|
O tym, że kondycja polskiej lewicy jest – wbrew społecznemu zapotrzebowaniu – obecnie bardziej niż mizerna, przekonywać nikogo raczej nie trzeba. Na pytanie, dlaczego tak jest, próbował odpowiedzieć już niejeden, zaś z dokonanych przy tej okazji rozważań wyciągane były skrajnie różne wnioski, w tym sugestie całkowitego zaprzestania działalności lewicowej jako „przestarzałej”. Niedawno swoją propozycję rozwiązania tego problemu wskazał Piotr Ciszewski w artykule pt. „Mit masowości”. Jak na przedstawiciela tzw. radykalnej lewicy przystało, wizje działania przedstawione przez Ciszewskiego są proste, zdecydowane i konkretne. Autor tekstu wydaje wojnę zgubnym jego zdaniem tradycjom i strategiom, piętnując kilka zaiste godnych potępienia zjawisk. Niestety, równolegle z konkluzjami zupełnie słusznymi prezentuje wnioski i zalecenia, które nie pomogą ani polskiej, ani w ogóle żadnej lewicy.
Zaślepienie „czystej lewicy”
Jak zresztą wskazuje sam tytuł tekstu, artykuł ma w założeniach obalać wielce szkodliwe przekonania polskich lewicowców, które rzutują na obecną kondycję polskich ruchów antykapitalistycznych. Na dobry początek Ciszewski podważa jeden z kluczowych postulatów lewicy – działanie wewnątrz ruchu pracowniczego.
Jego zdaniem polskie centrale związków zawodowych, zwłaszcza OPZZ, to organizacje do szpiku kości skorumpowane, zbiurokratyzowane i nieskuteczne, w dodatku splamione najcięższym grzechem – współpracą z SLD. Dla prawdziwego lewicowca winno to oznaczać tylko jedno – pod żadnym pozorem nie należy podejmować z nimi współpracy. Zamiast tego porządny antykapitalista tworzy własną, kilkuosobową organizację i przygotowuje z nią happeningi, rozwiesza plakaty o radykalnej wymowie lub angażuje się w doraźne działania lokalne. Nigdy jednak nie współpracuje ze związkiem zawodowym, bo jego kierownictwo to karierowicze. W ten sposób, teoretycznie walcząc o prawa pracowników, antykapitalista według modelu Ciszewskiego zawsze rozmija się z samymi pracownikami. Kiedy oni – wbrew medialnej nagonce i bezpośrednim szykanom ze strony pracodawcy – zakładają w swoim zakładzie pracy związek zawodowy, czystej krwi radykał winien zainteresować się przede wszystkim tym, czy afiliowali go we właściwej centrali. Jeśli znaleźli się wśród 900 tys. członków OPZZ – przykro nam, wszyscy ci ludzie to zwykli biurokraci, lewicowiec nie pobrudzi sobie rąk współpracą z nimi. Uwadze Piotra Ciszewskiego uchodzi całkowicie fakt, że pracownicy, którzy postanowili bronić swoich praw zrzeszając się i dołączając do jednej z dużych central kierują się zupełnie innymi pobudkami i interesami niż zbiurokratyzowane kierownictwo krajowe czy nawet regionalne.
Zresztą nie tylko tego faktu nie dostrzegł autor „Mitu masowości”. Cytując dosłownie artykuł: „ogromne zakłady pracy nie są [dziś] głównym miejscem łamania praw pracowniczych”. A kopalnia „Budryk”? Czyżby w jego optyce była ona porównywalna z osiedlowym sklepikiem? A wszystkie hipermarkety? Czyżby uwadze prawdziwego lewicowca uszły dramatyczne wypadki, do których co i rusz dochodzi w polskich zakładach pracy? Chyba tak, skoro za jego zdaniem o wiele ważniejsze jest dla współczesnej lewicy zajęcie się problemem np. łamania praw lokatorów. Racją jest, że łamanie tychże praw jest problemem, jednak sugerowanie, że ważniejszym dla lewicy polskiej niż kwestia pracownicza świadczy o przerażającym wręcz oderwaniu od rzeczywistości. Tymczasem siłą lewicy zawsze była umiejętność dialektycznej i materialistycznej (ergo: realistycznej i pozwalającej na skuteczene prognozowanie) analizy otaczającego świata, a następnie wyciągania z niej wniosków pozwalających na opracowanie najlepszej w danych okolicznościach strategii i taktyki.
Dokąd prowadzi niewiedza
Piotr Ciszewski nie widzi jednak potrzeby dokonywania tej analizy. I sam nie zauważa, w jak ślepy zaułek prowadzi go tego typu strategia. Teoretycznie jest zdeklarowanym przeciwnikiem kapitalizmu i nawołuje do jego obalenia. Teoretycznie leży mu na sercu los ludzi pracy. Proponuje jednak zdumiewające metody działania, które – co udowodniła historia - nie prowadzą do sukcesu.
Rozprawiając się werbalnie ze zwolennikami aktywności w ruchu pracowniczym, Ciszewski pokazuje przy okazji, ze tak naprawdę nie za bardzo wie, przeciwko czemu występuje. Piętnuje bowiem tę taktykę jako chęć „położenia czapki” na gotowych już strukturach i prostego zwiększenia liczby członków swojej organizacji poprzez wcielenie do niej ludzi dotąd zrzeszonych gdzie indziej. Tymczasem sens tego rodzaju działań leży zupełnie w czym innym. Polscy działacze aktywni w ramach struktur LiD i OPZZ nie liczą na to, że zbiurokratyzowane kierownictwo tych organizacji nagle stanie się żarliwym obrońcą praw pracowniczych. Wiedzą oni jednak, że także tam znaleźć można ludzi, którym idee lewicowe naprawdę leżą na sercu. Nawet jeśli są oni poważną mniejszością, i o tą mniejszość warto zawalczyć. Należy podkreślić raz jeszcze, iż punkt widzenia przeciętnego Kowalskiego zrzeszonego w OPZZ jest odmienny od optyki Olejniczaka i jemu podobnych. Właśnie tam, wśród zwykłych pracowników, jest miejsce aktywistów lewicowych. Poprzez mądrze rozplanowaną pracę są oni w stanie pokazywać im, że nie trzeba godzić się z wyzyskiem, że inny świat jest możliwy. I nie jest naczelnym celem takich działaczy nagłe powiększenie liczebności swojej organizacji o tysiące członków OPZZ, ale zaprezentowanie pracownikom jakiejś politycznej oferty, na którą oni czekają i po którą do tychże organizacji przyszli. Nikt nie liczy na duchowe, polityczne czy jakiekolwiek w ogóle odrodzenie ociężałej biurokracji związkowej. Poprzez działanie w ruchu tworzy się jednak szanse na aktywizację pewnej części członków związków, która – jeśli podejmie właściwą taktykę działania – może istotnie wpłynąć na kształt całego ruchu i na dalszy bieg wydarzeń w kraju. Natomiast pozostawiając pracowników bez alternatywy, nie pokazując im żadnej możliwej innej drogi, lewica działająca poza ruchem jedynie popycha ich w ramiona czy to politycznej apatii, czy to prawicowego populizmu. Pracownik nie zagłosuje na nieznaną mu małą organizację, której radykalnie brzmiąca nazwa nic mu nie mówi. Prędzej odda swój głos na PiS, słysząc jego hasła solidarności społecznej.
Krytyka związków w wykonaniu Ciszewskiego ma jednak jeszcze jeden poważny aspekt. W obecnej atmosferze medialnych ataków na wszelkie prawa pracownicze, a związki zawodowe w szczególności, jego wypowiedzi na temat OPZZ i sensu działania wśród pracowników wspierają – choć pewnie wbrew intencjom autora – pracodawców przeciw pracownikom, wyzysk przeciw ideom lewicowym. Sugerując faktyczne rozbicie jedności lewicy z pracownikami najemnymi Ciszewski sytuuje się po stronie „niezależnych ekspertów” z KPP Lewiatan i zadaje lewicy dodatkowy cios, chociaż nazywa to zgoła odwrotnie.
Na tym jednak nie koniec. Równie stereotypowe, nie poparte chośby szczątkową refleksją tezy głosi Piotr Ciszewski na temat marksizmu–leninizmu i związanej z nim koncepcji działania, którą uważa on (czy może raczej bezmyślnie powtarza często pojawiające się w polskich mediach sądy) za autorytarną i dławiącą inicjatywę szeregowych członków. Zdaniem autora „Mitu masowości” centralizm demokratyczny to „ścisły podział na wodzów różnych grup i ludzi od wykonywania zadań”. Można by się zastanowić, skąd Piotr Ciszewski czerpie tego rodzaju wiedzę na temat marksizmu? Na pewno nie ze źródeł. Bardziej prawdopodobne jest, że idąc za głównym nurtem zakłada on, że przykładem prawdziwej partii marksistowskiej była PZPR, zaś totalitarne praktyki ZSRR od lat 30. czy też PRLowska karykatura socjalizmu to właśnie cel wszystkich marksistów. To, że konsekwentnie i od dziesięcioleci (począwszy od prac Lwa Trockiego z końca lat 20., poprzez analizy Teda Granta i współczesne teksty Alana Woodsa) tłumaczą oni, że nie popierają zamordyzmu, niszczenia oddolnych inicjatyw i dyktatury Politbiura, Piotra Ciszewskiego nie jest w stanie przekonać.
Koszmarnie brzmią też stwierdzenia o całkowicie błędnej „leninowskiej koncepcji przechodzenia ilości w jakość” (w rzeczywistości o wiele starsza, datująca się jeszcze z czasów Hegla, a w konkretnym kontekście artykułu zinterpretowana w sposób wyjątkowo prymitywny) czy też sugestie, jakoby sam Karol Marks nakazywał swoim zwolennikom czekać bezczynnie na wybuch społecznego niezadowolenia, gdyż kapitalizm prędzej czy później musi upaść sam. Ponownie Ciszewski zdradza całkowity brak wiedzy. Marks pisał bowiem o następstwie formacji społeczno–ekonomicznych, dokonał dogłębnej analizy funkcjonowania kapitalizmu i wskazał jego główne słabości, które mogą doprowadzić do jego upadku. Zawsze jednak zaznaczał konstruktywną rolę samych aktywistów i wreszcie pracowników. To ich działania, ich wystąpienie przeciwko systemowi miało stać się ostateczną przyczyną jego klęski. Marks – a w większym nawet stopniu klasycy lewicowi XX wieku – podkreślali, że kapitalizm za darmo skóry nie odda, a walka o zastąpienie go bardziej sprawiedliwym systemem będzie ciężka i wymaga odpowiedniego przygotowania i ogromnej determinacji.
Alergia antyprzywódcza
Ciszewski prowadzi ślepą, niczym nie uzasadnioną walkę przeciwko wszelkim formom przywództwa ruchów społecznych. Tymczasem w warunkach globalnego kapitalizmu wraz z jego machiną propagandową i pauperyzacją coraz szerszych mas ludności pracowniczy ruch masowy nie jest w stanie natychmiast, doraźnie opracować strategii działania na dłuższą metę, wypracować najlepszych taktyk na bieżącą chwilę, zanalizować sytuacji i odpowiednio szybko podjąć kluczowych decyzji. Nie wynika to bynajmniej z głupoty ludzi pracy. Nie oni sami postawili się w swojej obecnej sytuacji, lecz celowo są stale utrwalani w przeświadczeniu o niemożliwości zmian na lepsze, konieczności pogodzenia się z losem itp. Nadchodzą jednak chwile, w których pracownicy postanawiają powiedzieć „dość” wyzyskowi i nędzy. Wtedy wiedzą dobrze, że dotychczasowa sytuacja jest nie do przyjęcia i dzięki swojej mobilizacji są w stanie obalać rządy, jak to już wiele razy w historii miało miejsce.
Historia uczy nas jednak także tego, że ruch masowy można skanalizować w kierunku kapitalistycznych rozwiązań, sprowadzić na manowce umiejętnymi manewrami... Wtedy potrzebni są właśnie konsekwentni socjaliści. Oni będą wewnątrz ruchu przedstawiać swoją propozycję działań, wskazywać strategię, udowadniać, że proponowane przez konsekwentną lewicę rozwiązania są naprawdę najlepszymi dla ludzi pracy. Będą mieli do tego niezbędną wiedzę, której zwykły pracownik w systemie kapitalistycznym posiąść na ogół nie ma możliwości. Aby jednak ludzie zechcieli słuchać socjalistów, muszą ich znać, muszą im zaufać. Czy zaufają małej, nieznanej, hałaśliwej grupce?
Twierdzenie, jakoby kierownictwo miało do odegrania niezwykle ważną rolę w rozwoju sytuacji społecznej nie jest tylko kolejną lewicową teorią. Jego słuszność ciągle potwierdza się na naszych oczach. Świetnym przykładem może być Boliwia. Na początku XXI w. potężny ruch robotniczo – chłopski w tym kraju zdołał obalić dwóch prezydentów i przeciągnąć na swoją stronę nawet policję i część armii. Nie zrealizował jednak wszystkich swoich celów, gdyż w decydującym momencie nie znalazł się nikt, kto dostrzegłby, co trzeba w tym kierunku robić.
Afirmacja kanapowości
Zaufanie ze strony pracowników nie jest jednak zdaniem autora tekstu do niczego potrzebne. Ciszewski usiłuje przekonać czytelnika, że kilkuosobowe happeningi mogą mieć silniejszy polityczny wydźwięk niż manifestacje z udziałem kilku tysięcy osób. Czy kiedykolwiek w historii pracownikom udało się wywalczyć jakąś zmianę na lepsze poprzez organizowanie kilkuosobowych happeningów? Czy kiedykolwiek przeprowadzenie tego rodzaju akcji zdołało wstrząsnąć antypracowniczym rządem, skłonić do wycofania kolejnych zmian w interesie posiadaczy? Odpowiedź na te pytania znowu wypływa z historii. Nie. By robotnicy mogli skłonić niechętny im rząd do rezygnacji z wymierzonych w nich projektów, potrzebna jest wyraźna i jednoznaczna demonstracja siły zorganizowanego ruchu masowego. Zorganizowanego, zjednoczonego i zdeterminowanego. Ruch ten nie ma nic wspólnego z piętnowanymi przez Ciszewskiego działaniami tych lewicowych małych grup, które dla dodania sobie autorytetu i animuszu tworzą na papierze sztuczne struktury i dopisują sobie fikcyjnych członków. Akurat z tym zarzutem autora „Mitu masowości” nie sposób się nie zgodzić.
Co robić? Zadziwia zatem, gdy po tak bezkompromisowej krytyce wszelkich form docierania do szeregowych pracowników najemnych, Ciszewski nieoczekiwanie uświadamia swoich czytelników, że prawdziwie lewicowy ruch powinien być budowany od podstaw. Zdanie to jest wprawdzie całkowicie słuszne, jednak wprowadza do całego artykułu pewien paradoks. Ciszewski mówi o docieraniu do zwykłych ludzi, podczas gdy zaledwie kilka akapitów wyżej odżegnywał się od wszelkiej współpracy z organizacjami, w których mógłby owych zwykłych ludzi znaleźć. Można zatem wyciągnąć wniosek, że w ramach lewicowej aktywności dobry jest każdy, kto nie należy do SLD i OPZZ. W ramach zajadłej walki z wszelkim kierownictwem autor „Mitu masowości” zaznacza zresztą, że niewskazane jest nie tylko dążenie do budowy organizacji masowej. Tak naprawdę nie należy w ogóle budować organizacji, a już pod żadnym pozorem partii politycznych. Zamiast tego Piotr Ciszewski sugeruje stworzenie luźnych grup, które będą podejmowały konkretne akcje na rzecz społeczności lokalnej. Cóż, chwała autorowi, że zachęca do społecznej wrażliwości i podejmowania akcji, które na pewno konkretnym ludziom pomogą. Pytanie tylko, jaki będzie bardziej długofalowy skutek tego rodzaju działalności.
Historyczne doświadczenia wskazują, że skuteczną odpowiedzią na nędzę milionów ludzi na całym świecie jest tylko walka z samymi podstawami systemu kapitalistycznego. Lewica współczesna obok doraźnych działań polepszających życie lokalnych społeczności musi tę walkę podjąć. Uczyni to najlepiej, jeśli będzie działać wewnątrz ruchu pracowniczego i samym pracownikom wskazywać drogę. Jak pokazał najlepiej przykład rosyjski, ale i kubański czy wenezuelski kapitalizmu nie obalają małe grupki, które organizują happeningi i kleją wlepki. Mogą go obalić jedynie ruchy masowe z socjalistycznym kierownictwem. I to właśnie niedostateczna świadomość tego faktu, a nie „błędne” tradycje marksistowskie są zmorą współczesnej lewicy polskiej. Miejsce lewicy jest w ruchu pracowniczym, a nie na kilkuosobowej manifestacji, której wprawdzie nikt nie zauważy, ale na której nie było ani jednego „biurokraty” z OPZZ. Tekst Piotra Cziszewskiego pod tytułem "Mit masowości" można znaleść tutaj |