Cierpliwość i wytrwałość - wywiad z Rafaelem Ortegą Drukuj Email
Napisał(a): socjalizm.org   
17.12.2006.

W Polsce słowo „rewolucja” nie ma pozytywnych konotacji. Jakie skojarzenia wywołuje ono w Wenezueli i czym jest rewolucja boliwariańska trwająca w tym kraju?

W Wenezueli słowo „rewolucja” oznacza głęboki proces zmian. Zmiany te wprowadzane są i będą w sposób demokratyczny, pokojowy i zgodny z konstytucją. Przede wszystkim dlatego, że tak zadecydowało społeczeństwo. W referendum z 1999 roku opowiedziało się ono za stworzeniem nowej konstytucji. Był to świadomy akt patriotyczny, bazujący na naszej głęboko pacyfistycznej tradycji. Jedynym momentem w historii Wenezueli, kiedy użyto siły było wyzwolenie się spod dominacji imperium hiszpańskiego. Procesu, który poprowadził Simón Bolivar. Teraz kończymy jego dzieło. Dążył on bowiem do stworzenia federacji latynoamerykańskiej. Plany jego jednak pokrzyżowała wenezuelska oligarchia. Przyzwyczajono nas do tego, że Bolivar jest obiektem kultu. Dzisiaj jego idee są bardziej aktualne niż kiedykolwiek. Bolivar twierdził, że „Stany Zjednoczone w imię demokracji zagłodzą i pogrążą w nędzy obie Ameryki i cały świat”. Weźmy przykład Wenezueli. W ciągu 40 lat tzw. „demokracji” nasz kraj doprowadzono do nędzy. 80% społeczeństwa żyło w skrajnym ubóstwie. Zaznaczmy, że miało to miejsce w państwie niezmiernie bogatym w zasoby naturalne. Ta „demokracja” była wprowadzana według importowanego i cudzego modelu. Dlatego też obecnie mówimy o rewolucji boliwariańskiej, gdyż to opierając się na ideach Simona Bolivara budujemy naszą tożsamość.

Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej na temat patriotyzmu w Wenezueli. Czy, tak jak powszechnie uważa się w Polsce, wyklucza on bycie jednocześnie rewolucjonistą? Przykład Wenezueli wydaje się przeczyć tej tezie.

W czasach Bolivara zwolenników dominacji hiszpańskiej nazywano „rojalistami”, a zwolenników walki o niepodległość – „patriotami”. Teraz przywracamy dawne znaczenie temu terminowi. Dostosowujemy go jednak do obecnej sytuacji. W Wenezueli patriotą jest ten, kto walczy o zmiany w kraju, popiera proces rewolucyjny i chce emancypacji spod dominacji imperium. Teraz nie jest nim Hiszpania, lecz Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. My nie rozróżniamy między patriotą a rewolucjonistą. Patriota ma obowiązek walki o lepszą przyszłość swego kraju, a także o lepszy świat. W Wenezueli jesteśmy właśnie w trakcie budowy nowych struktur społecznych. Dzięki temu chcemy rozwiązać problem nędzy w państwie. Oznacza to jednocześnie wyzwolenie spod dominacji obcych, narzuconych nam modeli. Idziemy w ten sposób śladami wielkich patriotów wenezuelskich: Simona Bolivara, Simona Rodrigueza i Ezequiela Zamory.

Innym, wydawać by się mogło paradoksalnym, czynnikiem kształtującym rzeczywistość wenezuelską, jest ścisły związek religii z rewolucją. Także i w tym przypadku rzeczywistość Polska wydaje się przeczyć możliwości takiego związku.

Proces rewolucyjny w Wenezueli jest ściśle powiązany z religijnością. Po pierwsze dlatego, że 97,6% ludności tego kraju jest katolikami. A po drugie dlatego, że w naszej opinii Jezus był jednym z większych rewolucjonistów. Przecież był on przeciwko wyzyskowi, a jego przesłanie było skierowane do wszystkich, niezależnie od majątku, jakim dysponowali. Oczywiście, nie mówimy tu o religii fanatycznej, zamkniętej w kościele, ukrytej. Mówimy tym jej wymiarze, który pozostaje w służbie biednym. Dlatego też nasza rewolucja ma dużo wspólnego z religią. Katolicy w Wenezueli, ale nie tylko oni, popierają rewolucję boliwariańską.

Wygląda więc na to, że rewolucja boliwariańska to proces, w którym przywraca się pierwotne znaczenie takim pojęciom jak religijność, czy patriotyzm…

Tak. Jednak współpraca z Kościołem nie była na początku łatwa. Konferencja Episkopatu była przez dłuższy czas przeciwna rewolucji i niektórzy jej członkowie brali czynny udział w puczu antychavistowskim z kwietnia 2002 roku. Jednak stopniowo hierarchowie zdali sobie sprawę, że albo staną po stronie rządu, który pomaga biednym, albo zostaną przez tych biednych odrzuceni.

Minęło osiem lat od początku rewolucji boliwariańskiej. Jakie są główne zdobycze socjalne, mające przełożenie na życie przeciętnego Wenezuelczyka?

Podkreślmy, że przeprowadzenie zmian nie było łatwe. Wielu ludzi w administracji i strukturach państwa było przeciwnych odejściu od utartych praktyk demokracji przedstawicielskiej. Jednak stosując konsekwentnie te trzy filary procesu, o których już wspominałem, udało się osiągnąć bardzo wiele.

Jednym z większych osiągnięć rządu boliwariańskiego jest rozbudowanie systemu edukacji. Jak mawiał Bolivar, „wykształcony naród jest zdolny do budowania swojej przyszłości”. Dlatego też uznaliśmy, iż przekształcenia ustrojowe należy rozpocząć od edukacji. Trwająca przez 40 lat epoka demokracji reprezentatywnej pozostawiła po sobie negatywny bilans na tym polu. Ponad 1.400 tysięcy ludzi było analfabetami. W 2005 roku Wenezuela została ogłoszona przez UNESCO krajem wolnym od analfabetyzmu. Ponadto, równolegle z głęboką reformą skostniałych struktur ministerialnych, wprowadziliśmy szereg programów społecznych, takich jak „Robinson”, „Rivas”, czy uniwersytecki „Sucre”. Ich celem jest kompleksowe dokształcanie ludności. Efektem tego jest powszechny dostęp do edukacji na każdym poziomie. W 2007 roku przewidywane jest otwarcie 50 nowych uniwersytetów w tym szkół medycznych, politechnicznych, sztuk pięknych… W tym roku otworzyliśmy Iberoamerykańską Akademię Sportową.

To jednak nie wszystko. Według danych Komisji Gospodarczej ONZ ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów [CEPAL] Wenezuela (wraz z Argentyną) to najszybciej rozwijające się kraje, w których najszybciej zmniejsza się także poziom ubóstwa. Jesteśmy przekonani, że będziemy pierwszymi, którzy wypełnią mety milenium ustanowione przez ONZ. Tak w dziedzinie edukacji, jak też i służby zdrowia. Jest to bowiem kolejna dziedzina, gdzie zrobiliśmy wielki postęp. W Wenezueli ludzie umierali w szpitalach czekając w gigantycznych kolejkach na pomoc medyczną.

Zupełnie jak teraz w Polsce…

Dzięki pomocy wyklętego przez cały świat Fidela Castro uruchomiliśmy program „Barrio Adentro”. Dawniej lekarze w Wenezueli zakładali prywatne kliniki i byli najgorszymi z nowobogackich. Nie obchodziło ich zdrowie ludności, która umierała na uleczalne choroby. Rząd boliwariański wprowadził program, dzięki któremu lekarze znaleźli się w miejscach, gdzie są naprawdę potrzebni: w slumsach, na ulicach i w mieszkaniach ubogich. Nie tylko leczą, ale i zapobiegają chorobom. Na przykład śmiertelność noworodków zmalała o 20%. Wenezuela jest też krajem o największym postępie społecznym na świecie mierzonym według oenzetowskiego wskaźnika HDI. Skoczyliśmy z poziomu średniego na wysoki tego wskaźnika, mimo puczu i sabotażu gospodarki.

Rezerwa walutowa 24-milionowej Wenezueli wynosi 36 miliardów USD. W tym roku po raz pierwszy w historii przemysł naftowy przestanie być głównym źródłem dochodu narodowego. Przemysł samochodowy zanotował ponad 200-procentowy wzrost, przemysł wytwórczy – ponad 34%, stan rolnictwa jest coraz lepszy. Dążymy do osiągnięcia samowystarczalności żywieniowej. Rozwój rolnictwa to jedno z głównych osiągnięć rządu.

W naszym kraju buduje się bardzo dużo mieszkań, sprzedawanych po korzystnych cenach. W 2-milionowej stolicy Wenezueli Caracas była tylko jedna linia metra. Teraz są trzy. Otworzono metro w Maracaibo, Walencji, trolejbus w Meridzie, tramwaj łączący Caracas z Doliną Tui, który skróci czas podróży z 2 godzin do 17 minut. Żaden inny kraj nie prowadzi tak szeroko zakrojonych prac nad infrastrukturą. Niedawno otwarto drugi most na rzece Orinoco, z linią kolejową. Budujemy też gigantyczny dziecięcy szpital kardiologiczny z 3000 łóżek. Główną przyczyną zgonów wśród dzieci były właśnie problemy z sercem.

Wiadukt łączący Guairę z Caracas, zbudowany jeszcze w latach 50-tych, przez 40 lat demokracji przedstawicielskiej nie był remontowany, aż w końcu zawalił się. Oczywiście zaraz opozycja oskarżyła Chaveza o zaniedbywanie infrastruktury. Natychmiast stworzono alternatywną drogę komunikacji, a w pierwszym kwartale 2007 roku zostanie oddany do użytku nowy wiadukt łączący Guairę i Caracas. Ponadto zbudowano na tym odcinku nową, alternatywną do obecnie istniejącej autostradę.

A wszystko to przez osiem lat, w ciągu których musieliśmy walczyć z puczem i sabotażem gospodarki, który kosztował nas około 10 miliardów USD.
To są właśnie niektóre osiągnięcia rządu, który chce stworzyć lepszy świat dla nas i naszych dzieci. Niestety tych zdobyczy nie propaguje się w mediach głównego nurtu. Dlatego należy wspierać takie publikacje jak „Nowy Tygodnik Popularny”, które przedstawiają prawdziwy obraz wydarzeń w Wenezueli. Obraz naszej pokojowej i demokratycznej rewolucji. Rewolucji, która zerwała z modelem reprezentatywnym demokracji i przeszła do modelu demokracji uczestniczącej. W tym nowym modelu to społeczności lokalne, poprzez swoje organizacje, decydują o kształcie i przyszłości swego otoczenia.

Na czym więc polega konflikt między USA, a Wenezuelą?

Po pierwsze, podkreślić należy, iż my, Wenezuelczycy nie mamy nic przeciwko społeczeństwu amerykańskiemu, które bardzo szanujemy i, w miarę naszych skromnych możliwości, staramy się mu pomagać. Jednak chcemy być traktowani przez rząd USA na zasadach partnerskich. Konflikt z administracją USA ma podłoże ekonomiczne, gdyż oni chcieliby dalej kontrolować nasze zasoby, a my na to nie możemy się zgodzić.

Wenezuela nigdy nie złamała swoich zobowiązań wobec USA. Nawet podczas paraliżu przemysłu naftowego wysyłała ona tyle baryłek ropy naftowej, do ilu się zobowiązała, dzięki pomocy Brazylii.

Tuż po ogłoszeniu wyników wyborów prezydent Chavez podkreślał, iż Wenezuelczycy oddali głos nie na niego, lecz na „boliwariański socjalizm XXI wieku”. Zadeklarował też wolę walki z biurokracją i korupcją. Jakie więc będą główne kierunki działań rządu rewolucyjnego?

Prawdą jest, iż zwycięstwo Chaveza jest naprawde masowe. Otrzymał on ponad 7 milionów głosów, podczas gdy główny kandydat opozycji 4 miliony. Mówimy tu więc o 3 milionach głosów różnicy. Opozycjoniści twierdzą, iż Chavez chce zostać „obranym dyktatorem”. Teza ta nie wytrzymuje jednak konfrontacji z rzeczywistością, gdyż możliwość reelekcji jest gwarantowana konstytucyjnie i tego właśnie chce zdecydowana większość społeczeństwa.

Rzeczywiście ludzie chcą socjalizmu. Nie tzw. „realnego socjalizmu”, przy budowie którego popełniono bardzo wiele błędów, choć jednocześnie nie wolno zapominać o jego zdobyczach prospołecznych. My uważamy, że państw tzw. Bloku Wschodniego w ogóle nie możemy określić mianem „socjalistycznych”. Nie chcemy też kopiować modelu kubańskiego, mimo przyjaźni, która łączy nas z tym krajem. Nasz socjalizm jest oryginalny, właściwy Wenezueli. Jeżeli ktokolwiek chce skorzystać z naszego przykładu, to tym lepiej. My jednak wyłącznie pokazujemy, iż lepszy świat jest możliwy – nikomu nie narzucamy naszych rozwiązań. Lepszy świat, bardziej solidarny, ludzki i oparty na negacji wyzysku człowieka przez człowieka. W obecnym kierunku świat podążać dalej nie może. Co trzy sekundy umiera z głodu i uleczalnych chorób dziecko. Nie możemy pozwolić, by taka sytuacja trwała dłużej.

Droga do osiągnięcia tego nowego systemu jest trudna. Mimo wszystkich zmian, jakie nastąpiły w gospodarce i strukturze państwowej w Wenezueli w ciągu ostatnich 8 lat, dalej pewne procesy wymagają pogłębienia. Musimy dokonać rewolucji wewnątrz rewolucji i przyspieszyć proces zmian. Jak mawia Chavez, najlepszym sposobem na zlikwidowanie nędzy jest przekazanie władzy w ręce społeczeństwa. Dlatego też w nadchodzącym czasie odchodzić będziemy od zbiurokratyzowanej struktury państwowej z czasów demokracji przedstawicielskiej i wzmacniać struktury demokracji uczestniczącej. Zamierzamy zatem wspierać te tysiące organizacji, poprzez które ludzie muszą mieć możliwość kształtowania państwa.

W kontekście przekazywania władzy społeczeństwu cenną inicjatywą może okazać się walka o upaństwowienie pod kontrolą pracowniczą firmy Sanitarios Maracay, o której pisaliśmy w poprzednim numerze „NTP”. Czy zarząd pracowniczy nad fabrykami to droga, którą powinna podążać rewolucja boliwariańska?

Tak. Przykład Sanitarios Maracay jest mi szczególnie drogi, gdyż ludzi tych osobiście znam. Przez wiele lat moja rodzina mieszkała w Maracay.

Problem polega na tym, że w międzynarodowych mediach mówi się, że w Wenezueli wywłaszczenia odbywają się bezprawnie, niepotrzebnie i w autorytarny sposób. W świat idzie obraz rządu, któremu nagle zachciewa się „położyć łapę” na prywatnej własności ziemi, czy fabryk, ponieważ uważa je za rentowne. Nic bardziej mylnego.
W czasach demokracji przedstawicielskiej, większość kapitalistów żyła z pieniędzy państwowych. Nikt nie spłacał kredytów i innych zobowiązań, a wynajęci księgowi tak fałszowali dokumenty, by zawsze wykazywały straty. Rząd ustanawiał przepisy chroniące pracowników, których nikt nie przestrzegał. Gdy wreszcie rząd boliwariański zażądał spłaty kredytów, przestrzegania praw pracowniczych i płacenia podatków tzw. „przedsiębiorcy” ogłaszali niewypłacalność firmy i bankructwo, chcąc uciec od płacenia należnych, zgodnie z umową i prawem, zobowiązań.

Tak właśnie działo się w fabryce urządzeń sanitarnych Sanitarios Maracay. Dlatego też pracownicy domagają się od rządu, by wywłaszczył ich szefa. Jak widać, sami pracownicy potrafią zarządzać tą całkiem dochodową firmą lepiej niż ich szef. Pracownicy zobowiązują się robić to, czego nie chce robić szef – produkować i rozwijać zakład pracy.

W pewnym sensie sytuacja Sanitarios Maracay przypomina sytuację PDVSA, ogromnej państwowej firmy zajmującej się wydobyciem i przetwórstwem ropy naftowej. Do 2002 roku firma ta rzekomo przynosiła straty. W rzeczywistości dyrektorzy zabierali zyski, a na papierze wykazywali straty. Ważną rolę odegrało tutaj także zatrudnianie nieuczciwych podwykonawców, którzy sztucznie zawyżali ceny swych usług.

Paradoksalnie paraliż przemysłu naftowego z końca 2002 roku pomógł odzyskać kontrolę nad PDVSA. To właśnie dzięki zyskom PDVSA można wprowadzać programy społeczne i powiększać rezerwy dewizowe kraju. Można też wreszcie w pełni oszacować zasoby wenezuelskiej ropy naftowej. Poprzednie szefostwo PDVSA miało tajne układy z korporacjami międzynarodowymi, które sprowadzały się do tego, że PDVSA będzie robiła badania złóż ropy naftowej, a ich eksploatacją zajmą się wielkie koncerny naftowe. Dowód? Luis Gusti, jeden z bossów PDVSA, po paraliżu przemysłu naftowego uciekł z kraju i teraz jest doradcą prezydenta Busha oraz znajduje się w ścisłym kierownictwie jednego z międzynarodowych koncernów naftowych. Dodajmy, iż miał on być jednym z kandydatów na prezydenta po obaleniu Chaveza w kwietniu 2002 roku. Nie jest to przypadek odosobniony. Wielu byłych zarządców PDVSA uciekło za granicę i teraz jest zatrudnionych we wielkich koncernach naftowych.

Pytam o Sanitarios Maracay, gdyż kampania Hands Off Venezuela i „Nowy Tygodnk Popularny” zdecydowanie opowiedziały się po stronie okupujących tę fabrykę pracowników. Jaka może być rola tego typu kampanii?

Wasza rola jest absolutnie kluczowa. Jesteśmy świadomi i cenimy sobie wkład aktywistów kampanii „Hands Off Venezuela” w przedstawianie prawdziwego obrazu sytuacji w Wenezueli. Dzięki Wam nie ma kraju na świecie, w którym nie byłoby choć jednej osoby solidaryzującej się z rewolucją boliwariańską. Ostatnie zwycięstwo wyborcze Chaveza zawdzięczamy nie tylko samemu prezydentowi oraz społeczeństwu wenezuelskiemu, które popiera proces zmian, ale także organizacjom takim jak Wasza, które na całym świecie przedstawiają prawdziwy obraz przemian społecznych w Wenezueli.

Co chciałbyś przekazać czytelnikom „Nowego Tygodnika Popularnego” oraz osobom budującym polską sekcję kampanii „Hands Off Venezuela”?



W Wenezueli mamy takie powiedzenie, które daje nam siłę w trudnych momentach: cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość, wytrwałość i jeszcze raz wytrwałość, praca i jeszcze raz praca, a zmienimy kraj. Mieszkańcom Polski i świata dedykuje to nasze powiedzenie z tą tylko różnicą, że zmienić możemy nie tylko jeden kraj, ale cały świat.

---

Rafael Simón Ortega Rondón, z wykształcenie psycholog kliniczny, studia ukończył na Wenezuelskim Uniwersytecie Centralnym, wykładał na Doświadczalnym Uniwersytecie Pedagogicznym im. Libertadora w Turmero (stan Aragua). Obecnie jest attache kulturalnym w Ambasadzie Boliwariańskiej Republiki Wenezueli w Polsce.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing