|
W dziale sklep on-line kupisz literaturę oraz inne lewicowe "akcesoria" po bardzo niskich cenach. |
| Od IV RP do Tuskmenistanu |
|
|
| Napisał(a): Bojan Stanisławski [socjalizm.org] | |
| 30.03.2008. | |
Polska rzeczywistość zaczyna się zmieniać. Premier Donald Tusk robi dobrą minę do złej gry. Nagle zniknęły powtarzane bez opamiętania frazy o „darze zaufania” oraz zaklęcia typu: „najważniejsza jest miłość”, czy „Polska zasługuje na cud gospodarczy”. Cudu nie będzie. Scheda po IV Rzeczpospolitej pozostawiona przez Kaczyńskich i piętrzące się od początku lat 90 systemowe sprzeczności osiągają w Polsce, na oczach pracowników całej Europy, masę krytyczną. Nowy premier pada być może ofiarą własnej naiwności. Jego obecne działania wydają się potwierdzać nieśmiałe przypuszczenia, iż Donald Tusk rzeczywiście wierzy nie tylko w prawdziwość, ale i w moc przywołanych wyżej zaklęć. Tymczasem polskie społeczeństwo zaczęło domagać się już rozstrzygnięcia jednej z największych sprzeczności jakie wygenerował porządek zaprowadzony w Polsce po 1989 roku – pomiędzy pogłębiającą się pauperyzacją i stale podsycanymi nadziejami na dobrobyt. Zmierzch epoki prokapitalistycznej ascezy Już w latach osiemdziesiątych pojawił się w Polsce dyskurs, który najkrócej scharakteryzować można w następujący sposób – jeszcze trochę zaciskania pasa, jeszcze trochę obniżania podatków, jeszcze trochę prywatyzacji, jeszcze trochę bardziej elastyczny Kodeks pracy… i bramy raju otworzą się. Ten – mało subtelny, znany już w krajach zachodnich – leitmotif propagandowy stał się praktycznym fundamentem budowania nowej ideologii, która miała zdyscyplinować polskie społeczeństwo na nowo. Było to tym łatwiejsze, że ówczesne elity rządzące wyrażały na to pełne przyzwolenie, gdyż same zaczynały już żyć przekonaniem o wyższości kapitalizmu i perspektywą jego wprowadzenia w Polsce. Eksplozję masowej nędzy i cierpienia z początku lat dziewięćdziesiątych przedstawiano jako chwilowe niedomagania porównywalne z bólami po operacji, która prowadzi wszak do ogólnego wyzdrowienia po ciężkiej, przewlekłej chorobie (którą był oczywiście – „komunizm”). Tymczasem uspokajające pogadanki okazały się zasłoną dymną, za którą przygotowywano front ideologicznej ofensywy na niespotykaną skalę. Dziś, cierpienie ekonomiczne i wszelką dyskryminację nowa moralność nakazuje już nie tyle akceptować, co czuć dumę i zadowolenie mogąc być jej sprawcą. Nie mówi się o wyzysku pracowników, a o generowaniu wzrostu gospodarczego, zaś wytłumaczenie wszystkich problemów społecznych jest proste – nieudacznictwo pewnego procentu obywateli. Niemniej jednak element będącego tuż-tuż dobrobytu pozostawał nieodzowny. Wszak ludziom nie można było otwarcie powiedzieć, że chce się ich zorientować na totalną destrukcję wszystkiego, co humanitarne, w imię zysku. Toteż jego tworzenie ukazywano jako drogę ku dobru, a sam on miał być dźwiganym przez wszystkich krzyżem. Zaś na końcu pełnej mąk wędrówki czeka nas upragniony (i obiecywany) raj. Oto i doczekaliśmy momentu gdy polskie społeczeństwo zaczyna – wprawdzie nieśmiało, lecz coraz bardziej stanowczym tonem – mówi: „dosyć”. Społeczne niezadowolenie, frustracja, PiS Pierwszym poważnym symptomem społecznego niezadowolenia było masowe poparcie, jakiego wyborcy udzielili w 2001 roku Sojuszowi Lewicy Demokratycznej. Poprzedni rząd (prawicowa koalicja AWS-UW) pozwolił Polakom bardziej obficie posmakować kapitalizmu wprowadzając tzw. cztery wielkie reformy, które ostatecznie zrujnowały i tak już biedne społeczeństwo. Niemniej SLD – wzorem brytyjskiej Partii Pracy czy niemieckiej SPD – perfekcyjnie wręcz zawiodło swoich wyborców, zdradzając absolutnie wszelką nadzieję, jaka została w tej partii położona. Przywódcy tego stronnictwa zrealizowali dokładnie taki program, przeciwko któremu głosowała cała Polska, kończąc tym samym dzieło prawicy. Poziom frustracji w społeczeństwie osiągnął rozmiary bliskie nieskończoności. Możliwe było to przede wszystkim dzięki temu, iż wszystkie siły polityczne – niezależnie od ostentacyjnych kłótni, jakie między sobą przeprowadzały – konsekwentnie pracowały na marginalizację i rozbicie ruchu pracowniczego; szczególnie te, które deklarowały do niego największe przywiązanie. Naturalnym niejako następstwem takiego rozwoju wypadków był, wzbudzający odrazę wśród klas wyższych i nadzieję wśród wykluczonych oraz umiarkowane poparcie wśród pracowników, okres rządów braci Kaczyńskich. Ich partia – Prawo i Sprawiedliwość – zaproponowała unikalne połączenie protestu przeciwko porządkom jakie zaprowadzono w Polsce po 1989 roku z katolickim fundamentalizmem i towarzyszącym mu wstecznictwem kulturowym – zaściankowością, prowincjonalizmem i przaśnością. Jednocześnie krytyce swojej nadała wymiar szczególny. Kaczyńscy zastosowali bowiem absolutnie nowatorską jak na polskie neoliberalne standardy retorykę buntu i wielkich zmian (vide: hasło „rewolucji moralnej” i „budowy IV Rzeczpospolitej), w tym także tych prospołecznych. Czynili to jednak tylko celem kamuflażu prawdziwych intencji – utrzymania ustrojowego status quo, w ramach którego planowali establishmentowy pucz. Reprezentowali oni specyficzny margines polskiej klasy rządzącej; grupy, które dopuszczone zostały do władzy przez bardzo krótki okres i nie zdążyły wywalczyć sobie właściwej pozycji „partnera” w jej ramach. Jednocześnie zdawali sobie sprawę, iż bez społecznego poparcia nie mają żadnych szans w swojej walce. Toteż, przyoblekłszy szaty ludowych trybunów, upozorowali walkę z niszczącym Polskę „układem”. Dla wygody nazwali go „komunistyczno-ubeckim”, a do współpracy zaprosili tych, których cała elita ostentacyjnie lekceważyła i wyśmiewała – Radio Maryja (fundamentalistyczną polską rozgłośnię radiową) wraz z szeroką rzeszą jej fanów. Zrobili również zaciąg wśród znanych skrajnie prawicowych „intelektualistów” i tak przygotowani ruszyli w marsz po władzę – całkowicie dla siebie. Niestety, przeliczyli się w swych oczekiwaniach odnośnie zarówno swej siły, jak i odporności mentalnej i świadomościowo-politycznej polskiego społeczeństwa. Bezmiar imbecylizmu i absurdu wszelkiego sortu, który wprowadzili oni do oficjalnej polityki (powody tego są zróżnicowane) drastycznie obniżył i tak fatalny już poziom jej uprawiania, że zmobilizowało to nawet najbardziej dotąd nieruchliwych – pracowników i młodzież. Wszak to za rządów PiS na ulicach Warszawy zaczęły „biwakować” w desperackim proteście pielęgniarki; to wówczas nauczyciele wyszli pierwszy raz na ulicę od wielu, wielu lat; w końcu to za premierostwa Jarosława Kaczyńskiego rozpoczął się gigantyczny kryzys w służbie zdrowia. Ruch pracowniczy zaczął wykazywać pierwsze oznaki istnienia, co było niemałym zaskoczeniem. Premier nazywający siebie „Samym Dobrem”, oficjalnie twierdził, iż działania te inspirowane są przez „szatanów”, choć – co przyznał – protestujący „mogą sobie tego nie uświadamiać”. Koniec IV RP i widmo cudu Zamach stanu w łonie polskiej klasy rządzącej nie udał się. 21 października 2007 roku wybory parlamentarne wygrywa Platforma Obywatelska. Data to znamienna, gdyż dotychczas wyborcy nigdy nie dopuścili do władzy w Polsce partii otwarcie deklarującej liberalizm i afirmującej wolny rynek – wartości im obce. Tym razem zostali jednak do tego zmuszeni. Zmusili ich do tego polscy socjaldemokraci. Sojusz Lewicy Demokratycznej, który mógł teoretycznie stworzyć jakąś alternatywę, uczynił wszystko, co leżało w jego mocy, by tak się nie stało. Na początek stworzył koalicję z Partią Demokratyczną – dawną Unią Wolności – matecznikiem Leszka Balcerowicza, która nie tak dawno wspierała w wyborach prezydenckich szefową neoliberalnej Konfederacji Pracodawców Prywatnych. Następnie wystartował w kampanii z żałośnie bezideowym i niekonkretnym programem, pełnym sloganów o "dialogu", "nowoczesnej lewicy" czy "europeizacji". Łatwo się domyślić, co się za nimi kryło... A to wszystko w nadziei, że wówczas liberalni wyborcy zagłosują na nich, a nie na PO, które próbowali przedstawiać (słusznie zresztą) jako nieudaną kopię PiS. Dziś poparcie dla tej żałosnej koalicji wynosi 4%. Najbliższy kongres SLD będzie miał wymiar historyczny. Delegaci zdecydują wówczas o tym czy partia ta w ogóle przeżyje. Jeżeli nie nastąpi jawne i otwarte odejście od metod i koncepcji politycznych, którym kierownictwo hołdowało dotychczas, partię tę czeka nieuchronna śmierć. Najważniejszym jednak czynnikiem, który przysporzył PO tak dużego poparcia były rządy braci Kaczyńskich. Zmęczeni Polacy oddali głosy na tych, którzy zrobili wszystko, by okłamać ich jeszcze skuteczniej, bo przedstawili się fałszywie jako alternatywa dla fałszywej alternatywy. Aby jednak do takiej sytuacji doprowadzić potrzebny był lewicowy chwyt. PO nauczyła się już tego, że akurat jej uczciwe przedkładanie społeczeństwu swojego programu nie popłaca. Nie da się, wymachując neoliberalnym mieczem, stanąć w szranki ze stronnictwem, które – mgliście, bo mgliście, ale zawsze – deklaruje „solidarność społeczną” jako ekwiwalent pomocy socjalnej. Nie, jeśli chce się ten pojedynek wygrać. W takich okolicznościach PO postanowiła zmienić front i zaatakować z lewej flanki, pozorując tym samym zupełnie inne pozycje polityczne. Polski pracownik czy pracownica nie słyszeli jeszcze takiego wodospadu obietnic. W ciągu jednej z najkrótszych kampanii wyborczych ilość przyrzeczeń złożona przez jedną partię z pewnością klasyfikowałaby się do księgi rekordów Guinnessa, gdyby tylko ktoś opracował taki wskaźnik. A były one nieprzesadnie oryginalne. „Dobrze zarabiający lekarze w dobrze wyposażonych szpitalach”, „dobrze zarabiający nauczyciele w nowoczesnych szkołach” itd. Tłem kampanii uczyniono „miłość”, „porozumienie”, „zaufanie”, „dobrobyt”, a koncentrowały się one w dwóch motywach przewodnich: „By żyło się lepiej. Wszystkim.” oraz słynne „Polska zasługuje na cud gospodarczy”. PO usiłowała przekonać wyborców, że można równocześnie obniżać podatki i podwyższać płace pracowników budżetówki, iść na rękę pracodawcom i budować raj na ziemi dla pracowników. PiS postawił na walkę z korupcją i tandetne kopie (w formie spotów wyborczych) czwartorzędowych, amerykańskich filmów gangsterskich, w których PiSowski minister sprawiedliwości – Zbigniew Ziobro – przedstawiany był jako nieposkromiony szeryf, przeciw któremu zjednoczyły się komunistyczno-antypolskie (wspomagane przez Rosjan i Niemców) siły zła. Użycie właśnie takich sformułowań nie jest wcale przesadą. Polskiemu społeczeństwu zafundowano jedną z najbardziej metafizycznych kampanii wyborczych. Prym wiodła oczywiście PO i Donald Tusk, którzy namiętnie obiecywali polskim pracownikom i polskiej młodzieży CUD. Mit podwyżek Wszystko to doskonale korespondowało z atmosferą, jaką podgrzewać zaczęły media głównego nurtu. Wciąż trąbiły one o „olbrzymich podwyżkach”, jakich to doświadczać ma cala polska klasa pracownicza. To z kolei miało być skutkiem masowej emigracji polskich pracowników do innych krajów Unii Europejskiej – zwłaszcza Irlandii i Wielkiej Brytanii. Oczywiście organizacje pracodawców wykorzystały tę okazję, by rozlać krokodyle łzy nad tym, jak to teraz – zmuszeni do podwyżek biznesmeni – stracili już wszelką nadzieję na jakąkolwiek poprawę swego marnego losu. Wszak nic nie pozostało już opłacalne. Każda działalność gospodarcza jest według nich samobójstwem – trzeba bowiem wypłacić pracownikom owe „gigantyczne podwyżki”, o których informowały chętnie i szeroko wszystkie media. A gigantyczne podwyżki, dowiadywaliśmy się również, generują hiperinflację. I tak przez roszczeniowych szantażystów zwanych pracownikami oraz związkami zawodowymi, na marne pójdą wieloletnie wysiłki polskich pracodawców prywatnych, w pocie czoła wykuwających wzrost gospodarczy. Zresztą powiedzieć trzeba, iż media obeszły się z nowym rządem Donalda Tuska nieprzyzwoicie pobłażliwie. Doszło nawet do tak kuriozalnych aktów jak ogłoszenie „stu dni spokoju” dla nowej rady ministrów. Na coś takiego nie mógł dotychczas liczyć żaden gabinet, a już na pewno nie rząd SLD czy PiS. Oba stronnictwa zdradzały bowiem, w oczach polskiego pismactwa, prospołeczne inklinacje, a to jest dostateczny powód, by urządzić przeciwko nim kampanię nienawiści ochrzciwszy je przedtem „bolszewickimi”, „komunistycznymi”, a nawet „trockistowskimi” (wedle niektórych polskich „analityków” Roman Giertych – katolicki fundamentalista i były minister edukacji był właśnie trockistą i zagorzałym wyznawcą teorii rewolucji permanentnej, którą to wprowadzał w życie zarządzając resortem edukacji [sic!]). Niestety, cudu jak nie było – tak nie ma. I nawet jeżeli wszystkie polskie gazety będą pisały peany na temat nowych władz (co czynią nadal z niewyczerpanym zapałem), to nie przekonają polskich pracowników, którzy ów kampanijny „cud” – mniej lub bardziej świadomie – interpretowali zapewne jako ekwiwalent gruntownych przemian. Niestety nie dane im było niczego takiego doczekać. Jedyne, co mieli okazję zaobserwować to sztubackie złośliwości, jakie publicznie prawili sobie prezydent z premierem. Spragnione sensacji lub nagonki media – skoro zdecydowały się oszczędzać władze – zmuszone były dalej eksploatować temat „niezwykłych podwyżek”. Ekonomiści, socjologowie, politycy, związkowcy… Wszyscy wypowiadali się na ten temat, a komentatorzy na przemian chwalili to zjawisko, a inni bili na alarm, bo zbyt wiele, zbyt dużych podwyżek pachnie im „socjalizmem” i „urawniłowką”. Pracownicze protesty – nowa fala Polscy pracownicy mieli już za sobą pierwsze poważne doświadczenia z ostatniego okresu rządu braci Kaczyńskich. Tłumaczyliśmy wówczas – zarówno na socjalizm.org, jak i na łamach „Nowego Tygodnika Popularnego” – iż protesty te tworzą grunt pod wystąpienia pracownicze w niedalekiej przyszłości, które będą już realizowały się pod dużo bardziej dojrzałymi i bardziej konkretnymi politycznie hasłami. I stało się. Polscy pracownicy zaczęli drapać się po głowach tuż po nowym roku. W styczniu bowiem Polskę zalała fala protestów, co również – w pewnej mierze – było reakcją na medialny wir propagandowy o „niebywałych podwyżkach”. Wniosek, do którego dochodzili był banalny: wszystko drożeje, każdy dostaje podwyżkę, a ja? Dziś w Polsce protestuje lub szykuje się do protestu praktycznie każda grupa zawodowa. Klasa pracownicza domaga się głownie tego, co już podobno otrzymała – „wielkich podwyżek”. Zaczęło się od lekarzy. Grupy wyjątkowo specyficznej. Tuż po wyborach wycofali się z aktywnego protestu, chcąc pokazać dobrą wolę i dać nowemu premierowi i nowej minister zdrowia – Ewie Kopacz – nieco czasu na zapoznanie się z sytuacją i wypracowanie jakichś propozycji. Niestety nie doczekali się tego i doczekać się nie mogli. Jeżeli rząd zdecydowałby się spełnić postulaty lekarzy w ramach nawet tak kiepsko zorganizowanego jak w Polsce państwowego systemu służby zdrowia, musiałby w jakiś sposób coś uszczknąć bogatym. Na pewno się na coś takiego nie zdobędzie. Toteż trwa desperackie wymyślanie połowicznych rozwiązań, które tymczasowo załagodzą sytuację, a kolejny wybuch niezadowolenia odłożą na trochę później. Jest tylko jeden wspólny cel, który wciąż powstrzymuje lekarzy przed ostateczną konfrontacją z rządem w postaci strajku generalnego – prywatyzacja służby zdrowia. Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy jest jedynym bodaj związkiem zawodowym, który otwarcie walczy o prywatyzację szpitali. Zrzesza on głównie lekarzy z tytułami naukowymi oraz „młode wilki”. Obu grupom marzą się prywatne kliniki i gabinety, które – w ich świadomości – łączą się zasobnym portfelem i przynajmniej dwoma Mercedesami w garażu. PO podziela ten pomysł. Problem w tym, że to wszystko miało się odbywać po kolei, stopniowo i bez wstrząsów. Tymczasem teraz okazuje się, iż czekać nie można. Dodatkowym problemem są – w tym względzie – pielęgniarki, które również protestują już w całej Polsce domagając się podwyżek. Pielęgniarki i położne, jeszcze przed wyborami, w trakcie protestu przed Kancelarią Premiera w Warszawie, zadeklarowały swój absolutny sprzeciw wobec prywatyzacji szpitali. Rząd postawiony zatem został w sytuacji patowej. Albo będzie miał państwowe szpitale bez lekarzy, albo prywatne z lekarzami, ale bez żadnego innego personelu. W związku z tym władze postanowiły zastosować jeden z najlepiej sprawdzonych biurokratycznych tricków – powołać komisję. A wszak wiadomo, że w takiej sytuacji problemu nie ma – bo zajmuje się nim komisja, nieprawdaż? Aby przydać przedsięwzięciu temu prestiżową rangę nazwano je Białym Szczytem. Jego ostatnie obrady zakończyły się totalnym fiaskiem – wszystkie związki zawodowe odmówiły podpisania porozumienia. Sytuacja jest bardzo napięta. Zarówno lekarze, jak i pielęgniarki odchodzą od łóżek pacjentów w ramach protestu, masowo składane są wymówienia, w kilku regionach strajkować zaczęły załogi karetek pogotowia ratunkowego. Kilka szpitali przygotowywanych było już do ewakuacji z powodu braku personelu. W takich – najbardziej dramatycznych przypadkach – dyrektorzy szpitali ratują się, podpisując porozumienia z lekarzami spełniające wszystkie lub prawie wszystkie ich postulaty. Czyniąc to wiedzą jednak, że Narodowy Fundusz Zdrowia nie da im na to pieniędzy. Tym sposobem podkładają oni pod swoje placówi bombę zegarową. Protesty przedłużają się, a rząd niczego konkretnego nie oferuje oprócz podwyżek, które stanowią nie więcej niż 1/10 sum żądanych przez pracowników. Impas trwa. Warto dodać, że pracownicy techniczni placówek służby zdrowia również protestują, domagając się podwyżek płac. Nie pozostała dłużna awangarda polskiej wielkomiejskiej klasy pracowniczej – górnicy. Jednogodzinny strajk generalny jeszcze w grudniu 2007 wymusił natychmiastowe spełnienie wszystkich postulatów postawionych przez największe związki zawodowe. Bardzo długo trwał protest okupacyjny w kopalni „Budryk”. Był to niewątpliwie największy tego typu protest w historii polskiego ruchu pracowniczego. Akcji przewodziła nieduża, acz popularna na Śląsku organizacja związkowa Sierpień80. Niedawno strajkowali kierowcy autobusów komunikacji miejskiej w Bydgoszczy – udało im się wymusić zmianę prezesa spółki. Potem protestowali jeszcze rolnicy, celnicy, hodowcy, kolejarze, pracownicy jednej z sieci hipermarketów i zakładu produkującego ciężki sprzęt górniczy, w planach jest strajk sektora energetycznego... I tak dalej, i tak dalej. Rząd na przemian pokazuje bezbrzeżną wrogość wobec pracowników i deklaruje dobrą wolę, niestety ograniczoną wątłą zasobnością budżetu państwa. Przy okazji fali protestów polscy pracownicy zasiadający przed telewizorami mieli okazję dowiedzieć się o istnieniu Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych – największej polskiej centrali pracowniczej – której przedstawiciele zagościli w końcu w kilku bardzo ważnych audycjach publicystycznych. Oczywiście – intencją prowadzących było ośmieszyć ruch pracowniczy, ale wygląda na to, że wyświadczyli oni klasie rządzącej niedźwiedzią przysługę. Praktycznie wszystkie protesty prowadzone były przez organizacje związkowe zrzeszone właśnie w OPZZ. Kierownictwo drugiej wielkiej centrali – NSZZ „Solidarność” – próbuje teraz nadążyć ogłaszając przygotowania do protestów. Nie jest to łatwe, bowiem przez ostatnie dwa lata Janusz Śniadek – przewodniczący „S” – trwał w ścisłym przymierzu z rządem bliźniąt Kaczyńskich i sojuszu z Radiem Maryja. Teraz jednak szeregowi związkowcy z „S” domagają się już czegoś więcej, a oddolnej presji nie da się rozładować kolejnymi pielgrzymkami, w organizowaniu których to Śniadek i jego poprzednicy są specjalistami pierwszej klasy. Można przypuszczać, iż inspiracją dla nowego przebudzenia „Solidarności” była ponad dwunastotysięczna (jak na polskie warunki – olbrzymia) manifestacja zorganizowana 18 stycznia przez Związek Nauczycielstwa Polskiego. Jest to największy i najstarszy polski związek zawodowy – dziś należący do OPZZ. Przybyło na nią ponad 12 000 nauczycieli z całego kraju. Najważniejsze żądanie protestujących brzmiało tak: „1500 PLN podwyżki dla każdego nauczyciela”. Rząd ledwo zgadza się na 200 do 500 PLN i zapowiada, że żadnych rozmów ze strajkującymi nie będzie prowadził. ZNP odpowiada, iż nauczyciele nie przeprowadzą w tym roku matur co grozi totalnym załamaniem całego systemu oświaty. Od matur zależy bowiem w Polsce wstęp na uczelnie wyższe. Możliwy jest również strajk generalny wcześniej. Poczekamy – zobaczymy. Na razie nauczyciele są zdeterminowani. W ubiegłym roku, w tonie dużo bardziej spolegliwym, ZNP wydawało komunikaty i oświadczenia ostrzegające, o ostrzeżeniu o ewentualnym ostrzeżeniu o strajku. Sytuacja się zmieniła. Pod tym względem zdecydowanie na lepsze. W świetle ostatnich zdecydowanie antypracowniczych propozycji zmian w oświacie proponowanych przez rząd możemy być jednak świadkami długiego i ostrego konfliktu, którego ostateczny wynik będzie miał ogromne znaczenie dla całego układu sił na polskiej scenie politycznej. Kryzys Dalej. „Stan przedzawałowy” – takim oto sformułowaniem szef Związku Zawodowego Pracowników Poczty Polskiej, Sławomir Redmer, określa sytuację przedsiębiorstwa. Przeciętny listonosz w Polsce zarabia w granicach 1000 do 1600 PLN. Pracę i torbę ma ciężką. Często jest obiektem rozbojów, ponieważ roznosi starszym ludziom ich nędzne emeryturki. W ubiegłym roku doszło na poczcie do tzw. dzikiego strajku. W jego efekcie zarząd zgodził się na kilkudziesięciozłotowe podwyżki i kilka innych sprzyjających pracownikom rozwiązań. Dziś listonosze masowo odchodzą z pracy i chętnie emigrują kuszeni wizją lepszych warunków pracy w Wielkiej Brytanii lub innym kraju Unii Europejskiej. Niezależnie od tego jak złudna jest ta perspektywa – listonoszy brakuje. W tej chwili związkowcy z poczty czekają na propozycje tzw. wskaźnika wzrostu wynagrodzeń na obecny rok. Istnieje poważnie uzasadnione podejrzenie, że ich oczekiwania nie zostaną spełnione w minimalnej nawet mierze. Związek Zawodowy Pracowników Poczty Polskiej zorganizował referendum strajkowe. Pozytywny wynik jest praktycznie przesądzony. Jaki będzie finał samego strajku, trudno dziś spekulować. Niemniej jednak Poczta Polska ma zdecydowanie zbyt mało pracowników by obsłużyć olbrzymi polski rynek – to państwo zamieszkuje, bądź co bądź, blisko 40 milionów obywateli. Ilość korespondencji zaś wzrasta niemal lawinowo, głównie za sprawą dynamicznego rozwoju rynku sprzedaży internetowej. Już w tej chwili przesyłki pocztowe dochodzą do adresatów z ogromnymi opóźnieniami, a zarząd PP odpowiada na nie jedynie kolejnymi podwyżkami cen usług. Podsumowując: z punktu widzenia dalszego kształtowania się ruchu pracowniczego protestu, sytuacja jest – jak lubią określać to polskie establishmentowe media – rozwojowa. Niemniej jednak największą niespodziankę sprawili Donaldowi Tuskowi polscy celnicy, którzy spragnieni podwyżek uciekli masowo na urlopy. Przypomnijmy, że od 21 grudnia Polska weszła do tzw. układu państw z grupy Schengen, co skutkuje tym, iż procedury przekraczania granicy z innymi krajami tego układu (prawie całą UE) zostały zlikwidowane. Polska granica wschodnia jest w tej chwili jeszcze bardziej newralgicznym punktem niż do tej pory. Skutkiem działań celników jest totalna blokada punktów odprawy granicznej i wielokilometrowe kolejki złożone z TIRów czekających na odprawę. Jeden z kierowców czekając w morderczej kolejce zmarł. Organizacje charytatywne, związki zawodowe i władze lokalne pomagają oczekującym, wspierając ich kanapkami i wodą. W spór z rządem weszły nie tylko związki celników, ale i przewoźników. Do obu premier Tusk apelował, jak zawsze, o „zrozumienie” i „pojednanie”. Niestety, nie ma im nic więcej do zaoferowania. Jemu oraz ministrowi spraw wewnętrznych ledwo udało się przebłagać kierowców, by na znak solidarności z oczekującymi na granicach nie zablokowali całej Warszawy, co ci mają w planach. Na nową władzę napadli od razu także przedstawiciele firm spedycyjnych, którzy oskarżają Tuska o opieszałość i grzmią, iż z powodu zaistniałych okoliczności tracą oni miliony złotych. Biedny premier, pomyśli niejeden (zwłaszcza, że w tym właśnie tonie wypowiadają się sprzyjające mu – czyli prawie wszystkie – polskie media). Wszyscy przeciwko niemu. A cudu wciąż na horyzoncie nie widać… Zjawiskiem godnym uwagi jest również protest policjantów, którym polskie prawodawstwo zakazuje strajku. Policjanci nie pozostali jednak bierni i zaczęli się organizować. Stwierdzili, że – wzorem celników – skorzystają z prawa do zwolnień lekarskich. Konkretny przebieg akcji był dyskutowany na jednym z for internetowych na popularnym portalu plotkarskim www.widelec.pl. „Policyjna epidemia” miała wybuchnąć akurat w okresie derby w piłce nożnej w południowej Polsce. Protest ostatecznie nie udał się, ale rozżaleni funkcjonariusze zaczęli – w ramach protestu ostrzegawczego – wysyłać do komendy głównej policji w Warszawie i innych miastach zapakowane w koperty widelce. Dyskusja dotycząca podwyżek już się rozpoczęła. *** Obecna sytuacja wymaga bardzo ostrożnej, krytycznej analizy. Choć perspektywa masowych protestów wydawać się może inspirująca, to pamiętać trzeba, że jest to faza początkowa. Trudno na obecnym etapie przewidzieć rozwój wypadków. Wiele zależy z pewnością od postawy przywództwa związków zawodowych, po którym nie możemy spodziewać się niczego szczególnego. Choć z drugiej strony przyznać też trzeba, że biurokracja związkowa może pójść w Polsce odrobinę dalej niż zwykle. Przypuszczenie to uzasadnione jest tym, iż panie i panowie zasiadający w najwyższych związkowych władzach są trochę niczym Kaczyńscy przed 2006 rokiem – skazani na polityczny margines. Nikt ich nie zauważa, a ci, którzy zauważają albo ostentacyjnie lekceważą (burżuazja), albo nie za bardzo lubią (szeregowi związkowcy). Polska biurokracja nie ma takiego statusu partnera dla klasy rządzącej, jak w krajach Europy Zachodniej. Wydźwignąć ją do tej pozycji może właśnie demonstracja siły, którą można teraz zorganizować. Jednocześnie Donald Tusk i jego ministrowie, sami nie wiedzą co mają robić, bo – choćby nawet chcieli – nie załatwią podwyżek, nie sięgając do kieszeni bogatych i uprzywilejowanych. Polityka jego rządu – w chwili obecnej – polega na testowaniu granic wytrzymałości społecznej. Ministrowie ogłaszają projekty cięć społecznych na szeroką skalę, nowych antypracowniczych modyfikacji Kodeksu pracy i rozmaite ulgi dla pracodawców, a premier – w zależności od reakcji z jakimi się to spotka – dementuje lub podtrzymuje. Z drugiej strony związkowi przywódcy też zachodzą w głowę i nie bardzo się orientują jak wykorzystać potencjał protestu, który zrodził się w łonie ich organizacji. Poza tym konflikty wewnątrz ruchu (przykład przywołanej kopalni „Budryk” je unaocznia), brak zdecydowania i doświadczenia, brak kadr i ogólna konfuzja polityczna tworzą mieszankę nader specyficzną. Niemniej, obowiązkiem socjalistów jest uczestniczyć w ruchu i przedstawiać mu konkretną ofertę polityczną – perspektywę międzynarodowej walki klasy pracowniczej o socjalistyczną transformację, o lepszy świat. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł» |
|---|
| Strona główna |
| przeszukiwanie portalu |
| kraj |
| świat |
| Ameryka Łacińska |
| kultura |
| gender |
| historia |
| Reductio Ad Absurdum |
| statystyki |
| ruch pracowniczy |