Zaprzepaszczona masowość – w 27. rocznicę bydgoskiego marca Drukuj Email
Napisał(a): Piotr Kuligowski [socjalizm.org]   
03.03.2008.

 Bydgoskie wydarzenia z marca 1981 roku do dziś są przedmiotem wielu gorących sporów politologów i historyków. Cześć z nich, wywodząca się przede wszystkim ze środowisk postpezetpeerowskich, poddaje je najczarniejszej demonizacji. Inni z kolei, jak np. „wybitny znawca”  komunizmu Richard Pipes pieją nad nimi z zachwytu i zachłystują się każdą kolejną rocznicą tych wydarzeń. W takich okolicznościach bardzo ważne jest, by do owych zdarzeń podchodzić z większą rezerwą i obiektywizmem oraz wyciągać bardziej konstruktywne wnioski. Aby jednak tego dokonać, trzeba rozpatrzeć bydgoski marzec w dużo szerszym kontekście.

W walce o prawdziwy socjalizm

Sytuacja na początku lat 80. w Polsce Ludowej nie wyglądała różowo. Kraj po okresie rządów Edwarda Gierka był bardzo zadłużony, w 1980 roku pierwszy raz po wojnie doszło do spadku PKB. Z drugiej strony Polacy mieli w pamięci niedawne gierkowskie sukcesy w kwestii podniesienia standardów życia i domagali się kontynuacji tej polityki. W takich okolicznościach niezadowolona ze swego bytu klasa robotnicza postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Doszło do wybuchu serii strajków – początkowo w Lublinie i Świdniku, później w Stoczni Gdańskiej, gdzie narodziło się słynne 21 postulatów, wśród których znajdował się m.in. punkt dotyczący samodzielnej organizacji w związki zawodowe, które miały przemawiać do "rządu robotniczo-chłopskiego" w imieniu "ludu pracującego miast i wsi". Władze, w obliczu nadchodzącego krachu gospodarczego zgodziły się na powstanie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” z Lechem Wałęsą na czele.

Wbrew pozorom i głoszonym współcześnie opiniom, nowo powstała antypeerelowska siła miała początkowo bardzo lewicowe zabarwienie (widoczne wyraźnie we wspomnianych powyżej 21 postulatach), a protestujący często skandowali hasła, takie jak „socjalizm tak, wypaczenia nie”. Robotniczy ruch Solidarności okazał się zresztą urzeczywistnieniem starej prognozy Lwa Trockiego (rozwinięta później przez Teda Granta), że proletariat w pseudosocjalistycznym bloku wschodnim któregoś dnia, zmotywowany przez złe warunki ekonomiczne, zbuntuje się przeciwko systemowi, ale nie będzie domagał się kapitalizmu, tylko socjalizmu bez wypaczeń. Obaj panowie przewidywali także, iż pracownicy w swoich działaniach nie będą odwoływali się do marksizmu (który został im obrzydzony przez propagandę), ciężko też im będzie o konsekwentnie lewicowe kierownictwo, i dlatego mogą oni zostać bardzo łatwo wyprowadzeni w pole.

Po bardziej dokładnym zapoznaniu się z ideami socjalistycznymi i skonfrontowaniu bytu takiego, jak Polska Ludowa z wizją państwa opisanego w dziełach Marksa i Engelsa można bardzo szybko dojść do wniosku, że twór powstały po II wojnie światowej daleki jest od owego komunistycznego ideału. Dowody na poparcie tej tezy nasuwają się same. Co ma bowiem wspólnego państwo, w którym łamane są prawa człowieka, nie ma wolności słowa, zrzeszania, prasy i mediów, partia rządzi autorytarnie, a  fabryki znajdują się pod ścisłą kontrolą rządowego aparatu z wizją kraju bezklasowego, w którym środki produkcji zostaną wprawdzie znacjonalizowane, ale będą oddane pod kontrolę pracowników? Słynna teoretyczka socjalizmu Róża Luksemburg powiedziała kiedyś, że „Socjalizm ze względu na samą swoją naturę nie może zostać nikomu narzucony, wprowadzony rozkazem... Bez wyborów powszechnych, bez nieograniczonej wolności prasy i zrzeszania się, bez swobody wymiany poglądów zamiera życie w każdej publicznej instytucji, a aktywna pozostaje jedynie biurokracja.” To ona jest też autorką słynnych słów: „nie ma socjalizmu bez demokracji.” Czy PRL pasuje do wymienionych przez nią kryteriów? Zdecydowanie nie.

W obliczu recesji gospodarczej Polacy żądali od rządu poprawy bytu, której jednak ten nie mógł im zapewnić. Nie ma się co dziwić, że w takiej sytuacji doszło do masowego zrywu robotników i chłopów przeciwko ówczesnemu systemowi, który zupełnie nie spełniał ich oczekiwań. Należy jednak mieć poważne wątpliwości, czy ludzie popierający NSZZ „Solidarność” byli dokładnie zorientowani w zamiarach Lecha Wałęsy i spółki. Poza tym wydaje się wielce wątpliwe, czy dążenia liderów związku były kompatybilne z tym, o co walczyli zwykli ludzi. Warto uwzględnić tutaj fakt, iż część solidarnościowców z dużą łatwością odnalazła się później w kapitalizmie. Zresztą pierwszy prezydent III RP 30 sierpnia minionego roku na falach radiowej jedynki przyznał bez ogródek, że już wtedy zdawał sobie sprawę z negatywnych skutków kapitalizmu, ale nie mógł powiedzieć o nich strajkującym robotnikom, ponieważ upadłaby ich wola walki! Nawet po transformacji ustrojowej z 1989 roku Solidarność namiętnie tłumaczyła ludziom, że drastyczna sytuacja w kraju w latach 90. nie jest spowodowana błędnie przeprowadzonymi reformami, ale… 45-letnim okradaniem kraju przez komunistów! Czyżby działacze NSZZ „S” byli zdania, że II RP była potęgą gospodarczą, która została zniszczona przez triumf stalinizmu w Polsce?

Zdobycze Polski Ludowej

Jeśli ktoś tak uważa, to najwyższa pora, by wyprowadzić taką osobę z błędu. Otóż fakty są takie, że od odzyskania niepodległości w 1918 roku do wybuchu II wojny światowej w 1939 wprawdzie wybudowano w naszym kraju kilka zakładów przemysłowych i rozbudowano niektóre ważne miasta (np. Gdynię), jednak poziom życia większości ludzi nie zmienił się w  znaczący sposób. Ciągle duża część Polaków wiodła dość prymitywny żywot, mieszkała w chatach krytych strzechą, pozbawionych rzecz jasna prądu, bieżącej wody czy toalety. Nietrudno się domyśleć, że na dużą skalę szerzyły się epidemie, a umieralność wśród dzieci dochodziła do 30% (sic!). W takiej sytuacji wybuchła II wojna światowa, która jeszcze bardziej zubożyła Polskę. Nie ma się co dziwić, że w 1945 na terenie naszego kraju nie istniał żaden zakład przemysłowy, a infrastruktura drogowa i kolejowa uległy niemal całkowitemu zniszczeniu z powodu prowadzonych działań wojennych. Tymczasem już 20 lat później na wsi zaczęło przeważać nowoczesne budownictwo ceglane, a chaty kryte strzechą stały się rzadkością. Równocześnie wsie i miasteczka udało się zelektryfikować oraz doprowadzić do nich bieżącą wodę. W tym samym czasie doszło do znacznego rozrostu miast, w których ludzie znajdowali pracę w powstających masowo zakładach. Osoby pozostałe na wsi znajdowały zatrudnienie w Państwowych Gospodarstwach Rolnych. Warto nadmienić również, że niemal zupełnie udało się zlikwidować analfabetyzm. W okresie trwania Polski Ludowej dla jej mieszkańców dostępne stało się wiele towarów, o których wcześniej mogli tylko pomarzyć, takich jak pralki, lodówki czy telewizory. Zresztą w pewnym sensie PRL rozwijał się również w trakcie trwania wspomnianego wcześniej kryzysu z lat 80, w którym nadal rozbudowywano infrastrukturę i otwierano zakłady pracy.

Podejmując rozważania na temat przyczyn upadku Polski Ludowej trzeba rzecz jasna mieć świadomość, że nie był to kraj niepodległy, a to z kolei pociągało za sobą wiele niekorzystnych skutków. Polska gospodarka bowiem, zamiast nastawiać się na produkcję dóbr potrzebnych przeciętnemu obywatelowi, zajmowała się ciągłym wydobywaniem wielkich ilości węgla i przetopem żelaza, a następnie wysyłaniem pozyskanych surowców w celach zbrojeniowych do ZSRR. Poza tym trzeba mieć na uwadze również skrajnie antykomunistyczną postawę zachodnich krajów Europy oraz USA, które chętnie finansowało wszelkie ruchy opozycyjne w Polsce Ludowej (również Solidarność).

W rozważaniach tego typu należy również uwzględnić fakt, iż w minionym systemie ludzie nie musieli borykać się z problemami takimi jak bezrobocie, poszukiwanie pracy czy niepewność jutra. Z drugiej strony w krajach Europy zachodniej obywatele musieli stawiać czoło ciągle powracającym recesjom gospodarczym oraz biedzie. Warto również docenić fakt, iż wszystkie wyżej wymienione osiągnięcia udało się dokonać w warunkach, w których państwo było zbiurokratyzowane i ogromne ilości pieniędzy szły na utrzymanie urzędników.

Jak wspomniano wcześniej, osoby występujące przeciwko PRLowi nie miały często pojęcia, z czym dokładnie walczą i co chcą osiągnąć. Można przypuszczać, iż także chłopom zrzeszonym w NSZZ Rolników Indywidualnych „S” nie chodziło tylko o przeciwstawienie się zdegenerowanej formie socjalizmu. Ludzie ci chcieli po prostu poprawy swego, nieraz bardzo trudnego, bytu. Przy tym należy pamiętać, iż stalinowska kolektywizacja przeprowadzona w Polsce po II wojnie światowej (to samo tyczy się zresztą tej, do której doszło w ZSRR) również nie odpowiada dokładnie standardom socjalistycznym. Klasycy lewicowej myśli politycznej tłumaczyli wielokrotnie, że upaństwowienie gospodarstw rolnych ma sens tylko wtedy, gdy jest związane z wysoką świadomością ludności, a ponadto prowadzi do podniesienia standardów technicznych rolnictwa. Tymczasem w PRLu chłopi zostali przeniesieni z zacofanych gospodarstw własnościowych do równie zacofanych PGRów. Z drugiej strony należy sądzić, iż działacze NSZZ „S” IR nie zdawali sobie sprawy, że prywatyzacja gospodarstw rolnych prowadzi do kapitalizmu oraz wszystkich negatywnych skutków tego systemu.

Wszystkie wymienione powyżej czynniki każą oceniać w sposób dwojaki zarówno sam PRL, jak i bydgoską walkę z marca 1981 roku. O co dokładnie chodzi w tych wydarzeniach? Otóż 19 marca 1981 roku funkcjonariusze jednostek specjalnych MSW w Bydgoszczy siłą usunęli z sali obrad Wojewódzkiej Rady Narodowej delegację „Solidarności”, a następnie brutalnie pobili trzech delegatów: Jana Rulewskiego, przewodniczącego Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność”, Michała Bartoszcze i Mariusza Łabentowicza. Rzecz jasna należy w sposób zdecydowany potępić przejawy przemocy rządu wobec własnych obywateli, ale z drugiej strony nie wolno deprecjonować zdobyczy minionego systemu, bowiem bez owego zdegenerowanego socjalizmu III RP byłaby krajem znacznie bardziej zacofanym.

Zmarnowane szanse

Bydgoski marzec z pewnością zachwyca tym, że stał się on bodźcem pobudzającym do działania miliony Polaków. Niestety, szczytne idee ruchu masowego zostały rychło zagłuszone przez bandę biurokracji, która dążyła do zmian ustrojowych, postrzegając w nich szansę na łatwe wzbogacenie się. Znany amerykański profesor socjologii David Ost w swojej książce pod jakże wymownym tytułem „Klęska Solidarności” zwraca uwagę na fakt, iż robotnicy byli potrzebni późniejszej władzy do obalenia PRLu, ale później ta się od nich zupełnie odwróciła, uważając ich za widmo przeszłości, które nie powinno walczyć o swoje prawa. Ta smutna bądź co bądź konstatacja ma w sobie wiele prawdy – obecnie żyjemy w kraju kapitalistycznym i wszelkie mechanizmy władzy służą jedynie klasie posiadającej. Obecnie odczuwamy wprawdzie pozytywne skutki chwilowej akumulacji kapitału (przez neoliberalnych ekspertów zwanej eufemistycznie wzrostem gospodarczym), ale wolny rynek ma przecież tendencje do krachów i recesji, której znamiona widać już dziś na giełdach całego świata.

I pomyśleć, że gdyby nie zaprzepaszczone idee ruchu masowego, Polska mogłaby być dziś zdrowym, socjalistycznym krajem pozbawionym wszechwiedzących ekspertów, kapitalistów i poganiaczy niewolników, zwanych powszechnie pracodawcami. Krajem, w którym swe prawdziwe oblicze pokazałyby oddolna, pracownicza demokracja. Zresztą bardzo prawdopodobne, że gdyby polscy robotnicy odnieśli sukces, to stałby się on inspiracją dla całego Bloku Wschodniego, w którym pracownicy protestowali przeciwko biurokracji; idąc w ślady Polaków mogliby i u siebie przeprowadzić udane rewolucje. A to z kolei oznaczałoby spełnienie marzeń bolszewików dotyczących wprowadzenia socjalizmu w kilku krajach Europy…
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing