Wybory w Boliwii - kret rewolucji kopie dalej Drukuj Email
Napisał(a): Wojciech Figiel [socjalizm.org]   
28.12.2005.

Po 180 latach od uzyskania przez Boliwię formalnej niepodległości, na czele tego kraju staje Indianin. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że dotychczas zajmujący to stanowisko biali to zaledwie 20% ludności kraju. 20%, które konsumuje większość dochodu wypracowanego przez pracowników – zarówno tych pochodzenia kreolskiego, jak i indiańskiego. Evo Morales, lider Ruchu Na Rzecz Socjalizmu (MAS) – bo o nim tu mowa – zdobył już w pierwszej turze poparcie 51% wyborców. W najbardziej zrewoltowanych i uzwiązkowionych regionach poparcie dla Moralesa osiągnęło 70%. Po raz pierwszy od dziesiątek lat wybory rozstrzygnięte zostały już w pierwszej turze. A wszystko to pomimo ogromnej histerii ze strony mediów, hierarchii kościoła i ambasady amerykańskiej, które lidera MAS-u oskarżały o „sprzyjanie wenezuelskiemu imperializmowi”, „sprzyjanie kartelom narkotykowym” oraz – ten grzech pierworodny wszystkich lewicowców – bycie „zbrodniczym komunistą” oraz „elementem wywrotowym”. Dopuszczono się nawet permanentnego fałszowania sondaży wyborczych – żaden z nich bowiem nie dawał Moralesowi poparcia większego niż 34 procent, gdy tymczasem uzyskał głosy 51% Boliwijczyków. Próbowano też, nie bez powodzenia, manipulować rejestrem wyborczym, wykreślając z niego ponad milion zwolenników Moralesa. A to wszystko w liczącym sobie mniej niż 10 milionów ludności kraju! Po co taka wielka nagonka? Czy rzeczywiście Morale chce rewolucji socjalistycznej? Jakie wreszcie jest tło wyborów oraz perspektywy na najbliższy czas?

Ameryka Łacińska – ostatnie stadium kapitalizmu

W ciągu ostatnich dekad Ameryka Łacińska stała się poligonem doświadczalnym dla doradców z Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego. Taka polityka gospodarcza doprowadziła – w kontekście globalnego kryzysu kapitalizmu – do strasznych konsekwencji gospodarczych i społecznych. Nigdy przedtem Ameryka Łacińska nie była tak zależna od obcych mocarstw, jak teraz. W 1997 roku całkowity dług zagraniczny tego obszaru wynosił 37% PKB, w 2002 – już 51%. W 2003 roku dług zagraniczny stanowił 187% dochodów z eksportu całego obszaru i wynosił już około 800 milionów dolarów. Wzrost gospodarczy jest, ale całość jego przepada w kieszeniach bogatej klitki.
W takim kontekście nie mogą dziwić masowe protesty społeczne oraz fakt, iż żaden kraj od Meksyku po Chile nie zaznał od dobrych dziesięciu lat stabilizacji. Protesty, strajki, masowe ruchy rewolucyjne, powstania górników i związkowców to fenomen na skalę całego kontynentu. W ciągu ostatnich 5 lat szersze wystąpienia społeczne miały miejsce w Argentynie, Boliwii, Brazylii, Ekwadorze, Meksyku, Peru, a nawet w takich krajach jak Costa Rica czy Republika Dominikany.

Boliwia – historia i teraźniejszość ruchu

W tym globalnym procesie szczególną rolę odgrywa Boliwia. Kraj ten, ze swoimi szacowanymi na 100 miliardów dolarów rezerwami gazu ziemnego i ropy naftowej, mógłby być rajem na ziemi. Tymczasem 95% populacji wiejskiej Boliwii żyje w nędzy. Nie lepiej powodzi się mieszkańcom miast, gdzie przeciętna płaca to niewiele ponad 50 dolarów. Szczególnie wyzyskiwanym sektorem klasy pracowniczej są górnicy, którzy za marne grosze pracują w ciężkich i obłożonych dużym ryzykiem warunkach. O BHP w Boliwii żaden pracodawca nigdy nie słyszał.
Nie może więc dziwić, iż boliwijskie związki zawodowe stworzyły bodaj najprężniejszy ruch pracowniczy na całym kontynencie. Już od lat 40-tych charakteryzował się on prawdziwie lewicową orientacją. Pierwszy program Federacji Górniczych Związków Zawodowych w Boliwii pisali trockiści (tzn. Tezy z Pulacayo). Średnio co 15 lat w kraju tym dochodziło do masowych wystąpień rewolucyjnych, które kwestionowały własność prywatną kopalni oraz tworzyły własne struktury władzy. Po jednym z nich, w 1986 roku, zamknięto dużą część kopalni i nastąpił proces zgoła niebywały – dezurbanizacji. Zwolnieni z pracy górnicy szli na wieś i tam zakładali związki zawodowe producentów koki. To właśnie z tego kręgu wywodzi się Evo Morales i MAS.
Od 2000 roku w Boliwii znowu zawrzało. Związkowcom udało się – pomimo ogłoszenia przez rząd stanu wojennego – obronić państwowy charakter zasobów wody w Cochabambie. Był to punkt zwrotny, po którym elita rządząca nie zaznała ani dnia spokoju. W ciągu ostatnich dwóch lat pracownicy boliwijscy dokonali przynajmniej czterech prób zmiany kapitalistycznego porządku. Udało się obalić trzech prezydentów i rozpocząć budowę nowego typu organów władzy, opartych o Zgromadzenia Ludowe. W trakcie tego długotrwałego procesu na czele największych central związkowych (COB, FSTMB) stawali coraz to bardziej radykalni przywódcy, których pchały do władzy zrewoltowane doły związkowe. Zaczęto kwestionować nie jednego czy drugiego polityka, lecz cały system formalnej demokracji oraz dominacji Boliwii przez kilka firm ponadnarodowych i pod protektoratem ambasadę USA. Na początku hasłem ruchu była natychmiastowa nacjonalizacja zasobów naturalnych kraju, ale potem – w wyniku doświadczeń walki i samoorganizacji – włączono klasyczne postulaty rewolucyjne, takie jak: ruchoma skala cen i płac, organizacja Zgromadzeń Ludowych na szczeblu dzielnicy, miasta i państwa jako nowego rządu etc. Przywódcy ruchu trafnie czynią w tym miejscu aluzję do rewolucji rosyjskiej z 1917 roku i sowietów. W połowie 2005 roku doszło do historycznych protestów, które wytworzyły system dwuwładzy z tzw. Asamblea Popular Originaria jako centralnym organem nowego typu władzy: władzy pracowników, zubożałych chłopów, biedoty miejskiej i Indian – zdecydowanej większości ludności kraju.

Mocne i słabe punkty ruchu

Wydarzenia rewolucyjne w Boliwii to jeszcze jeden dowód na to, że tylko klasa pracownicza jest w stanie zbudować nowy, bardziej sprawiedliwy system socjalistyczny. Jest to jeszcze jeden z serii tylu argumentów przeciwko wieczym sceptykom, którzy twierdzą, iż klasa robotnicza roztopiła się w „społeczeństwie obywatelskim” i że teraz należy szukać nowych sił rewolucyjnych w społeczeństwie. Jeszcze raz udowodniono, że gdy proletariat staje na czele ruchu masowego nie ma żadnej siły, która mogłaby go powstrzymać – wojsko, policja, politycy, media… wszyscy oni stają bezradni wobec ruchu lub przechodzą na jego stronę.
Mimo jednak tak wielkiej odwagi i determinacji wykazanej przez protestujących Boliwijczyków nie udało się całkowicie zerwać z kapitalizmem. Powody tego wyjaśnia jeden z przywódców COB: „jeżeli nie przejęliśmy władzy w Boliwii, to stało się tak tylko dlatego, że nie zbudowaliśmy za wczasu partii rewolucyjnej”.
To właśnie z powodu braku trafnej orientacji ruchu i dobrego przywództwa możliwe było tymczasowe wygaszenie protestów. W ten oto sposób, jako jedną z ostatnich opcji dla klasy rządzącej, postanowiono odwrócić uwagę protestujących i wykorzystano do tego celu organizację wyborów.

Evo

Jaką rolę w wydarzeniach ostatnich 5 lat odgrywał Evo Morales?
Podczas każdego powstania górników i innych pracowników starał się być mediatorem między rządem a centralami związkowymi. Gdy rząd Sancheza de Lozady w październiku 2003 roku zorganizował masakrę kilkudziesięciu robotników w El Alto, Morales wzywał do „nie prowokowania rządzących i Ameryki”. Wreszcie w maju i czerwcu 2005 roku to za jego pośrednictwem udało się w końcu zaprzysiężyć Rodrigueza na tymczasowego prezydenta.
Oligarchia boliwijska – świadoma tego, ale jednocześnie także i zdająca sobie sprawę z tego jakim poparciem cieszy się Morales pośród chłopów i Indian – niechętnie, ale musiała zgodzić się na przejęcie przez niego władzy. Elity rządzące bowiem boją się nie tego, że Evo jest „komunistą” – do tego mu niestety bardzo daleko – ale tego, że stoi on naczele masowego ruchu, którego nie będzie potrafił ujarzmić. Obawy te podzielają tak szacowne wydawnictwa, jak chociażby „The Economist”, który ostrzega, iż „Morales może nie być w stanie zapanować nad swoimi zwolennikami”. Stąd ta ogromna kampania przeciwko kandydaturze lidera plantatorów koki na prezydenta.
Świadom tego niebezpieczeństwa Morales w trakcie swojej kampanii cały czas zapewniał wielkie korporacje o przyjaznym do nich nastawieniu. Spotkał się nawet z ambasadorami krajów Unii, a także i potajemnie z ambasadorem USA. Tuż po wyborach, potwierdzając swoją linię, jeszcze jako prezydent-elekt usankcjonował decyzje swego poprzednika o prywatyzacji wielkich złóż ropy naftowej w Mutun.

Co dalej?

Organizacje rewolucyjne czują, iż Morales nie będzie chciał realizować swego propracowniczego programu wyborczego. Na spotkaniu 12 grudnia 2005 roku jasno oświadczono, iż nowy prezydent ma 90 dni na znacjonalizowanie zasobów naturalnych kraju, inaczej rozpocznie się ofensywa ruchu pracowniczego. W tym celu postanowiono promować ideę tworzenia Zgromadzeń Ludowych oraz zorganizować wybory do nich w marcu 2006 roku i kongres delegatów 10 kwietnia.
Te posunięcia są niewątpliwym krokiem naprzód i oferują praktyczne rozwiązania dla palących problemów. Zabrakło w nich jednak stanowiska awangardy ruchu na temat wyborów, postrzeganych przez ludzi jako centralny punkt walki o spełnienie ich postulatów. Oznacza to także brak koncepcji politycznej co do samego MAS-u i stanowiska w sprawie tej siły politycznej. Jasnym jest, że ani Evo ani tym bardziej jego wiceprezydent – który otwarcie mówi o „budowaniu kapitalizmu andyjskiego z ludzką twarzą” – nie są ludźmi, do których trafiać będą jakiekolwiek apele. Jednak MAS organizuje bardzo dużą część pracowników i przede wszystkim chłopów, których rewolucja – aby zwyciężyć – musi pozyskać na swoją stronę. Osiągnąć to można tylko poprzez cierpliwe wyjaśnianie idei socjalistycznych wewnątrz tych organizacji i – wraz ze zgrupowanymi w nich aktywistami – wyciąganie odpowiednich wniosków i robienie kolejnych kroków naprzód w stronę przebudowy systemu ekonomiczno-politycznego. Bez wątpienia Morales nie jest urodzonym rewolucjonistą, ale wciąż jeszcze jego idee dominują wśród mniej upolitycznionych części ruchu masowego. To właśnie na tych ludziach powinna koncentrować się uwaga socjalistów, by rewolucja osiągnęła sukces.
Jednak aby to wszystko uczynić i postąpić dwa kroki naprzód i móc zorganizować skuteczne przejęcie władzy przez pracowników, potrzebne jest im narzędzie polityczne. Tym narzędziem jest partia robotnicza, do której budowy już wzywa część związkowców z COB-u. Jeżeli uda się je zbudować i przekonać większość społeczeństwa idei socjalistycznych, to – wraz z energią i determinacją dowiedzioną już wystarczająco przez pracowników – nie będzie żadnej siły zdolnej do powstrzymania radykalnych zmian w społeczeństwie boliwijskim. Takie z kolei zmiany będą miały wpływ na rozwój sytuacji w szczególności w sąsiednim Peru i Ekwadorze, ale także i w Wenezueli, Argentynie, Brazylii i Meksyku. Kapitalizm zawaliłby się w całej Ameryce Łacińskiej jak domek z kart. Możliwe by było wtedy urzeczywistnienie idei Socjalistycznej Federacji Ameryki Łacińskiej.

Konsekwencje dla Polski

Jak słusznie zauważył to ostatnio jeden z socjalistycznych aktywistów SLD, Polska znajduje się w podobnej sytuacji do tej z Ameryki Łacińskiej. Nasz kraj także zaznał kilkunastu lat reform prokapitalistycznych i wynikającego z nich neoliberalnego dobrobytu. Rządzący świadomi są tego, że nawet stosunkowo drobne wydarzenie może spowodować masowe protesty społeczne. Dlatego też nie popularyzuje się tak inspirującego ruchu, z jakim mieliśmy do czynienia w Boliwii w ciągu ostatnich paru lat.
Czas już jednak, by do Polski – zamiast antykomunistycznej i fałszywej histerii z okazji wyborów w Boliwii – zaczęły docierać rzetelne i głębokie analizy na temat sytuacji w Ameryce Łacińskiej. Może przydałoby się zacząć uczyć od związkowców boliwijskich ich postawy, ducha i gotowości do radykalnej zmiany społeczeństwa? Może i tu, w Polsce, przydałaby się partia rewolucyjna, która mogłaby przeciwstawić się skutecznie prawicowej degrengoladzie, a także skoordynować oraz poprowadzić do zwycięstwa nadchodzącą nieubłaganie falę protestów?

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing