|
15 stycznia w drugiej turze wyborów prezydenckich wybrano kandydatkę Partii Socjalistycznej – Michelle Bachelet. To kolejny przejaw mającej miejsce w Chile polaryzacji społecznej. Chile stopniowo dołącza się do latynoamerykańskiego zwrotu na lewo. Kraj ten wnosi do niego swoje charakterystyczne cechy, historię i tradycje.
Zwrot na lewo w Ameryce Łacińskiej
Gdy w grudniu 1998 roku na prezydenta Wenezueli wybrany został Hugo Chávez mogło wydawać się, że jest to lewicowy wyjątek potwierdzający prawicową regułę. Niemniej był to pierwszy przejaw narastającego oporu wobec neoliberalnej i wolnorynkowej polityki prowadzonej w całej Ameryce Łacińskiej oraz jeden z pierwszych objawów kontynentalnego kryzysu społeczno-politycznego. Od tego czasu narasta fala buntu w całej Ameryce Łacińskiej. Praktycznie wszystkie kraje tego regionu przeżyły gwałtowne ruchy społeczne oraz zmiany w politycznej nadbudowie. Od robotniczych powstań w Boliwii, poprzez stale radykalizujący się ruch boliwariański w Wenezueli,a skończywszy na historycznych manifestacjach w obronie kandydata lewicy w Meksyku. Po drodze przydarzyły się także dwa powstania masowe w Ekwadorze oraz kilka niemniej licznych wystąpień w Argentynie, które doprowadziły do upadku kilku prezydentów. Do tej pory jednak Chile postrzegane było jako jeden z ostatnich bastionów stabilizacji i wolnorynkowej prosperity. Wydawało się, że nic nigdy tam się nie wydarzy. Rządy wielkiej koalicji socjaldemokratów oraz chadeków trwają nieprzerwanie od upadku Pinocheta, kraj osiąga dobre wyniki ekonomiczne (6% wzrostu PKB w 2005 r.), a bezrobocie jest małe. Tak samo jednak i w latach dziewięćdziesiątych mówiono o Argentynie – wzorowym wykonawcy sugerowanych przez MFW i BŚ dyrektyw ekonomicznych. Pod maską spokoju jednak w społeczeństwie chilijskim dojrzewa i stopniowo dochodzi do głosu bardziej radykalna tendencja.
Bachelet
Michelle Bachelet wypada całkiem nieźle – jeśli porównać ją z jej politycznym patronem, byłym prezydentem Chile, Ricardem Lagosem. Ta 54-letnia lekarka jest córką zakatowanego na śmierć przez reżim pinochetowski oficera, który w 1973 roku odważył się opowiedzieć za Allende. Sama pani prezydent spędziła ponad rok w więzieniu, gdzie była torturowana. W rządzie byłego prezydenta Lagosa zajmowała funkcję ministra zdrowia, a potem ministra obrony. W swojej dotychczasowej działalności odwoływała się do zdecydowanie bardziej lewicowej retoryki niż jej były szef. Krytykowała politykę amerykańską wobec Wenezueli, opowiadała się za bardziej sprawiedliwym rozłożeniem dochodu narodowego, była też zwolenniczką progresywnych reform w zakresie ordynacji wyborczej, a także i obyczajowości. To wszystko sprawiło, że lewicowi aktywiści Partii Socjalistycznej z entuzjazmem wybrali ją w zeszłym roku na kandydatkę w wyborach prezydenckich. Poparcie dla niej było tak ewidentne, że kandydat znajdującej się w koalicji z socjalistami chadecji wycofał się z wyborów, nie chcąc skompromitować się kiepskim rezultatem. Z równie wielką satysfakcją przyjęte zostało zwycięstwo Bachelet w drugiej turze wyborów. Agencje komentowały, iż takiej radości na ulicach Chile nie było widać od czasu obalenia dyktatury Pinocheta w 1988 roku. Pracownicy i szeregowi aktywiści Partii Socjalistycznej i innych partii lewicowych postrzegają to zwycięstwo jako swoje własne zwycięstwo.
Gwałtowne zmiany w świadomości
Sama prezydent - elekt na jednej z konferencji prasowych przyznała: „jeszcze pięć lat temu nikt nie przypuszczałby, że prezydentem Chile zostanie kobieta – i to w dodatku dwukrotna rozwódka”. W Chile bowiem wiele się zmieniło w ciągu ostatnich pięciu lat, a jeszcze więcej się zmieni w nadchodzącym czasie. W sierpniu 2003 roku, po raz pierwszy od kilkunastu lat, związki zawodowe zorganizowały strajk generalny. Choć gospodarka notuje wysokie wzrosty, ludzie w dalszym ciągu nie mogą doczekać się ich efektów, a cierpliwość powoli się wyczerpuje. To wszystko ma wpływ na świadomość zarówno klas rządzących, jak i lewicowych aktywistów oraz pracowników. Ci ostatni zaczynają powoli wyciągać wnioski z kilkunastu lat rządów chilijskiej wersji wielkiej koalicji. Wewnątrz Chilijskiej Partii Socjalistycznej na nowo rozpoczyna się debata o doświadczeniu rządu Jedności Ludowej z lat 70-tych, organizują się coraz to bardziej radykalne nurty, wzywające do nacjonalizacji zasobów miedzi, zmiany pinochetowskiej konstytucji oraz powrotu do najlepszych, socjalistycznych tradycji obecnych w Chile przecież już od czasów Luisa Emilio Recabarrena, organizatora związków zawodowych z początku XX wieku. A wszystko to odbywa się w kontekście ogarniętej falą masowych protestów Ameryki Łacińskiej oraz coraz bardziej niestabilnej sytuacji na arenie światowej. Symptomem zmieniającej się sytuacji jest także i słabość klas rządzących, tradycyjnie związanych z wojskiem i charakteryzujących się prawicowymi poglądami. W ciągu ostatnich pięciu lat swą dawną pozycję utraciło wojsko, zlikwidowano też instytucję dożywotnich senatorów, a od paru lat otwarcie mówi się nawet o procesie Pinocheta.
Polaryzacja społeczeństwa
Elita finansowa i polityczna procesom radykalizacji przygląda się z rosnącym niepokojem. Wprawdzie lojalność dla ich interesów ze strony pani Bechelet póki co nie podlega dyskusji. Niemniej dostrzegają oni to, o czym socjaliści wiedzą od zawsze: po owocach ich poznacie. Od wszelkich słów i deklaracji ważniejsze są konkretne czyny. A te z kolei nie są determinowane wyłącznie przez samych zainteresowanych (w tym przypadku elitę finansową w Chile i nie tylko oraz panią prezydent), ale także i poprzez radykalizujące się szeregi Partii Socjalistycznej i innych partii lewicowych, dzięki poparciu których mogło dojść do zwycięstwa z ostatniej niedzieli. Kondycja klas rządzących z kolei zaczyna przypominać ich stan z końca lat 60-tych. Po raz pierwszy od czasów wprowadzenia „demokracji” w Chile największa organizacja pracodawców poparła nie wielką koalicję, lecz otwarcie prawicowe, a nawet faszyzujące partie popierające przeciwnika Bechelet. W tradycyjnej partii centrum – chadecji – znowu, jak przed prawie czterdziestu laty, zaczyna się polaryzacja na lewe i prawe skrzydło, która może doprowadzić do podziału na dwie partie – tak, jak stało się to w początku lat 70-tych. Same wyniki wyborów świadczą także o narastającej polaryzacji i upolitycznieniu społeczeństwa chilijskiego. Nie zapominajmy, iż kandydat prawicy – Sebastián Pińera – otrzymał w drugiej turze aż 46% głosów.
Przyszłość rządu Bechelet
Jak to skomentował chilijski dziennik „La Tercera” pani Bechelet w dalszym ciągu pozostaje zagadką. Nie wiadomo do końca kto będzie w jej rządzie oraz przede wszystkim nie wiadomo jak bardzo lewicową politykę będzie prowadził tenże. Niewątpliwie zwycięstwo kandydatki lewicy jest sygnałem potrzeby zmiany, którą dostrzega społeczeństwo chilijskie. To przecież dzięki obietnicom bardziej bezpośredniej demokracji możliwy był jej sukces.Teraz czas na realizacje wyborczych obietnic. Jak słusznie proponuje prezydent - elekt należy zmienić pinochetowską ordynację wyborczą, która uderza w lewicę. W grudniowych wyborach parlamentarnych 8-procentowe poparcie dla lewicowej koalicji pod przywództwem Partii Komunistycznej nie dało jej ani jednego mandatu ze względu na obowiązujące ustawodawstwo dotyczące wyborów. Trzeba też, co także podkreśla nowa prezydent, poprawić dystrybucję dochodu narodowego. Nie może dłużej być tak, że 63% dochodu wpada w ręce garstki najbogatszych ludzi. Jak jednak to wszystko osiągnąć? Odpowiedź płynie z samych szeregów Partii Socjalistycznej. W ostatni czasie jedną z najszybciej rosnących w siłę tendencji jest nurt, który wzywa do koalicji socjalistów i komunistów oraz radykalnego zerwania z kapitalizmem, nacjonalizacji zasobów miedzi i budowy bardziej sprawiedliwego społeczeństwa.
Fascynowanie się, jak też i opluwanie, Bechelet są mało produktywne. Fakty są jasne – jej wybór na stanowisko prezydenta jest kolejnym symptomem lewicowego zwrotu w Chile i Ameryce Łacińskiej. Aby ten zwrot ugruntować i nadać mu trwałą podstawę należy skupić się nie na badaniu psychiki pani Bechelet, to zadanie zostawmy psychoanalitykom, lecz na budowie realnej siły lewicowej wewnątrz związków zawodowych i partii lewicowych, która będzie w stanie nadać nowemu rządowi zdecydowanie lewicowy ton. Tradycje rewolucji w Chile są świeże i żywe w pamięci wielu Chilijczyków. A teraz otwiera się epoka, w której będzie możliwe dokończenie tego, czego nie udało się osiągnąć w 1973 roku. Zwycięstwo socjalizmu w Chile byłoby sukcesem, przełomem i inspiracją dla całej Ameryki Łacińskiej i reszty świata. Także i w Polsce żyje pamięć o chilijskich uchodźcach, którzy znaleźli schronienie w naszym kraju w połowie lat siedemdziesiątych. Niewątpliwie więc zmiany w Chile będą miały także i swoje reperkusje nad Wisłą.
|