Czego nie powiedziano w dyskusji o emeryturach pomostowych? Drukuj Email
Napisał(a): Wojciech Figiel [socjalizm.org]   
28.11.2008.

Emerytury pomostowe stały się zdecydowanie najważniejszym tematem społecznym tej jesieni. Media głównego nurtu pełne są wielu informacji na temat samych „pomostówek” oraz działań związków zawodowych w ich obronie przemilczając jednak najważniejszy aspekt całego rządowego projektu zmian.

Kwestia „reformy” emerytur pomostowych, zwanych także wcześniejszymi, ciągnie się już od dziesięciu lat. Nawet bowiem ultraliberalny rząd AWS-UW nie posunął się tak daleko, by zlikwidować „pomostówki” przy okazji swoich czterech reform z 1999 roku. Wprawdzie udało się rozwalić cały system emerytalny, ale likwidację wcześniejszych emerytur uznano widocznie w tamtym czasie za zbyt niebezpieczną, ze względu na jej konsekwencje społeczne. Datę dyskusji nad emeryturami stale przekładano, aż w końcu nadszedł czas ostatecznej rozgrywki.

Nie jest przypadkiem, że to właśnie rząd PO-PSL zdecydował się na ostateczną konfrontację ze związkami zawodowymi wiedząc, że członkowie tych ostatnich nigdy nie zrezygnują z walki o wcześniejsze emerytury dla tych, którzy pracują „w szczególnych warunkach i szczególnym charakterze”.

Media głównego nurtu, jak to zwykle bywa, zaczęły sypać jak z rękawa „informacjami” na temat „pomostówek”. Podawane przez nie „fakty” budzą u każdego nawet lekko prospołecznie usposobionego obywatela tego kraju oburzenie. Katalog nadinterpretacji, medialnych nadużyć lub po prostu kłamstw jest tak długi, że atramentu by nie starczyło, by go opisać.

Warto zwrócić też uwagę Czytelników na to, że dyskusja ta wybuchła dopiero tuż przed końcem terminu rozpatrywania ustaw o wcześniejszych emeryturach. Związki zawodowe i inni przeciwnicy odebrania uprawnień do „pomostówek” takim grupom jak nauczyciele czy kolejarze postawieni zostali przez rząd de facto przed faktem dokonanym. „Albo przyjmiecie to, co my proponujemy, albo nikt nie będzie dostawał emerytur pomostowych w tym kraju” – jasno dają do zrozumienia politycy PO.

I w rzeczy samej taki właśnie scenariusz jest najbardziej prawdopodobny. Bo nawet jeśli koniec końców w życie wejdzie ustawa gwarantująca „pomostówki” ponad 200 000 pracownikom, to i tak nikt nie mówi, że z takiego uprawnienia będą oni mogli skorzystać. Pracodawcy, szczególnie prywatni, znajdą tysiąc sposobów i kruczków prawnych, by ominąć przepisy i nie dać pracownikom tego, co im się wedle prawa należy. Starczy przenieść pracownika na inne, mniej niebezpieczne stanowisko i zatrudnić nowego, który już tymi uprawnieniami nie będzie objęty, ponieważ emerytury liczone są w powiązaniu od ilości lat przepracowanych w szczególnych warunkach. Zresztą i tak nowe przepisy przewidują, że do 2020 roku w ogóle zniesione zostaną uprawnienia do emerytur pomostowych. Takich kruczków i sztuczek – w starych i nowych przepisach – jest na pewno dużo więcej, a kapitał nie zawaha się przed ich użyciem. Nędza pracownicza rosnąć będzie - jak najbardziej – w majestacie prawa. Oczywiście o tym media głównego nurtu już nie będą tak chętnie mówiły.

Skąd jednak taki nacisk na uchwalenie nowych przepisów akurat teraz? Dlaczego PO nie przedłużyło obowiązywania dotychczasowych ustaleń jeszcze o rok, tak jak robiły to poprzednie ekipy? (nadmieńmy zresztą, że projekty PiS-u w zakresie „pomostówek” były bliźniaczo podobne do tych lansowanych przez PO)

Rządzący i finansujące ich elity biznesowe zdają sobie sprawę, że nadchodzące czasy będą wymagały zaciskania pasa… oczywiście nie własnego tylko ich pracowników. Nawet w czasach rzekomej powszechnej prosperity realne płace pracownicze w takich krajach jak Stany Zjednoczone utrzymywały się na tym samym poziomie (bądź lekko spadały) przez ostatnie trzydzieści lat. W Hiszpanii w latach 1995-2006 udział płac pracowników w gospodarce zmalał z 46% do 41% - mimo podwojenia ilości zatrudnionych. Kilka lat temu brytyjski tygodnik „The Economist” szacował, że aby włoscy przedsiębiorcy uzyskali ponownie dobrą stopę zysku należałoby zwolnić 500 000 pracowników, a reszcie od zaraz obniżyć płace o 30%.

Polska nie może uciec od tego globalnego kontekstu. W walce o konkurencyjność dla swoich towarów na rynku europejskim, polski kapitał był zmuszony do utrzymywania możliwie jak najniższych zarobków dla pracowników. Przereklamowane wzrosty płac pracowniczych w żaden sposób nie korespondowały ze wzrostami dochodów banków i wielkich koncernów. Dochodów, od których – dodajmy – przeważnie nie płaci się podatków.

Histeria BCC i innych pokrewnych gremiów wokół emerytur pomostowych ma swoje realne przesłanki ekonomiczne. To prawda, że im emerytury pomostowe się nie opłacają. Najchętniej wyrzuciliby je do śmietnika wraz z innymi propracowniczymi przepisami – w końcu po to stworzyli takie partie jak PO (ta inwestycja zawsze się opłaca). Unia Europejska niedawno uchwaliła dyrektywę, na mocy której legalny jest 60-godzinny tydzień roboczy. Z Unii masowo wyrzucani są imigranci - wszystko to w atmosferze ksenofobicznej i rasistowskiej propagandy. To jednak za mało, by przywrócić stopę zysku. Ciąć trzeba dalej. Największa recesja od lat 30-tych dla nich oznacza tylko i wyłącznie najgłębsze cięcia w wydatkach społecznych od II Wojny Światowej.

Oficjalną polityką biznesu staje się powoli „pracuj aż padniesz”. Wydłużany jest wiek emerytalny, zabierane są uprawnienia do wcześniejszych emerytur, wydłużane są godziny pracy… Statystyki dowodzą, że przeciętny belgijski pracownik śpi o godzinę krócej niż 10 lat temu.

Zjawisko to jednak nie jest niczym nowym i nie powinno być dla nas, ludzi lewicy, zaskoczeniem. Już Karol Marks przed 150 laty krytykując kapitalizm pisał, że kapitał może wyciągnąć wartość dodatkową z pracownika na dwa sposoby. Albo inwestując w technologie (będzie to wtedy względna wartość dodatkowa), albo wydłużając czas pracy (bezwzględna wartość dodatkowa). Najwyraźniej dzisiejsze klasy rządzące, w obliczu impasu ekonomicznego, ale także i impasu intelektualnego w ich szeregach, mogą wyłącznie uciec się do tego drugiego sposobu.

Całe pustosłowie medialne mówiące o większej średniej długości życia, o tym jak to ludzie po 70-tce chcą pracować, o zaletach starych, wykwalifikowanych pracowników, o lenistwie związkowców itp. itd. omija kwestię zasadniczą. Kwestię zysków wielkiego kapitału, które topnieją w obliczu kryzysu ekonomicznego. Działania Komisji Europejskiej i wszystkich rządów w UE prowadzone są wedle jednego motywu – za wywołany przez nas – finansistów, bankierów i przemysłowców – kryzys zapłacicie Wy - pracownicy, emeryci, renciści, uczniowie i studenci. Czy naprawdę musimy umierać za ich zyski?
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing