"Cud" Jasnogórski Drukuj Email
Napisał(a): Piotr Kuligowski [socjalizm.org]   
30.08.2007.
 
Szesnaście rozbitych szyb, zniszczone koło od armaty, jeden poległy żołnierz (którego przez pomyłkę zabili swoi) i trzech zabitych cywilów - to cena za wydarzenie, które stało się zaczątkiem jednego z największych mitów polskiej historii.
 
Mit historyczny można zdefiniować jako głoszenie specyficznej wykładni dziejów, uważanej za jedyną prawidłową i prawdziwą. W takim rozumieniu pojęcie to wpływa na świadomość społeczną. Polska nie jest w tym względzie wyjątkiem. Mit obrońców i cudów funkcjonuje w historiografii każdego praktycznie kraju na świecie. Grecy mają Termopile i 300 Spartan, Żydzi mają Masadę - górską twierdzę, gdzie w 72 r. n.e. powstańcy żydowscy bohatersko bronili się przeciw legionom rzymskim. Francuzi wspominają Verdun z I wojny światowej. Nawet Amerykanie postrzegają – absolutnie fałszywie zresztą – obronę klasztoru Alamo przez ochotników pod dowództwem Davy'ego Crocketta i Jamesa Bowe'a w 1837 r. jako obronę demokracji przeciwko meksykańskiemu despotyzmowi.

Jednakże historia Polski wydaje się być przepełniona mitami. Dlatego walka z takowymi zakłamaniami(!) jest tu szczególnie ważna. I nie jest to wcale przejaw antypolonizmu. Jest to prostu trzeźwe spojrzenie na historyczne fakty, wolne od patetycznych interpretacji w endeckim duchu.

Powyżej przytoczono straty, które ponieśli obrońcy klasztoru częstochowskiego. Po co Szwedzi w 1655 r. zdobywali Częstochowę? Nie była ona "kurnikiem", jak ją ponoć nazwał generał Mueller, głównodowodzący oblężeniem, ale ważnym punktem oporu przy granicy z habsburskim Śląskiem, gdzie przebywał król Jan Kazimierz. Panowanie nad klasztorem miało dla Szwedów pewne znaczenie militarne, gdyż utrudniało komunikację między Śląskiem a Wielkopolską oraz organizowanie antyszwedzkiej partyzantki. Był też drugi powód - Szwedom kończyły się po prostu pieniądze na utrzymanie własnej armii i przekupywanie polskich stronników; nic więc dziwnego, że kusiło ich złoto z klasztornego skarbca. Jednak trzy tygodnie przez oblężeniem, tj. 28 października, ksiądz Augustyn Kordecki (przeor zakonu) zwrócił się do feldmarszałka Arvida Wittenberga z prośbą o wydanie listu "Salve Gwardia". Taki list w zamian za uznanie władzy króla Szwecji Karola Gustawa dawał gwarancję nietykalności dóbr. Więc być może Mueller zaatakował Jasną Górę przez... pomyłkę! Szwedzki król kazał mu zająć Częstochowę, ale nie klasztor. Generał tłumaczył, że chce wprowadzić do klasztoru swoją załogę, aby zapewnić mu bezpieczeństwo. Ku jego zaskoczeniu, przeor odmówił wpuszczenia obcych żołnierzy.

Wojsko szwedzkie nadciągnęło pod klasztorne mury 18 listopada. Kordecki oceniał ich siły na 9 tys., jednak na początku było ich zaledwie... 1100! W pierwszych tygodniach grudnia liczebność wojsk oblegających wzrosła do 3 tys. Daleko było do owych 9 tys. "Daków, Scytów i Tatarów" o których pisał przeor. Klasztoru broniło ok. 160 żołnierzy, a oprócz tego szlachta i zakonnicy, z których część miała przeszkolenie wojskowe. Łącznie nie więcej niż 250 ludzi. Z pozoru różnica sił na korzyść Szwedów wygląda imponująco.

Co zatem przesądziło o sukcesie obrońców? Kordecki uważał, że klęski spadły na Szwedów dlatego, że obrońców wspierała Matka Boska z obrazu. Tyle że obrazu Madonny wówczas w klasztorze nie było, bo zapobiegliwy przeor wysłał go do Głogówka.

Przeor szczegółowo opisywał plagi, jakie spadały na oblegających: "Słyszano od samych Szwedów w obozie, że kule działowe przeciw klasztorowi wystrzelone odskakiwały od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały". Jedna z takich kul zdruzgotała działo, a "artylerzysta przy nim stojący zabitym został". To znów jeden z żołnierzy szwedzkich "bluźnił był bezecnymi usty przeciw czci Najświętszej Panny" - i padł od kuli działowej. Śmierć chodziła też za samym Muellerem - a to kula wpadnie do namiotu podczas uczty, a to zabije jego siostrzeńca (pod Częstochową siostrzeńca nie było).
Szwedzi początkowo nie mieli piechoty zdatnej do walki oblężniczej i armat, które mogłyby skutecznie razić mury. Napastników ostrzeliwało 16-20 dział trzy- czterokrotnie większych od szwedzkich. Dopiero około 10 grudnia przybyły moździerze i sześć dział oblężniczych, w tym dwa półkartauny, z których jeden wyleciał w powietrze (nie za sprawą Andrzeja Kmicica, lecz ze starości i zmian temperatury spowodowanych mroźną pogodą). Regularny ostrzał klasztoru trwał zaledwie 10 - 12 dni - Szwedom brakowało po prostu kul i prochu.

Kordecki toczył negocjacje z Mullerem nie z pozycji patrioty wiernego Janowi Kazimierzowi, lecz z pozycji zdezorientowanego lojalnego obywatela, który niespodziewanie został napadnięty przez zdezorientowanego generała. Na pozór zgadzał się on na przyjęcie szwedzkich wojsk, jednak nieustannie przedłużał negocjacje, mnożył zastrzeżenia... 26 grudnia Szwedzi odstąpili od oblężenia.

Obrona Jasnej Góry pozostałaby zapewne jednym z epizodów potopu, gdyby nie to, że żona Jana Kazimierza Maria Ludwika Gonzaga dostrzegła w nim propagandowe znaczenie dla przyszłości Korony. Zainspirowała ona Kordeckiego do napisania "Novej Gigantomachii", w której tkwią korzenie archetypu Polaka-katolika. Przeor w dziele tym wytyczył ostrą linię podziału - po jednej strony stali innowiercy z heretyckim królem Karolem Gustawem, po drugiej Polacy - katolicy z prawowitym monarchą. Zwycięstwo w tym starciu miało więc charakter zwycięstwa ideologicznego.

Kto by pomyślał, że wiele lat później ateista Roman Dmowski przekuje archetyp Polaka-katolika w jeszcze skuteczniejsze polityczne narzędzie, a ojciec Rydzyk obierze sobie Maryję za symbol rozgłośni, która niczym tarcza chronić będzie Polaków przed złowrogim wpływem modernizacji.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing