1 maja 2009 Drukuj Email
Napisał(a): Agata Rozenberg [socjalizm.org]   
06.05.2009.

Napisanie tekstu z okazji Święta Pracy 2009 stawia przed związkowym publicystą specyficzny problem. Ciężko jest bowiem napisać na ten temat nowy materiał, nie mając wrażenia, że równie pożyteczne byłoby powtórzenie artykułu z roku ubiegłego, z dodaniem kilku zaledwie nowych informacji.

Owszem, można rozpisać się o kryzysie ekonomicznym, gdyż rzetelnych analiz tego zjawiska nigdy za wiele w sytuacji, gdy media głównego nurtu, porzuciwszy zbyt kuriozalną tezę o wywołaniu zapaści przez nachalnie interweniujące państwo wtłaczają nam do głów niewiele lepszą receptę w postaci oskarżenia o całą katastrofę kilku chciwych bankierów. Niemniej pisanie takie musi prowadzić do wniosku, że zjawiska bezrobocia, łamania kodeksu pracy, utrudniania działalności związków zawodowych czy zwykłego ekonomicznego wyzysku były znane w Polsce już wcześniej, na skalę być może mniejszą, ale i tak – biorąc pod uwagę tak chętnie przytaczane przez polskich polityków „europejskie standardy” – nieprzyzwoicie szeroką. Kryzys jedynie przyspieszył wybuch niezadowolenia społecznego, które tliło się już od kilku dobrych lat. A są podstawy sądzić, że to, co obserwujemy obecnie, to dopiero początek.

Obiecując w czasie kampanii wyborczej Cud Donald Tusk nie spodziewał się raczej, że znajdzie się jako szef rządu w sytuacji, gdy jedynym ratunkiem dlań będzie właśnie rzeczony cud, ewentualnie nagła zmiana frontu a la Nicolas Sarkozy. Cuda w historii Polski podobno się zdarzały, natomiast podobnych praktycznych nawróceń polityków prawicowych dotąd nie odnotowano. Zachowanie rządu pozwala zresztą domniemywać, że Platforma na taki właśnie cud z wiarą – bo wierzyć można zawsze – oczekuje. Jej postawa, polegająca na robieniu dobrej miny i powtarzaniu okrągłych sloganów w mediach przy równoległym promowaniu interesów pracodawców na każdym polu, nie zmieniła się jak na razie zupełnie. Rząd, widząc w parlamencie jedynie PSL-owską przystawkę, bezbarwną tzw. socjaldemokrację oraz agresywny, ale prymitywny w działania i mało konstruktywny PiS nie traci pewności siebie. Idąc za logiką demokracji liberalnej brak opozycji parlamentarnej oznacza przecież dla włodarzy kraju święty spokój i możliwość kontynuowania polityki we wiadomym kierunku. Ale poza parlamentem jest jeszcze ruch pracowniczy, który być może nie dokonuje cudów, ale na politykę wpływ może jak najbardziej mieć, jeśli wie, o co walczy i jak tę walkę prowadzić. A warto przypomnieć, że już pracownicy zbrojeniówki wołali na manifestacji w poprzednim miesiącu „Raz kijem, raz młotem w liberalną hołotę”, a jeszcze wcześniej stoczniowcy skandowali „Znajdzie się kij na Platformy ryj”. Wystarczy pobieżny przegląd prasy pracowniczej (jeszcze w Polsce, na szczęście, istniejącej), by zdać sobie sprawę z tego, że zacytowane wyżej hasła nie były jedynie wynikiem chwilowego wzburzenia demonstrantów, ale odbiciem uczuć, jakie wśród polskich pracowników – wyzyskiwanych, obrażanych w mediach i nierzadko źle traktowanych w miejscu zatrudnienia – są coraz powszechniejsze.

W ślad za nim idzie świadomość faktu, że pracownicy w Polsce tak naprawdę zdani są wyłącznie na siebie. Głosowanie SLD przeciwko prezydenckiemu wetu w sprawie emerytur pomostowych stało się dla wielu głosujących na tę partię ostatecznym dowodem porzucenia przez nią szczątkowych chociaż ideałów prospołecznych. Pozaparlamentarne organizacje „lewicy antykapitalistycznej” swój stosunek do związków zawodowych pokazały już w czasie ubiegłorocznego 1 Maja, urządzając konkurencyjne pochody (wobec tego organizowanego przez OPZZ, jak i wobec siebie wzajemnie) i atakując największą polską centralę związkową z zapałem godnym konserwatywnej prawicy. Pracownicy najemni są w swojej walce sami, ale nie są skazani na porażkę. Dowiodła tego wielokrotnie historia. Warunkiem są tylko – i aż – jedność, determinacja i plan działania. To nie jest niemożliwe, a wieloletnia niszczycielska działalność polskiej prawicy do spółki ze światowym kryzysem tylko przyspieszają powstawanie wyżej wymienionych zjawisk. Te same czynniki we Francji skłoniły do pierwszomajowego zwarcia szeregów i zjednoczenia sił nie kilka jak w Polsce, ale kilkanaście central związkowych – o profilach politycznych od chrześcijańskiego po radykalnie socjalistyczny. Jest to pierwszy od ponad 100 lat wspólny pochód całego ruchu związkowego znad Sekwany. Narzuca się pytanie – skoro tam można było zakończyć, przynajmniej na razie, konflikty trwające niekiedy od dziesięcioleci, to dlaczego nie zrobić tego samego w Polsce? Zwłaszcza, że współdziałanie struktur OPZZ, Solidarności i Forum Związków Zawodowych na szczeblu zakładowym czy lokalnym jest w wielu miejscach utrwalonym stanem rzeczy.

Problemy pracowników polskich się nie zmieniły. Bieda, bezrobocie, niepewność zatrudnienia, mobbing i utrudnienia w zrzeszaniu się w związkach to tylko najważniejsze z nich. Dochodzą do nich zgotowane przez prawicowe kontrreformy fatalna służba zdrowia, zrujnowany system emerytalny, systematycznie psute szkolnictwo publiczne i cała propagandowa otoczka konieczna w kapitalizmie. To wystarczające powody, by 1 Maja wyjść razem na ulice pod czerwonymi sztandarami obok flag związkowych. Pracownicy mogą być skuteczni. Jeśli tego tylko chcą.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł»

In Defence of Marxism WebRing