Boliwia i Wenezuela - próby zamachu stanu Drukuj Email
Napisał(a): Joanna Antoniak [socjalizm.org]   
20.09.2008.

Ustanowienie pierwszego na świecie państwa robotniczego w Rosji spotkało się z natychmiastową odpowiedzią kapitalistów w postaci zbrojnej interwencji. Kuba zapłaciła za swoją rewolucję wieloletnią blokadą handlową i również nieudaną amerykańską inwazją. Sankcje ekonomiczne i opłacana przez Stany Zjednoczone opozycja walnie przyczyniły się do klęski lewicowych rządów w Chile i w Nikaragui. Podobny scenariusz przerabiały w ostatnich dniach kraje Ameryki Łacińskiej, których mieszkańcy od lat konsekwentnie rzucają wyzwanie wyzyskowi i nędzy – Boliwia i Wenezuela.

Historie obu państw są bliźniaczo podobne. Gospodarka podporządkowana obcemu kapitałowi, inwestorzy traktujący swoje zakłady jako miejsce dorabiania się za wszelką cenę – i wzrastający z czasem gniew społeczny, który w końcu znalazł swoje ujście w postaci buntu i wyboru na stanowisko prezydenta człowieka deklarującego lewicowe poglądy. W obydwu przypadkach również demokratycznie wyrażona decyzja obywateli tych krajów spotkała się ze zmasowaną kampanią klas posiadających, zorientowaną na jeden cel – zatrzymanie rewolucyjnych procesów społecznych za wszelką cenę.
    
11 września 2008 około tysiąca boliwijskich chłopów, udających się na wiec poparcia dla działań prezydenta Moralesa, zostało zaatakowanych przez grupę uzbrojonych ludzi, wyćwiczonych do walki ze zwolennikami prezydenta przez gubernatora prowincji Pando, związanego z miejscowym biznesem i jawnie wrogiego lewicowym projektom Evo Moralesa. Napastnicy dobrze wiedzieli, że strzelają do nieuzbrojonego tłumu, w którym znajdowały się również kobiety i dzieci. Nie był to pierwszy akt terroru ze strony oligarchii boliwijskiej: już kilka dni wcześniej podobne, zorganizowane przez nią bojówki zaczęły siać atmosferę strachu w całym stanie Pando. By zastraszyć mieszkańców całej okolicy, prefekt policji  Leopoldo Fernández nie wahał się ściągać chętnych do udziału w bojówkach nawet z graniczącej z prowincją Brazylii, a całe zajścia przedstawia do dziś jako porachunki między dwiema uzbrojonymi grupami politycznych fanatyków. Bezczelność oligarchów demaskują liczni świadkowie, z których wstrząsających relacji wyłania się obraz opłaconych bojówek bezkarnie masakrujących ludność cywilną, starających się przy tym wyłuskiwać z grona rolników i robotników osoby najbardziej świadome politycznie, zaangażowane po stronie prezydenckiej partii socjalistycznej MAS.

Dzień po masakrze rolników z Pando Evo Morales odpowiedział na dramatyczne apele swoich zwolenników i ogłosił stan wyjątkowy na całej prowincji, wysyłając tam równocześnie wojsko. Lotnisko w stolicy prowincji Cobija stało się areną gwałtownych starć między armią a prawicowymi bojówkami. Członkowie tych ostatnich nadal terroryzowali ludność cywilną i na gwałt zbroili się, okradając sklepy z akcesoriami militarnymi. Padały kolejne ofiary śmiertelne; dopiero przysłanie posiłków ze stolicy pozwoliło 14 września przywrócić w mieście względny porządek i zmusić bojówki do wycofania się. Pełna liczba ich ofiar nadal jednak nie jest znana, choć z pewnością przekroczy dane podawane w pierwszych raportach, tj. co najmniej 30 zabitych cywilów.
    
Zachowanie oligarchów z Pando nie jest niestety przypadkiem odosobnionym. Po wytężonej kampanii medialnej przeszli oni do bardziej zdecydowanego działania we wszystkich bogatych prowincjach Boliwii. Od 8 do 11 września opłacane przez wielkich posiadaczy bojówki z bronią w ręku zajmowały budynki rządowe, siłą zamykały organizowane przez Boliwijczyków ludowe media, atakowały aktywistów lewicowych, sabotowały lotniska, wodo- i gazociągi, a wszystko to przy prawie całkowitym braku odpowiedzi ze strony sił odpowiedzialnych za zachowanie porządku. Policja i wojsko nadal były zobowiązane rozkazem do nie otwierania ognia. W rezultacie jedyną siłą, która zdołała w kilku miejscach zatrzymać faszystowskie bojówki, byli sami pracownicy. Tak było w prowincji Santa Cruz, gdzie robotnicy, zwolennicy Moralesa, są w zdecydowanej większości. Wielu z nich działało, chociaż odwodziły ich od tego ... miejscowe komórki rządzącej MAS, argumentujące, iż właściwą taktyką jest „nie reagowanie na prowokacje”.
    
Postawa prezydenta w ostatnich dniach razi niezdecydowaniem. Do teraz nie udało się do końca wyjaśnić, dlaczego w tak pasywny sposób zachowywała się armia boliwijska, czy raczej – dlaczego na jej bierność nie zareagował ani Morales, ani nikt z rządu. Jeszcze bardziej niezrozumiała jest późniejsza postawa prezydenta, który jak gdyby nigdy nic zasiadł do rozmów z gubernatorem Tarija Cossio i Santa Cruz Costasem. Ten ostatni ma na koncie otwarte wezwania do zamachu stanu wygłaszane w sierpniu bieżącego roku, wszyscy są blisko związani z miejscową, opozycyjną oligarchią. Tymczasem prezydent ponownie zasiadł do rozmów po to, by w kilka dni później zapewnić pracowników, że zmiany prospołeczne, jakie już się w kraju dokonały, nie zostaną cofnięte.
    
Jedna rzecz w tym wszystkim nie ulega wątpliwości: nie da się pogodzić interesów dwóch walczących – zupełnie dosłownie – ze sobą stron. Jeśli w Boliwii będą kontynuowane socjalistyczne przemiany – co zapowiada prezydent – wówczas ich przeciwnicy na nowo sięgną po przemoc. By się jej przeciwstawić, boliwijscy socjaliści muszą zerwać z dotychczasową chwiejną taktyką, uzbroić pracowników i konsekwentnie dążyć do przeprowadzenia zmian systemowych. Innej drogi nie ma.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing