Nikaragua – historia rewolucji niedokończonej Drukuj Email
Napisał(a): Joanna Antoniak i Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
22.01.2008.

 Nikaragua to jeden z najbiedniejszych krajów Ameryki Łacińskiej. 1/3 jego mieszkańców nie umie czytać i pisać, pracownicy otrzymują głodowe pensje, nie mają dostępu do opieki medycznej ani edukacji. Kraj ma ogromne zadłużenie zagraniczne, na którego spłacenie nie widać perspektyw. Trudno uwierzyć, że jeszcze na przełomie lat 70. i 80. XX wieku Nikaragua miała ogromną szansę na to, by jej los potoczył się zupełnie inaczej.

Nikaragua, mimo niewielkiej powierzchni, to miejsce niezwykle istotne dla handlu międzynarodowego – zetknięcie się oceanów Atlantyckiego i Pacyfiku. Czy można się więc dziwić, że amerykańskim wielkim posiadaczom szczególnie zależało na jego kontroli? Pogranicze Nikaragui i Hondurasu to także obszar występowania niemałych złóż złota, które od początku eksploatowane były przez amerykańskie przedsiębiorstwa. Piętnastogodzinny dzień pracy, żadnych zabezpieczeń socjalnych dla pracowników, głodowe pensje były codziennością. Dopiero rok 1926 przyniósł pierwszy protest przeciwko imperializmowi – wystąpienie zbrojne oddziału Augusto Cesara Sandino.

Pierwsi, którzy zaprotestowali

Jego oddział partyzancki liczył początkowo 30 byłych górników kopalni złota w San Albino, w której przez krótki czas pracował sam Sandino. Uformował się pod sztandarami walki o nacjonalizację przemysłu Nikaragui, pozbycia się zagranicznych eksploatatorów. Pierwsze zwycięstwa tej grupy w walce z wojskiem sprawiły, że w krótkim czasie rozrosła się ona do kilkuset osób, a następnie stała się całą partyzancką armią, liczącą kilka tysięcy ochotników i walczącą jak równy z równym z armią konserwatywnego prezydenta i amerykańską interwencją. Walki te toczyły się ze zmiennym szczęściem. Amerykanie po raz pierwszy zastosowali w boju lotnictwo, bombardując nie tylko potencjalne stanowiska partyzantów, ale i popierającą ich ludność cywilną. Już sam ten fakt świadczy o tym, jak bardzo zależało im na stłumieniu ruchu, który protestował przeciwko wyzyskowi i nędzy Nikaraguańczyków. Armia Sandino tworzyła realną alternatywę dla kapitalizmu. Finansowanie oddziałów odbywało się poprzez międzynarodową pomoc i kontrybucje nakładane na wielkich posiadaczy. W zdobywanych miastach ustanawiano nowe, demokratyczne władze lokalne. Udało się zmusić Amerykanów do ewakuacji, Sandino przystąpił do rozmów pokojowych z nowym prezydentem kraju. Miał rozbroić swoją armię, zachowując najwyżej 100 partyzantów, jednak władze zapewniały go, iż wszyscy uczestnicy walk zachowają życie, a Nikaragua będzie niezależna politycznie i gospodarczo. Zgodził się – wkrótce później został zamordowany za wiedzą i przyzwoleniem rządu i Amerykanów. Podobny los - „zniknięcie w nieokreślonych okolicznościach” - spotkał kolejne tysiące bojowników o niezależność kraju.

Sandino przegrał, bo popełnił dwa błędy. Z zadziwiającą naiwnością uwierzył w dobrą wolę rządu, pozbawiając się dobrowolnie jedynego argumentu, jaki miał w negocjacjach – swojej ludowej armii. Wynikało to z błędu drugiego – jeszcze głębszego, a mianowicie wiary w jedność narodową. Sandino, który poznał na własnej skórze naturę eksploatacji amerykańskiej, nie chciał przyjąć do wiadomości, że taki sam los może zgotować pracownikom Nikaragui rodzima klasa posiadająca. Choć trzon jego armii stanowili robotnicy i chłopi, Sandino nigdy nie twierdził, że jego celem jest rewolucja społeczna. Otwarcie odżegnywał się od nadania swojej walce wyraźnego oblicza ideowego, nawołując w zamian do „zgody wszystkich klas”, widząc jedynego wroga w USA. Nie było w ówczesnej Nikaragui żadnej organizacji, która byłaby w stanie ukazać niebezpieczeństwo takiego postawienia sprawy.

Dyktatura i ruch masowy

Już w 1941 r. resztki demokratycznych iluzji w Nikaragui zniknęły wraz z zamachem stanu Anastacio Somozy, który swoją dyktatorską władzę sprawował do śmierci w zamachu w 1956 r.  Jego następcami zostali synowie, rządzący do 1973 r.  Rodzina samowładcy, dzięki ogromnej korupcji, pomnożyła przez ten czas swoje bogactwo do 150 mln dolarów. Posiadała ¼ całego przemysłu i 1/10 ziemi nadającej się pod uprawę, główny kanał telewizyjny i największą krajową gazetę. Somoza pozostawał w świetnych stosunkach z USA, co w praktyce oznaczało dalszą ekonomiczną kolonizację Nikaragui przez Amerykanów. Dyktator pozwolił również na budowę strategicznej amerykańskiej bazy wojskowej na swoim terytorium i regularnie wysyłał żołnierzy i oficerów na szkolenia do USA. Nie trzeba chyba dodawać, że niewyobrażalny wyzysk pracowników trwał, a wszelkie organizacje zawodowe musiały działać w podziemiu. Tym większe wrażenie robi fakt, że represje nie zdołały całkowicie zniszczyć pracowniczej woli walki.

Sprzyjał jej zresztą ekonomiczny rozwój kraju. W latach 50., 60. i na początku 70. industrializacja kraju zupełnie zmieniła strukturę społeczną Nikaragui, redukując ilość chłopstwa i zmieniając prawie 1/5 mieszkańców w fatalnie płatnych robotników najemnych. W krajobrazie wsi zaczęły dominować wielkie farmy. Dodatkowym ciosem dla pracowników stały się warunki naturalne kraju. W 1972 na skutek trzęsienia ziemi tysiące z nich straciło dach nad głową, a prawie 40% zakładów przemysłowych była zmuszona czasowo wstrzymać produkcję, zostawiając swoich pracowników na lodzie. Międzynarodowa pomoc humanitarna została w większości zdefraudowana przez Somozów. Rok później Nikaragua odnotowała bezprecedensową falę strajków, a robotnicy, nie zważając na coraz brutalniejsze represje, jeszcze bardziej masowo niż do tej pory zapisywali się do nielegalnych związków zawodowych. Ogromny nacisk wywierany na Nikaraguańską Partię Socjalistyczną (PSN) zmusił tę organizację do zmiany kursu. Partia przestała popierać dyktaturę i stworzyła Demokratyczną Jedność na rzecz Wyzwolenia...  do spółki z rodziną Chamorro, kolejnym klanem wielkich posiadaczy, który znalazł się w opozycji do Anastasio Somozy (syna pierwszego dyktatora) nie dlatego, by bronić demokracji i praw człowieka, lecz po to, by uzyskać dostęp do politycznej władzy i spożytkować ją dla realizacji własnych interesów.

Wybuch

Mimo braku radykalizmu w żądaniach tej grupy, 10 stycznia 1978 z polecenia Somozy zamordowany został Joaquin Chamorro. Dwa tygodnie później w proteście przeciwko temu wydarzeniu miał miejsce strajk generalny, a pogrzeb zamordowanego liberała zgromadził 120 tys. uczestników, głownie pracowników. Możliwość wejścia na scenę tych ostatnich jako niezależnego podmiotu wywołała wśród liberalnych krytyków Somozy prawdziwą panikę. Pojawiała się bowiem realna możliwość, że dyktator zostanie obalony, lecz jego następcą będzie nie system liberalnej demokracji, lecz rewolucja społeczna oparta na innych wartościach niż wyzysk. Zareagowała też prorządowa Gwardia Narodowa. Dzielnice robotnicze zostały zaatakowane, a ofiary należy liczyć w dziesiątkach tysięcy.

Rewolucja zwycięska

Istnieją jednak takie momenty w życiu ruchu, kiedy zadane mu ciosy mogą jedynie zintensyfikować jego radykalizm i bojowość. Pracownicy zmobilizowali się zatem do nowej walki. Nie posiadali jednak wyraźnego przywództwa i dlatego, wobec kompromitacji PSN,  rola czołowa nieoczekiwanie spadła na Sandinowski Front Wyzwolenia Narodowego (FSLN), organizację istniejącą już bez większych sukcesów od siedemnastu lat. FSLN powstał w 1961 r., gdy  grupa zirytowanych postawą PSN studentów porzuciła tę partię i założyła własną organizację. Była to typowa w Ameryce Łacińskiej odpowiedź na degenerację tamtejszych tradycyjnych partii lewicowych, częsta zwłaszcza po rewolucji kubańskiej. Program FSLN nie uderzał jednak w zbytnio radykalne tony, czyniąc swoimi głównymi hasłami obalenie Somozy i budowę nowej Nikaragui w oparciu o pryncypia wolnego rynku i demokracji. Podobnie jak swego czasu Sandino, działacze nowej organizacji deklarowali chęć budowy sojuszu robotników i posiadaczy w celu wspólnej walki o nowe oblicze kraju. Tylko lewicowe skrzydło tej grupy nieśmiało wspominało o możliwości rewolucji socjalistycznej – ale na zasadzie teorii dwóch etapów: najpierw przewrót burżuazyjny, a potem, w dalekiej przyszłości, być może (!) socjalizm. Choć pierwsze partyzanckie wystąpienia sandinistów zbiegły się czasowo z potężnymi strajkami organizowanymi przez nielegalne związki zawodowe, współpraca FSLN z ruchem pracowniczym faktycznie nie funkcjonowała w tym czasie. Dopiero ogólna radykalizacja nastrojów kazała zmienić taktykę. W czerwcu 1978 r. FSLN po przywództwem Humberta i Daniela Ortegi, Tomasa Borge i Jaime Wheelocka wezwała do nowej mobilizacji, która – wobez nastrojów panujących już w stolicy i częściowo na prowincji – zakończyła się pełnym sukcesem. Kolumny partyzantki sandinowskiej wkraczały, witane z entuzjazmem, do stolicy właściwie już wyzwolonej przez samych pracowników, do stolicy, w której nie było już Somozów, którym prezydent USA Jimmy Carter umożliwił bezpieczną ucieczkę helikopterem.

Razem z postulatami politycznymi nadeszły społeczne. Pracownicy natychmiast pokazali, jakiego społeczeństwa oczekują. Już w 1979 r. wyszli na ulice, domagając się podwyżek płac i lepszych warunków pracy. Ruchy te nie doczekały się jednak form samoorganizacji znanych nam z Rosji 1917 czy współczesnej Wenezueli. Nie było ani rad robotniczych, ani zarządów dzielnicowych, nie było kierownictwa. W rezultacie nowy rząd sandinowski znalazł się w sytuacji, w której nie istniało już dawne państwo Somozy, a zwycięscy pracownicy nie wykształcili żadnych alternatywnych form administracyjnych. Sandiniści, nie bez inspiracji modelem kubańskim, zdecydowali się na zastosowanie form zarządzania znanych z partyzantki – opartych na ścisłej hierarchii i niedających możliwości demokratycznego odwoływania urzędników państwowych. Tym samym sami stworzyli niebezpieczeństwo narodzin biurokracji, zamiast od początku stawiać na budowę oddolnych, demokratycznych struktur. Był to także skutek faktu, iż FSLN rozwijał się niezależnie od ruchu pracowniczego i to ze względu na historyczne okoliczności niejako niezamierzenie znalazł się na jego czele.
Tymczasem sandiniści popełnili dalsze błędy organizacyjne. Zachowana została dysproporcja płacowa między urzędnikami a pracownikami (i to przy bezrobociu sięgającym połowy zdolnych do pracy). Jeszcze większa przepaść dzieliła wynagrodzenia pracowników i kadry menedżerskiej zakładów, które pozostały w rękach prywatnych. Nie przeprowadzono do końca nacjonalizacji przemysłu i bankowości. Sandiniści przejęli na rzeczy państwa tylko zakłady, których właścicielem była do tej pory rodzina Somozy oraz zbankrutowane banki. Rząd zdecydował się dalej spłacać długi zaciągnięte przez obaloną władzę i nie przewidywał żadnych form zarządzania (czy chociaż współzarządzania) gospodarką przez pracowników.
Nie oznaczało to całkowitego porzucenia przez sandinistów prospołecznego kierunku rewolucji. Po raz pierwszy w historii całe społeczeństwo miało dostęp do opieki zdrowotnej, podjęto walkę z problemem bezdomności i z analfabetyzmem. Przed rewolucją 60% mieszkańców Nikaragui nie umiało czytać. W 1987 r. wskaźnik ten spadł do 14%, a wszystko to dzięki potężnej kampanii, w ramach której setki młodych ludzi udało się na najbardziej zacofane obszary kraju, by tam wdrażać rządowy program nauki czytania i pisania. Dodajmy, że masy ludowe popierały swój rząd i mimo wszystko były gotowe stanąć po jego stronie. Tym samym samoistnie nasuwają się skojarzenia z współczesną Wenezuelą – rząd wykazał się społeczną wrażliwością i zrobił wiele dla poprawy bytu przeciętnego pracownika, nie oddał pełni politycznej władzy posiadaczom, nie zabezpieczył jednak swoich osiągnięć i pozostawił burżuazji możliwość kontrakcji. Słowem – nie dokończył swojej rewolucji. Powód takiego obrotu sprawy w obu krajach był prosty. Na czele ruchów znaleźli się – poniekąd z powodu historycznej konieczności – ludzie, którym bliskie były demokracja i dobro całego ludu, lecz którzy nie będąc obeznanymi z lewicową analizą społeczną nie doceniali swojego przeciwnika i popełniali istotne błędy strategiczne.

Rewolucja zatrzymana

Sandiniści byli najwyraźniej przerażeni możliwością całkowitego zerwania z kapitalizmem. Zachowali dobre stosunki z lokalną burżuazją i podpisali szereg porozumień z rządami Wenezueli, Panamy i Kostaryki – rządami bynajmniej nie propracowniczymi. Zrezygnowali z początkowo tworzonych milicji ludowych na rzecz tradycyjnej armii, zaś obaloną Gwardię Narodową zastąpili Policją Sandinowską, uniemożliwiając przy okazji funkcjonowanie ludowych Sandinowskich Komitetów Obrony. Mimo początkowych zapowiedzi zrezygnowano też ze zmiany pod wieloma względami kluczowej – reformy rolnej. Nowy aparat państwowy nie został oparty na radach pracowniczych (których powstawanie odbywało się zresztą dość opornie), ale wrócił do tradycyjnych liberalno demokratycznych schematów – utworzony parlament (z lewicową większością) oraz Radę Państwa, w której zasiedli przedstawiciele organizacji politycznych i związków zawodowych popierających reformy. Sandiniści nadmiernie troszczyli się o międzynarodowe uznanie demokratyczności swojego kraju, pozostawiając szerokie pole manewru wielkim posiadaczom.
    
Pracownicy domagali się dalszych lewicowych przekształceń w gospodarce. Była ku temu szansa i korzystna koniunktura międzynarodowa. A jednak sandinowski rząd konsekwentnie odżegnywał się  od „przyspieszania tempa zmian” i opowiadał się za tzw. gospodarką mieszaną, łączącą sektor państwowy i prywatny. Oznaczało to faktyczne ustąpienie pola. Skutki tego kroku były natychmiast widoczne na skalę międzynarodową. Z całego świata od partii socjaldemokratycznych popłynęły gratulacje dla rządu Nikaragui. Nawet prezydent USA Jimmy Carter, gdy był już pewien, że nie powstanie druga Kuba, wyraził swoje zadowolenie z powodu kierunku zmian.    

Rewolucja pokonana


Proponowana przez sandinistów struktura gospodarcza była błędem najbardziej ewidentnym. Dopuścili oni dalszy udział zagranicznego kapitału i wielkiej własności rodzimej burżuazji pod warunkiem, iż „będzie on przyczyniał się do narodowego rozwoju”. Stwierdzenie eleganckie, lecz raczej niewykonalne. Ciężko bowiem wyobrazić sobie zagraniczny koncern inwestujący w Nikaragui po to, by przyczyniać się do jej rozwoju, a nie po to, by mnożyć swój zysk. Sandiniści starali się następnie pozyskać sympatię posiadaczy m.in. poprzez obniżanie im podatków. Był to klasyczny błąd wielu przywódców – zamiast zdecydowanie oprzeć się na ruchu pracowniczym, rząd usiłował obłaskawić swoich przeciwników, co było od początku utopijnym założeniem. Im więcej starań podejmowano w tym kierunku, tym chętniej prywatni przedsiębiorcy sponsorowali ruchy kontrrewolucyjne, przekonani o słabości FSLN ... A można było przecież inaczej! Klasa pracująca Nikaragui domagała się walki z imperializmem. Gdyby rząd rzucił tylko hasło wywłaszczenia zagranicznych eksploatatorów, otrzymałby potężny odzew społeczny, a utrwalenie osiągnięć rewolucji i dalsze wybuchy w Ameryce Łacińskiej byłyby tylko kwestią czasu. Niestety, sandiniści nie byli marksistami...

Niezrealizowanie oczekiwań ruchu masowego w połączeniu z rozwiązaniami korzystnymi dla jego przeciwników rozzuchwaliło posiadaczy nikaraguańskich, którzy na coraz większą skalę sabotowali lokalną gospodarkę. To z kolei skłoniło pracowników do protestów, zaś rząd, zagubiony coraz bardziej w sytuacji, nakazał ich tłumienie i zawiesił prawo do strajku. Nie dostrzegając prawdziwych przyczyn swoich niepowodzeń, kontynuował politykę ugody z posiadaczami.  Nie widział, że tym samym zmierza ku swojej klęsce. Jego sytuację utrudnił ostatecznie wybór Ronalda Reagana na prezydenta USA. Nowy rząd amerykański nie miał zamiaru tolerować już żadnych rządów latynoamerykańskich, które choćby w słowach kontestowały dominację amerykańskiego kapitału. Amerykanie zupełnie otwarcie (a następnie nielegalnie) wspierali antylewicową partyzantkę Contras, terroryzującą ludność cywilną Nikaragui, winną śmierci prawie 40 tys. osób. Kontynuacja ekonomicznego sabotażu doprowadziła do niesamowitego wzrostu inflacji i wreszcie podważyła ludowe zaufanie do sandinistów. Desperacko usiłowali oni ratować swój rząd, popełniając od tej pory już błąd za błędem – dalej starali się pozyskać sobie klasę posiadającą, zrezygnowali z ostatnich przekształceń w rolnictwie i tłumili protesty pracowników... by zachować lewicowy rząd. Ale to było już niemożliwe. Wybory w 1990 r. wygrali zwolennicy neoliberalizmu, którym zresztą dla pewności rząd amerykański pomógł finansowo i logistycznie przy organizowaniu kampanii wyborczej. Pracownicy zagłosowali na nich, bo czy mieli jeszcze podstawy, by ufać FSLN? Szybko jednak się rozczarowali. Obecnie Nikaraguą na nowo rządzą działacze ruchu sandinowskiego, znowu, wobec korzystnej koniunktury międzynarodowej mają szansę na zerwanie z kapitalizmem. I znowu popełniają stare błędy, wierząc w dobre intencje miejscowej klasy posiadającej...

Wyciągnąć wnioski!

Podstawowym obowiązkiem lewicowca zajmującego się historią jest wyciąganie z niej wniosków ważnych dla teraźniejszej pracy. Tragiczne dzieje Nikaragui niosą podstawowe przesłanie o roli rewolucyjnego kierownictwa. To ono musi równocześnie pozostawać w kontakcie z masami i nie tracić z oczu najkorzystniejszych dla nich rozwiązań. Sandiniści tymczasem odnieśli znaczące sukcesy na polu zmian typowo prospołecznych, jednak popełnione przez nich błędy polityczne zniweczyły włożone w tę pracę wysiłki. Szczególnie ważna w kontekście obecnej sytuacji w Ameryce Łacińskiej jest też kwestia struktury gospodarczej. Historia rewolucji w Nikaragui pokazuje dobitnie, że nie da się obłaskawić klasy posiadającej, tak samo jak nie da się pogodzić jej interesów z interesami pracowników. Rząd rewolucyjny może doprowadzić do końca swoje plany tylko wtedy, gdy konsekwentnie opiera się na ruchu masowym, nie szukając ugody z jego przeciwnikami. Warto pamiętać o naukach Nikaragui w kontekście obecnego procesu rewolucyjnego w Wenezueli. Nie wolno dopuścić do kolejnej rzezi, do zmarnowania kolejnego wielkiego wysiłku pracowników. Zbyt wiele już zostało osiągnięte.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing