Balcerowszczyzna stosowana – część druga Drukuj Email
Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org]   
17.10.2008.

Bezmyślność nr 3
Po niepotrzebnej i zbyt głębokiej obniżce stóp w 2003 r. Fed zbyt wolno je podwyższał, co w efekcie spowodowało, że masa kredytu na świecie, w tym w Stanach Zjednoczonych, zbyt szybko rosła i w efekcie w wielu innych krajach podbijało to ceny nieruchomości i papierów wartościowych, ale też w znaczący sposób ograniczało wymagania co do ryzyka. Nawiasem mówiąc, wedle wielkiego dzieła Miltona Friedmana i Anny Schwarz główną przyczyną kryzysu 1929 r. był też błąd Fed, wtedy odwrotny, czyli zbyt restrykcyjna polityka pieniężna.
 
Leszek Balcerowicz przydaje Bankowi Rezerw Federalnych (Fed) w USA moce nadprzyrodzone. Z przytoczonej wyżej wypowiedzi wynika bowiem, że Fed może w dowolnie wybranym momencie spowodować załamanie gospodarki światowej. Oczywiście, instytucja ta odgrywa bardzo dużą rolę, ale nie funkcjonuje w próżni i jest poddawana tym samym procesom ekonomicznym co wszystkiej jej pokrewne. Idiotyczne działania zarządców Fed mają oczywiście znacznie, ale one mogą co najwyżej przyspieszyć lub spowolnić nieco kryzys. Nie mogą go natomiast wywołać w takim sensie jak opisuje to Balcerowicz. I nic dziwnego zważywszy na jakie autorytety się powołuje. Oczywiście logika, którą nam tu prezentuje jest typowa dla polskiej (i nie tylko zresztą) klasy rządzącej – jeśli coś się stanie to jest to wina jakichś chuliganów, którzy gdzieś tam nabroili; jakichś wichrzycieli, a co złego to na pewno nie my.

Szkoda też, ze profesor Balcerowicz nie zada sobie najtrudniejszego pytania, a mianowicie: „dlaczego?”. Dlaczego „Fed zbyt wolno” podwyższał stopy procentowe? Czy Fed nie wiedział jaki to ma wpływ na rynek kredytowy? Czy może Fed chciał po prostu stworzyć maksymalnie dobre warunki do dalszego rozwoju spekulacji, bo zarządzający nim zdają sobie sprawę z tego o czym lewica pytluje od lat; czyli tragicznego stanu światowej gospodarki. Najlepiej wyraził to brytyjski marksista Alan Woods w jednym ze swoich wystąpień – anegdota przywołana już w poprzedniej części – stwierdzając, iż światowi stratedzy kapitału wiedzą już co sobie za piwa nawarzyli stosując zasadę: „moją długoterminową strategią jest krótkoterminowy zysk”. Teraz zachowują się jak spanikowany człowiek na dachu wysokiego budynku, w którym wybuchł pożar. Nie widząc innego wyjścia indywiduum owo skacze z dachu i leci w dół. Na wysokości – powiedzmy – piątego piętra przestaje krzyczeć, otwiera oczy, rozgląda się i myśli sobie tak: „uff, póki co wszystko OK”. Pogłębianie spekulacji i otwieranie przed nią kolejnych bram było jednym z elementów owego skoku z dachu. Do któregoś tam piętra jakoś się leciało, ale teraz światowa gospodarka przyrżnęła łepetyną w betonowy grunt, pierwsze tego efekty już widać, a to na pewno nie koniec.

Fed i inni wiedzieli doskonale jak wygląda sprawa. Mądrale z Wall Street i ich kopie w Europie i Azji – jak podaje ostatni „The Economist” – przespekulowali nawet światowy roczny produkt brutto o jakieś dziesięć miliardów dolarów. Nic zatem dziwnego, że banki padają, skoro jeden jest wierzycielem drugiego, a obaj operują pieniędzmi, które fizycznie nie istnieją. Zresztą takimi samymi – nieistniejącymi – pieniędzmi dysponuje George Bush. 700 miliardów dolarów, które chce wpompować w nacjonalizację amerykańskich banków będzie trzeba chyba wydrukować (przynajmniej częściowo). A wtedy, tak jak nie ma dziś kryzysu, tak nie będzie też inflacji.

Bezmyślność nr 4
Kapitalizm działa metodą prób i błędów. Z tego faktu wynika, że nie wszystko się w nim sprawdza. Na przykład okazało się, że pewne nowoczesne techniki finansowe: sekurytyzacja i sprzedaż ryzyka, poszły za daleko i te instytucje, które się najbardziej zaangażowały, najbardziej się zadłużyły, zapłaciły największą cenę, tj. Bear Sterns, Lehman Brothers.
 
I znów – jedno zdanie, kilka błędów. Po pierwsze: panie profesorze, kapitalizm nie działa „metodą prób i błędów” tylko metodą (skoro już musimy to tak nazywać) cyklu ekonomicznego – hossy i bessy. I to z tego „wynika, że nie wszystko się w nim sprawdza”, a w zasadzie dziś już wynika, że nic się w nim nie sprawdza. Założenia dot. konkurencji rynkowej, wolności gospodarczej itp., które działają na korzyść konsumenta to przeszłość. Nie wiem jakiej epoce dokładnie się pan był zakleszczył, ale w erze gigantycznych monopoli, ogromnych transnarodowych korporacji i konsorcjów finansowych typu MFW czy Bank Światowy konsument dawno zniknął z pola widzenia, podobnie jak pracownik. Dziś mamy do czynienia z ekonomiczną wojną o przetrwanie i globalną dominację, która realizuje się między innymi (a ostatnio głównie) poprzez mnożenie kapitału drogą spekulacji. Nic zatem dziwnego, że strony cokolwiek sobie pofolgowały skoro uczestniczą w walce na śmierć i życie.

Po drugie: mówmy ludziom od razu o co chodzi, a nie woalujmy imbecylizmu strategów kapitału elegancką nowomową. Teraz, gdy wszystko wyszło już na jaw to trochę nie uchodzi. Szanowni Państwo, Balcerowicz sadząc gładkie i nobliwie brzmiące frazesy próbuje desperacko przekonać Was o tym, że wie o czym i co mówi. Oczywiście jest to próba daremna. Co znaczy bowiem sformułowanie „sekurytyzacja i sprzedaż ryzyka”? Otóż znaczy mniej więcej tyle, że banki między sobą oraz z firmami ubezpieczeniowymi zakładały się czy dany kredyt zostanie spłacony (sprzedawały sobie ryzyko kredytowe) i nazywały ten kretyński proceder ubezpieczaniem kredytu (sekurytyzacja). W ten sposób – najogólniej rzecz ujmując - ładowały w siebie nawzajem długi nakręcając spiralę i rozciągając sprężynę, która się w końcu urwała.

Wielcy i możni tego świata postanowili w pewnym momencie – gdy nie wiedzieli już jak tu jeszcze można szybko zarobić nie inwestując za wiele – podbić do amerykańskiej biedoty (a jest jej mnóstwo) i zadać następujące pytanie: „czy chciał(a) by Pan(i) kupić sobie dom?”. Nie mający nic do stracenia biedni Amerykanie nabrali kredytów, a Ci którzy im je dawali, albo byli zdesperowani widmem wygryzienia z rynku, albo podejmowali te decyzje w stanie skrajnego otępienia licząc, iż nędzarze nagle staną się wypłacalni. Przy tej okazji załatwili nie tylko banki ale i rynek mieszkań. Wyeksmitowawszy tych, którzy nie spłacali długów (czyli prawie wszystkich) nagle zorientowali się, że na łeb na szyję lecą ceny nieruchomości. Zaiste dziwne, skoro nagle wstrzyknęli na rynek miliony pustych, a wykończonych domów i mieszkań do licytacji. To oczywiście znalazło swoje odbicie w sektorze budowlanym – jednym z najważniejszych dla amerykańskiej gospodarki. A potem to już samo poszło…

Poza tym warto dodać – tak gwoli jasności – że banki, które się „najbardziej zaangażowały, najbardziej się zadłużyły, zapłaciły największą cenę, tj. Bear Sterns, Lehman Brothers” to też jedne z największych banków na świecie. Taki szczegół, ale tworzy różnicę…
 
CDN
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing