberalizmu)", jaki za starych dobrych czasów cechował Bejrut. Jak niską trzeba mieć samoocenę i samowiedzę, by coś takiego napisać! Przypominają się słowa Edwarda Saida o Arabie, który wyobraża sobie sam siebie jako Araba wymyślonego w Hollywood. Powróćmy jednak do rozważań Khouriego, które, mimo pewnej ahistoryczności oraz braku, przynajmniej we wspomnianym artykule, nowatorstwa autora przedstawia materiał bez cienia wątpliwości cenny dla analizy. "Niektórzy Amerykanie dokonali pierwszorzędnych analiz, czemu różnorakie grupy na świecie ze zwiększoną częstotliwością wykorzystują terroryzm jako środek ekspresji politycznej, oporu albo wojny ofensywnej. Inni szczególnie media i politycy popadli w panikę i nastroje rasistowskie. Skupiają się niemalże wyłącznie na terrorze stosowanym przez arabskie grupy islamistyczne, tarzając w pierzu i w smole wszystkie polityczne ugrupowania islamistyczne jako śmiertelne zagrożenie, penetrujące podstępnie społeczeństwo amerykańskie, nie rozróżniając przy tym między przestępczym terrorem, uprawnionym oporem i pokojowymi działaniami politycznymi" - czytamy w jego artykule. Dalej Khouri piętnuje - tyleż mało oryginalnie, co słusznie - występującą w takich dyskursach wulgarną binarną opozycję między "światem cywilizowanym" a portretowanym jako barbarzyński światem arabsko-muzułmańskim. Stoi ona - o czym Khouri nie wspomina - u podstaw teorii w rodzaju "zderzenia cywilizacji" Huntingtona, samą zaś osadzona jest w tradycji wywodzącej się od ekskluzywizmu starożytnej Grecji (barbaros: obcy), poprzez imperializm rzymski, po inkwizycyjne doktryny Franciska de Vittorii. Teorie o arabskim barbarzyństwie, serwowane dziś przez plejadę luminarzy od Bernarda Lewisa i Normana Podhoretza, poprzez nieżyjącą Orianę Fallaci po Bogusława Wolniewicza, stanowią zatem wygodny substytut poznania, oraz przede wszystkim sankcjonują panowanie imperialne. Ulegają im także koncesjonowani działacze pokojowi, zawsze czyniący zastrzeżenia na rzecz zachowania jakichś form ekskluzywnego traktowania choćby interesów izraelskich, czy kompradorskie burżuazje samych arabskich peryferii, wyraziciele interesów których zawsze potrafią zareklamować lokalny produkt: zbękarcony, lecz jednak liberalizm. Barbarzyńcą nie jest już wówczas zapewne Arab, lecz arabski proletariusz. Ileż to przez niego kłopotów! Wróćmy jednak do Khouriego: "Szczególnie niepokojące pozostaje rozprzestrzenienie się książek i programów telewizyjnych na ten temat [arabskiego barbarzyństwa]. Z rozmachem budują przerażające scenariusze na bazie drobnych faktów bądź czynów grupek indywiduów. Rzecz jasna, są jednostki i małe grupki Arabów i muzułmanów mówiące źle o Stanach Zjednoczonych, a kilku zaatakowało tamtejsze cele. Zamiast być traktowana jako wyjątek w łonie nieskłonnych do przemocy Arabów i muzułmanów, ta zgraja świrów i przestępców urasta często do globalnego spisku postrzeganego jako bezpośrednie, aktualne, śmiertelne zagrożenie dla USA". Khouri nie odpowiada podobnie manichejskim obrazem jedynego supermocarstwa, choć oczywiście piętnuje przedstawione wcześniej podejście, jako "sfabrykowany świat strachu, ignorancji, histerii i rasizmu". Nie dziwi przy tym przyrównanie obecnej fali reakcji do czasów z początku XX wieku, gdy podobna rola czandali w społeczeństwie amerykańskim przypadła Żydom. Wspomina jednak równocześnie o wzrastającym segmencie rzetelnych intelektualistów amerykańskich, prezentujących "najwyższej jakości, trafne badania i analizy dotyczące grup terrorystycznych". Khouri wymienia w tym kontekście kilkanaście nazwisk. "Głównym wnioskiem płynącym z ich prac pozostaje, że nie istnieje żaden jeden leitmotiv, jedna praprzyczyna różnych rodzajów terroryzmu na świecie. Zniuansowane, wieloaspektowe i oparte na faktach analizy jednostkowych, społecznych i strategicznych motywacji terrorystów dostarczają jasnego obrazu filmowego, zbudowanego z masy stopklatek. Zrozumienie stopklatek pozwoliło nam zrozumieć cały film". Kłóci się to rzecz jasna z prostactwem tych, którzy dostarczają "quasi-rasistowskiej narracji o nienawidzących Ameryki, wrogich terrorystach islamskich, dominującej w kulturze popularnej i politycznej USA". Khouri wskazuje na badania, które wskazują na następujące motywacje jednostek i grup określanych jako terrorystyczne: "obca okupacja wojskowa kraju ojczystego, represje polityczne i upokorzenie w kraju, zemsta, interpretacje religijne, prestiż i status społeczny, alienacja w kraju i w społeczeństwach zachodnich, agresywna polityka zagraniczna potęg zachodnich, »wojna domowa« w społeczeństwach muzułmańskich, charyzmatyczni przywódcy w rodzaju Osamy ben Ladena, mobilizujący zwolenników, doraźne cele polityczne postrzegane przez soczewkę obowiązków religijnych, poczucie braku godności i nadziei na lepszą przyszłość, równoczesne wykorzystanie narracji narodowej, historycznej i uczuciowej przy równoczesnym odniesieniu się do grona lokalnego, regionalnego i globalnego". Czy w tym kontekście wrzucanie do jednego worka Al-Kaidy z Hamasem i Hezbollahem, a nawet wrzucanie do jednego worka Hamasu i Hezbollahu, nie traci nieco na wierzytelności? Trudno to jednak chyba zrozumieć uczonym sługom klas panujących metropolii światowego kapitalizmu. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |