Strajk pracowników komunikacji miejskiej w Berlinie: kolejny zwiastun przedwiośnia Drukuj Email
Napisał(a): Wojciech Figiel [socjalizm.org]   
13.04.2008.

11 300 pracowników berlińskiej komunikacji miejskiej przez 12 dni sparaliżowało transport publiczny w całym mieście walcząc o godne płace. Choć strajk został odwołany, Niemcy czeka wkrótce wielka fala protestów społecznych.

Jakiś czas temu przestano mówić o wielkim, kilkumilionowym bezrobociu w Niemczech. Wydawać by się mogło, że sytuacja ekonomiczna w tym najbardziej rozwiniętym i uprzemysłowionym kraju Europy ustabilizowała się. W tezę tę wierzy kanclerz Angela Merkel i jej rząd wielkiej koalicji, którzy wciąż chwalą się spadającym bezrobociem i wysokim wzrostem gospodarczym. Jednak, tak jak na naszym, polskim podwórku, dla milionów pracowników rzeczywistość jest zupełnie inna.

W przeciwieństwie do wielu krajów Europy Zachodniej, realne płace w Niemczech spadły w ciągu ostatnich lat. W niektórych firmach, przeważnie tam gdzie nie ma związków zawodowych, nawet nominalny poziom płac spadł. Aby przeżyć, wiele milionów ludzi musi ubiegać się o środki pomocy społecznej. Te natomiast stale się kurczą.

Mnożą się także przypadki masowych zwolnień. 27 lutego produkująca luksusowe samochody firma BMW ogłosiła redukcje zatrudnienia o 8 100 pracowników, mimo rekordowego, bo aż 15-procentowego, wzrostu zysków firmy do poziomu 56 miliardów euro. W najbliższym czasie zlikwidowana zostanie także fabryka Nokii w Bochumie. Ekonomiści głównego nurtu zupełnie bezpardonowo przyznają, że zwolnienia i rekordowe zyski szefów firm są do pogodzenia. „Firmy zmuszone są zwalniać pracowników, aby utrzymać się na rynku” – przyznaje otwarcie Roland Doehn z instytutu badawczego RWI w Essen.

Trudno więc dziwić się, że wobec nieugiętej postawy szefów niemieccy pracownicy coraz chętniej i częściej podejmują akcje protestacyjne i strajkowe. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca strajkowały poczta niemiecka i berliński transport, a kilka innych branży zapowiedziało akcje strajkowe w razie nie spełnienia oczekiwań płacowych pracowników.

Do najbardziej spektakularnego strajku doszło w Berlinie, gdzie od 5 do 16 marca protestowało 11 300 kierowców autobusów, motorniczych i maszynistów. Do protestu przyłączył się także personel administracyjny i pracownicy zakładów naprawczych taboru. Wprawdzie 17 marca strajk kierowców został zawieszony, lecz w dalszym ciągu sytuacja pozostaje nierozstrzygnięta i dalsze protesty wydają się być nieuniknione.

Problemy transportu publicznego w Berlinie zaczęły się, gdy prawicowe rządy CDU doprowadziły do wielkiego zadłużenia obsługującej komunikację miejską firmy BVG. Gdy w 2001 roku władzę w mieście przejęła lewicowa koalicja SPD-PDS kierowcy odetchnęli z ulgą. Ich radość jednak nie trwała długo. Główny ciężar oddłużania spadł na pracowników, którzy zmuszeni zostali do zaakceptowania wydłużającego się tygodnia pracy oraz nędznych podwyżek. A wszystko to w strachu przed prywatyzacją całego systemu transportowego tej 3,4-milionowej metropolii. Ich cierpliwość jednak skończyła się, gdy zarząd BVG przedstawił swoją ofertę nowego układu zbiorowego. Związki zawodowe domagały się 12-procentowej podwyżki w wysokości co najmniej 250 euro miesięcznie. Jednak zarząd zaproponował tylko 3-procentową podwyżkę i to wyłącznie dla tych pracowników, którzy zatrudnieni zostali po roku 2005. Obecnie płaca przeciętnego pracownika BVG wynosi 1 600 euro,  co jest sumą zdecydowanie niewystarczającą, aby utrzymać się w stolicy Niemiec. Gdy wszystkie inne środki zawiodły, 5 marca pracownicy ogłosili strajk.

Mimo że w mieście nie pojawiły się autobusy i tramwaje, a podziemna kolejka przestała kursować, nie ziściły się apokaliptyczne scenariusze "chaosu i totalnego załamania” nakreślone przez niemieckie media głównego nurtu. Do pracy ludzie dojeżdżali albo na rowerach albo podmiejskimi pociągami S-Bahn obsługiwanymi przez koleje niemieckie. Większość zwykłych Berlińczyków popierała protest. Organizacje lewicowe i związki zawodowe organizowały masowe imprezy i akcje poparcia dla pracowników, a wielu ludzi przyznawało, że i w ich zakładach pracy trzeba zorganizować podobny strajk. Tylko nieliczna, acz hałaśliwa, grupka przeważnie złożona z dobrze zarabiających panów pod krawatem stale dostarczała mediom antyzwiązkowej pożywki.

O ile na wysokości zadania stanęły doły i przede wszystkim młodzieżówka nowopowstałej partii lewicowej Die Linke, o tyle przywództwo tej organizacji w Berlinie odmówiło poparcia akcji strajkowej. Ten fakt dziwi tym bardziej, że ci sami ludzie chętnie popierali wszystkie protesty organizowane poza Berlinem. To właśnie brak wsparcia politycznego ze strony Die Linke oraz ugodowa postawa przywództwa związków zawodowych doprowadziły do zawieszenia protestu. 17 marca do pracy wrócili motorniczy, kierowcy autobusów, maszyniści i pracownicy administracyjni. Strajkować jednak nie przestali pracownicy zakładów naprawczych taboru. Nawet na oficjalnej stronie BVG przyznano, że choć tego dnia na ulice miasta wyjechało 85% z prawie 3 000 pojazdów komunikacji miejskiej obsługiwanych przez firmę, to ich liczba – w skutek braku napraw taboru – będzie się stale zmniejszała.

Obecnie związki zawodowe proponują zarządowi BVG podwyżki od trzech do dziesięciu procent, co jest dużym ustępstwem wobec pierwotnych pozycji negocjacyjnych. Druga strona proponuje równie żenujący i nikogo nie satysfakcjonujący kompromis. Nawet jeśli przywództwo związków zaakceptuje nową ofertę, to i tak problemy w BVG się nie skończą. Pracownicy czują się bowiem oszukani przez swoje przywództwo. Wielu z nich słusznie twierdzi, że walkę należało kontynuować i że możliwe było pełne zwycięstwo. Podobnie sytuacja wygląda w innych przedsiębiorstwach sektora publicznego. Wbrew propagandzie liderów związkowych, ostatnie 5,2-procentowe podwyżki w sektorze publicznym starczają jedynie na zrekompensowanie rosnących cen i znajdują się znacznie poniżej oczekiwanych przez większość pracowników 8-procentowych wzrostów płac. Już teraz związki zawodowe w kilku branżach zapowiadają wznowienie akcji strajkowej.

Ostatnie strajki w sektorze publicznym w Niemczech to tylko część zmieniającej się politycznej panoramy w kraju. Ludzie chcą lewicowego zwrotu. Pokazuje to stale rosnące poparcie dla znajdującej się na lewo od SPD partii Die Linke oraz co bardziej lewicowo usposobionych liderów SPD. Szerokie poparcie zdobywają takie hasła jak jednolita płaca minimalna w wysokości co najmniej 7,5 euro za godzinę, które promują największe związki zawodowe i Die Linke. Coraz częściej dyskutuje się także nad zasadnością istnienia wielkich prywatnych koncernów. W atmosferze pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego związki zawodowe i partie lewicowe będą musiały wybrać – albo walczą o prawa pracownicze, albo w imię niepodważalnych dogmatów wolnego rynku.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing